TLK „Sztygar” zatonął czyli polskie państwo z dykty

Udostępnij dalej

TLK „Sztygar” zatonął czyli polskie państwo z dykty

 

Gdy  w minioną sobotę 27 lipca br. słońce opromieniało tradycyjny budynek dworca głównego w Kielcach, TLK Sztygar z wagonami pełnymi podróżnych wjeżdżał na właśnie na tą stację.

– Będziemy stać z piętnaście minut – rzuciła kobieta w przedziale. Siedzący naprzeciwko młody mężczyzna spojrzał na zegarek, była 12:50.
– E… może z dziesięć – odpowiedział.
– Planowy odjazd pociągu 13:02 – zabrzmiał głos z kolejowych głośników, potwierdzając jego hipotezę.

Do Katowic wybrałem się na zaproszenie. Miałem „biznes” do załatwienia o 18 w miejscowości 50 km za Katowicami, ale w sumie Sztygar przyjeżdża do Katowic o 15:01 to zdążę. Wstałem, i mrużąc oczy, wyjrzałem przez okno na peron. Sennie, nic się nie dzieje. Wskazówki zegara miarowo przesuwają się do 13:02, mijając ten punkt całkiem bezgłośnie.

To normalne. Nie ma się co denerwować. Przecież pociąg nie musi odjechać dokładnie o godzinie. U nas bardzo mało rzeczy dzieje się dokładnie. Taka specyfika. Jeszcze jeden rzut oka na tablicę 13:10…. 13:15… Klik… pod godziną odjazdu pociągu pokazały się małe czerwone literki – „OPÓŹN 20 min”. Szit. W Katowicach mam 45 minut na przesiadkę. 20 minut nie problem, ale… robi się ciasno.

13:22 minęła i gołębie wzlatujące ponad daszkami peronów jakby w ogóle tego nie zauważyły. O 13:30 zrobiło się trochę nerwowo, bo ludzie mają plany, bo przecież każdy pasażer ma sprawy do załatwienia, zupełnie jak ja, liczący minuty, czy uda mi się przesiąść, czy nie, czy zdążę. Nasz wagon ma numer 11, młody człowiek zaczyna pesymistycznie o Polsce. Kobieta oponuje, bo „zawsze coś się może stać”. Literki się zmieniają „OPÓŹN 40 min”. – Opóźnienie może ulec zmianie – informuje służbowa pani z głośników dworcowych.

Może nie będzie 40 minut, tylko krócej – od razu tłumaczę sobie jej informacje. Atmosfera gęstnieje, zwłaszcza, że 13:42 mija tak samo jak poprzednie dwa terminy przewidywanego odjazdu. Dzwonię do organizatorów, że jest problem. Mam się nie martwić. Jakby co, pomogą jakoś dostać się z Katowic, żeby dojechać na tą osiemnastą. Wszystko będzie dobrze.

– Lokomotywa się zepsuła – przekazuje informacje jakiś pan, których chyba dostał je od kierownika pociągu, albo nie wiem skąd. – Zepsuła się i muszą naprawić.
– To nie mają innej? – pyta inny.

Wygląda, że na tę chwilę nie mają. Lokomotywa stoi samotnie kilkadziesiąt metrów dalej. Jacyś ludzie obok tego stalowego potwora. Minuty mijają. Gdy wyświetla się „OPÓŹN 60 minut”, wychodzę z pociągu. To już nie są żarty. Ciągle mam szanse dotrzeć na miejsce o właściwej godzinie, bo układając plan podróży z PKP zostawiłem sobie margines dwóch godzin, ale pierwsza z nich właśnie zniknęła.

Kierownik pociągu nie ma łatwo. Stoi w białej koszuli na peronie i odpowiada gromadce osób zgromadzonych wokół niego.

– Są jakieś szanse? – pytam.
– Lokomotywa się zepsuła i próbują naprawić. Miejmy nadzieję, że się uda.
– Ale kiedy? – dopytowuję.
– Maszynista powiedział, że jeszcze co najmniej pół godziny.

Pół godziny?! Myślę już trochę gorączkowo. Pół godziny to ja mogę naprawdę nie dotrzeć na miejsce. A wtedy cała podróż na nic i wrócę, bo po osiemnastej jest już „po sprawie”. Nie ma po co tam dojeżdżać.

– A… jakby się nie udało… naprawić? – pytam szczegółowo.
– To musieliby sprowadzać drugą lokomotywę, ale najbliższa jest w Krakowie.

Moje usta układają się w duże „o” a rozum gwałtownie wyświetla jaskrawy napis, że „To jakaś niedorzeczność!!!„. Wracam i dzielę się odkryciami, ze współpasażerami w przedziale.

