„Hereafter” Clinta Eastwooda

Udostępnij dalej

„Hereafter” Clinta Eastwooda

To po prostu ładny film. Ładny we wszystkich wymiarach. Momenty tragiczne, silnie wzruszające. Życiowe tragedie i ta muzyka, która wszystko zmienia, wszystkiemu przydaje dystansu i koloru. Ona, jak to Francuzka, piękna i trochę niezwykła. On. Który on? Bo jest dwóch. Ten duży i ten mały. I nie wiadomo, który bardziej porywający i który bardziej za serce chwyta.

Jest też zwykła mała ludzka bezwzględność. Podłość przez małe „p”, w której wszyscy czasem maczamy palce, która czasem warta parę złotych, czasem w efekcie czyjeś życie, co to nas obchodzi…

Eastwood nakręcił film na trudny temat. No bo „co będzie potem?”, po tym życiu. Można sztampowo, można religijnie albo jeszcze jakoś inaczej. Żadne podejście nie wydaje się dobre. Clint, wydaje się, podszedł po ludzku. Oglądamy i tragedie, i „zwykłe” życiowe katastrofy. Oglądamy ludzi, jakby prawdziwych, jakby nas samych trochę, gdybyśmy się znaleźli na ich miejscu rzecz jasna.

Temat śmierci właściwie staje się w tym filmie tematem życia. Nadaje temu życiu jakiś większy sens. Sprawia, że jest ono bardziej kolorowe, bardziej dosłownie przeżywane. Bo też niesie ze sobą nieuchronne porażki i zawody, ale też drobne przejaśnienia, których nie doceniamy. I to życie jest bohaterem „Hereafter”. To teraźniejsze, a nie to „potem”.

Sympatyczne jest pomieszanie akcentów i smaków. Włoskiej kuchni, paryskich widoków, londyńskich uliczek. I ta nieznośnie lekka muzyka, zdająca się widzowi podsuwać myśl, że tu i teraz jest wszystko, co istotne. Matt Damon jest przekonywujący, Cecile de France interesująca, a co do „hereafter”, to pozwala ono bohaterom być bardziej ludźmi, tu i teraz. Może i trochę widzom, tego dobrego filmu z 2010 roku.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *