Wybór, bez wyboru

Udostępnij dalej

 

Dziecko, takie małe, jeszcze nie chodzące do szkoły lub dopiero co, ma w sobie coś niezwykłego. W kościele w niedzielę widziałem dziewczynki. Jedna ze trzy, druga cztery pięć lat. Cuda w sukieneczkach. Brały z ławki wyłożone publikacje, śmiesznie przekładały, odkładały. Rodzice czasem podchodzili. W końcu jedna, ta większa objęła drugą za szyję i przytuliła. Nie wiem czemu.

W tych dzieciach coś jest. Dziewiczego, czystego, tak prawdziwego jak nigdzie indziej i nigdy więcej. Gdy patrzysz w te oczy, gdy się bawisz, gdy widzisz zachwyt dziecka, gest przytulenia zabawki, popychanie traktora czy samochodu. W każdej tej czynności jest całe ono. Całe. A gdy cię uzna, polubi, pokocha, gdy na ciebie patrzy, to robi to tak, jakby twoja wartość przekraczała wszystko, co istnieje na świecie. To tak jakby całe nocne niebo spływało na ciebie, przez ciebie, deszczem gwiazd. Jakbyś był wart wszystkiego, co istnieje. Dlatego, dzieci zawsze dają więcej, niż biorą.

Pytanie jak patrzą na nas ci. Powiedzmy dorośli. Dojrzali. Z boku, na górze. Jak patrzą i postrzegają nas politycy? Jak patrzy na ciebie i postrzega cię szef telewizji publicznej? Prywatnej? Jak cię widzi właściciel kanału lub portalu internetowego? Minister. Miliarder. Urzędnik.

Pomyśl. Zastanów się chwilę.

Otóż widzi cię jako rzecz. Jesteśmy wszyscy wsadem, w ich oczach. Głupią, leniwą, bezmyślną, opierającą się na prymitywnych reakcjach i odruchach tłuszczą. Przecież nic w tym świecie oficjalnym, publicznym, jawnym, nie jest tak naprawdę prawdziwe. Przecież kłamią jak z nut. Bez początku, bez końca. Przecież zaganiają nas do więzienia w naszych własnych mieszkaniach. Przyprawiają o śmierć, mówiąc, że pomagają. Straszą, okradają, mówiąc, znów, jakieś ichniejsze. Niewolą. Ograniczają. W twarz nam plują głupotą, bezecnością swoich przekazów, nieustannym judzeniem do nienawiści, obojętnie do kogo. Ktoś się zawsze im znajdzie.

Bóg, ty możesz użyć innego słowa jak chcesz, postrzega nas oczami małego dziecka. Wróg – tu różne nazwy w tym od greckiego diabeł – postrzega nas oczami polityka, bilionera, wielkiego operatora mediów. Kto ma rację? Kim jesteśmy? Absolutnie wyjątkowym, przekraczającym wszystko swoją wartością skarbem we wszechświecie? Czy leniwym, tandetnym, niesionym prądem zewnętrznych bodźców i wewnętrznych impulsów zwierzęciem?

Oto jest spór, w postrzeganiu człowieka przez Boga i diabła. Przez tych, co wyrażają wolę i wzrok Boga żywego i tych patrzących oczami „nieprzyjaciela”. Diabeł stara się przekonać. Boga i nas. Że jesteśmy zerami. Że nic nie możemy.

Jacy jesteśmy naprawdę?

Jeśli chodzi o mnie, to rację ma… diabeł. Jestem słaby i gnuśny. Mam w dupie wielkie sprawy, bo nie mam na to siły. Chcę choć trochę przyjemności, czasem takiej zwierzęcej, zmysłowej, normalnej. Żeby trochę zapomnieć. Reszta nieważne. Mam ludzi wiadomo gdzie, bo wiem aż za dobrze, jacy są. Chrzanić to.

Ale rację ma też Bóg. Nawet nie wiem czy to ja, czy to on, czasami przez moje oczy, patrzy na dziecko, na człowieka, na… bo ja wiem na co?, na świat. Linie fal się przysuwają, jedna z drugą. Słońce zapada za krawędź widnokręgu. Za rąb oceanu. Za krawędź jeziora. Za obręb sekundy, która właśnie znika, odchodzi w przeszłość, na zawsze.

Więc w nas jest jedna i druga ewentualność, bywa, że naprzemiennie. Jesteśmy postrzegani przez obie strony. Mamy wybór. W czyich oczach chcemy zaistnieć? W czyich się przejrzeć? Przez czyje zobaczymy wszystko? Co będziemy robić? Po co żyjemy?


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.