– A to Polska właśnie – stwierdza gorzko młody człowiek. – Niby jesteśmy w Europie – dodaje.
– Wszędzie się rzeczy psują – prostuje go kobieta. – To się nie da przewidzieć – uzupełnia – zawsze coś się może zepsuć.
– Dokładnie – włączam się do rozmowy. – Dokładnie tak. I dlatego właśnie, organizator ruchu wie, że zawsze coś się może zepsuć i powinien być przygotowany na wypadek, że coś się zepsuje. Transport zastępczy, lokomotywa awaryjna…
– Przeglądy – wtrąca młody człowiek. – Wiecie jak u nas się robi przeglądy techniczne? Czy oni je w ogóle robili? Albo tak tylko na papierze.

100 minut po terminie odjazdu – pociąg z wagonami pełnymi podróżnych stoi nadal na stacji Kielce. Słońce nie reaguje. Nie pochodzi z demokratycznych  wyborów, nie ma znajomych, nie musi się o nic starać, to świeci, jak gdyby nigdy nic.

– Ten pociąg nie pojedzie dalej – oświadcza kierownik, osaczony niemal przez grupę pasażerów zgromadzonych na peronie wokół niego, gniewnie i nawzajem się przekrzykujacych. – To znaczy zanim sprowadzą nową lokomotywę.
– Ale kiedy ta lokomotywa – pyta ktoś, przynajmniej jemu udaje się przebić z głosem do kierownika.
– Czas sprowadzenia lokomotywy do jakieś trzy godziny.
– Ale od jakiego momentu? – dobiega jeszcze znad głów pytanie, ale kierownik go już nie słyszy i odpowiedź nie pada, bo liczba pytań tworzy zgiełk nie do opisania.
– Proszę państwa, no co ja mogę? – przytomnie tłumaczy kierownik – przecież ja nie jestem organizatorem ruchu.

Faktycznie – myślę sobie ty nie odpowiadasz. A tego, co odpowiada nie ma. Siedzi sobie gdzieś wygodnie, popija chłodne piwo, rozkoszuje się życiem i pozycją, jaką w nim zajmuje, dzięki takim czy innym układom i znajomościom. Bo na tym to wszystko w Polsce polega, na układach i znajomościach, znajomych, pociotków, ciągniętych, wciąganych, wazelinujących, włażących, by ostatecznie dostać, do czego chcieli, wymarzoną kaskę i pozycję. Ich tu nie ma. Spocony kierownik w białej koszuli robi, co może, ale… co on może?

Rozmawiam z organizatorami spotkania, w którym miałem wziąć udział. Nic z tego nie będzie. Następny pociąg ze stacji Kielce dojedzie do samych Katowic już po osiemnastej. Na wszystko za późno. Nie da się. Przełykam gorzką pigułkę. Prawdę mówiąc, chciałem być trochę patriotyczny, bo to są POLSKIE koleje państwowe. Bo Polska to moje państwo. Bo to jest element infrastruktury państwa. Idę na dworzec.

– Proszę panią, kiedy mogę się  najszybciej dostać z powrotem, bo jechaliśmy do Katowic, ale pociąg się zepsuł i nie mogę jechać dalej.
– To nie mój pociąg proszę pana – zaczyna pani w informacji.
– No tak, ale jak zawieracie umowę przewozu, to powinniście zapewnić jakaś możliwość dotarcia do celu – próbuję tłumaczyć.
– Jacy wy? Jacy wy? Pan tu widzi kogoś oprócz mnie? – rzuca mi dama z „fiolkowaną” fryzurą.
– Niech mi pani powie, jak jechać z powrotem – przerywam tok rosnących pouczeń i informacji, że ona za nic nie odpowiada, co już słyszałem od kierownika pociągu.
– A za bilet mogę odzyskać pieniądze? – pytam – Nie mogę jechać dalej, muszę wracać.
– A bilet jest skasowany?
– No… tak – odpowiadam. – Znaczy częściowo, bo już przechodził konduktor i kasował.
– No to nie oddamy panu.
– Co?! – pytam lekko podniesionym głosem.
– Nie słyszał pan? Bilet skasowany to nie przysługuje zwrot pieniędzy.

I w tym momencie nie wytrzymałem, w sposób głośny i wyraźny wyrażając swoją opinię o instytucji i organizacji, z którą mam do czynienia. To było już za daleko, nawet jak dla mnie.

image

Więc morał z tego rejsu TLK Sztygara, który zatonął na stacji kolejowej Kielce, jest taki: Polska to państwo z dykty, jak to zdradził onegdaj jeden z jej ministrów. Dykta ma różne kolory. Jedni malują ją na niebiesko z dużą liczbą żółtych gwiazdek. Inni malują na biało-czerwono, z dekoracjami w postaci takich słów jak duma, wstawanie z kolan i inne takie.

Ale to tylko lipa i dekoracja z owej dykty. Za tą tanią zasłoną jest rzeczywistość. Rzeczywistość polegająca na grabieniu do siebie, na włażeniu tym wyżej w … no powiedzmy w wazelinę. Sznureczki powiązań, zaczynające się od węzełka tych na samej górze, przeplotły polską rzeczywistość. Nikt tak naprawdę o nic nie dba, nikomu na niczym nie zależy, poza jego czterema literami i podlizywaniem się pryncypałowi. Reszta to fikcja i opowieść dla ciemnego ludu, która szczególnie dobrze wypada z kolorowego ekranu, z mównicy dla przewodniczącego, albo z kościelnej ambony. Fikcja. W kontakcie ze zwykłą rzeczywistością, siłami natury albo z zewnątrz, polska rzeczywistość pada na twarz i kwiczy. A politycy z pasterzami namawiają do bycia grzecznym.

Właściwie nasze państwo jest silne tylko wobec zwykłego obywatela. Tego człowieka może zgnieść, poszarpać, odmówić leczenia i wypluć. Wobec wszystkiego ponadto, wobec korporacji, wobec obcych sił, instytucji, wobec własnych wewnętrznych koterii i układów, jest kompletnie BEZSILNE. Więc silne wobec obywatela i bezsilne wobec wszystkiego innego, chce tego obywatela urobić, uspokojnić, udupić w myśl przyśpiewki-hasła „Nic się nie stało! Polaku nic się nie stało”.

Polacy różnie. Części udało się zaczepić do grabienia do siebie. Inni dostają polityczne łapówki dla wygranych grup głosujących. Jeszcze inni emigrują, tutaj do korporacji, które za cenę włączania LGBT pozwolą poza tym jakoś normalnie żyć, czy też poza granicę. Jeszcze inni wierzą, zahipnotyzowani występami w telewizorze, stronami w internecie, kazaniami postępowych pasterzy. Zachowują spokój, bo nic się nie stało, bo trzeba zrozumieć. Może – taka myśl na chwilę przemknęła mi przez głowę – to jest właśnie problem. Może to zrozumienie i spokój nas rozkłada. Może czas się wreszcie zdenerwować, bo bez tego zdrowego gniewu, wszystko tonie w marazmie g**nianych interesików pogrążających tę rzeczywistość, jaką jest Polska. Może czas na uzdrawiający gniew. A może nie.

Ja? Wsiadłem do autobusu niemieckiej firmy założonej przez panów: Kraussa, Engerta, Schwämmleina i bezpiecznie oraz o czasie wróciłem do domu. Gorzko trochę…


Udostępnij dalej

One thought on “TLK „Sztygar” zatonął czyli polskie państwo z dykty

  1. „Polska to państwo z dykty”

    Kiedy studiowałem w Warszawie na studiach inżynierskich, to było już po półtorarocznym karnawale Solidarności. Oczywiście widziałem tę beznadzieję wokół siebie w stolicy PRL. Niemniej jednak, uważam tak do dzisiaj, że wykształcenie, a zwłaszcza samokształcenie, to mój najważniejszy obowiązek w życiu. Kiedy już zdławiono ten karnawał wolności zacząłem studia techniczne. Widząc tę biedę wokół często próbowałem zaopatrywać sie w angielskojęzyczne książki w antykwariacie na Alejach Jerozolimiskich, w pięknej kamienicy naprzeciwko ambasady USA. Takim sposobem wpadło w moje posiadanie kilka książek, w tym Alana Wattsa : „The Book: On the Taboo Against Knowing Who You Are”, Maharishi Mahesha Yogi : „Transcendental Meditation” oraz J.Z.Knight „Ramtha: Voyage to the New World: An Adventure Into Unlimitedness”. Wkrotce pojawili się w auli PW dwaj panowie z zachodu, schludnie ubrani w czarne garnitury, którzy przedstawiali się jako współpracownicy Maharishi Mahesh Yogi i wyłożyli studentom teorię jednolitego pola, co było świętym Graalem fizyki, tzw. Grand Unification Theory (GUT) i powiązali ją z transcendentalną medytacją, którą propagował Maharishi. A jak skończyłem studia, to akurat skończył się PRL, rządy przejęli agenci tzw. „okrągłego stołu”, zaczęły się czasy dzikiego kapitalizmu i runęło prawdziwe państwo z dykty.

    W ramach post scriptum dodam, że w czasach PRL wpadły mi w ręce 3 książki Cz. Klimuszko pt. „Moje widzenie świata” i zrozumiałem, że obok mojej prywatnej rzeczywistości jest pewna magiczna rzeczywistość, której nie sposób pojąć rozumem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *