1 dniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej #32 – Prawie koniec

Udostępnij dalej

porcelainfacespa.com

 

„Co za dużo, to nie zdrowo” – zdaje mi się coraz częściej pokazywać na ekranie świadomości. Czy jest coś takiego, co można bez końca i bez miary? Religia mówi, że tak, że jest taka jedna rzecz, ale to religia, a tu życie i post, który wczoraj zakończyłem po raz 32 drugi.

Właściwie to miałem zakończyć po 28, 30, 31 dniach. Każdy z nich dobry, każdy jakoś okrągły. Jakbym szukał tylko pretekstu, żeby powiedzieć – już dość. Ale rutyna i siła rozpędu przepycha mnie w kolejny dzień, więc i 32 już mam za sobą, choć go już nie planowałem, nie pragnąłem, nie przyzywałem.

Moje jedzenie, mam nadzieję zgodne nieco z tą dietą, do której nawiązuję, stało się już standardem. Jem dwa posiłki plus ewentualnie deser – jakiś owoc na kolację. Śniadanie zawsze na surowo z dominującą przez większość dni tartą marchewką okraszoną surową cebulą. Czasem kiwi, czasem małe jabłko. Woda. Na obiad zawsze pieczone lub gotowane na parze warzywa z kalafiorem i brokułami jako podstawą. Do tego sporo „surówki”: ogórek, pomidor, papryka, jarmuż, szpinak, natka pietruszki. Piję dorywczo herbatę ze skrzypu, pokrzywy i mięty. I wodę, dużo wody. Z owoców to jabłko, grapefruit – duże są, to starcza na dwa dni, czasem kiwi.

Generalnie jak czytam sobie relacje i porady na grupie wspierającej tę dietę, to jest, dieta nie grupa, mocno restrykcyjna pod względem grzechu. Nie tak jak chrześcijaństwie, gdzie w sumie ksiądz, wszystko ci wybaczy albo sam sobie wybaczysz zależnie od denominacji. W diecie Dąbrowskiej, jak zgrzeszysz to po tobie. Koniec postu. Nie możesz kontynuować. Za żadne skarby świata.

Może i mają rację, nie wiem. Może to też jest i tak, że ktokolwiek udziela jakichś porad w tym zakresie, to musi się asekurować, żeby tym, którym radzi nie zrobić jakiejś krzywdy. W dzisiejszych czasach to nie przygoda, nie śmiałe przedsięwzięcie są na topie tematów pożądanych ale… bezpieczeństwo. A może rzeczywiście po zjedzeniu banana organizm, ta niezwykła maszyna, którą zamieszkujemy, zmienia tryb pracy i ponowne poszczenie może doprowadzić do połamania jakichś trybików. Tak jakby w zjeżdżającym „na luzie” z góry samochodzie włączyć wsteczny i puścić sprzęgło – coś może się zepsuć.

Więc staram się nie grzeszyć, przynajmniej czynem. Grzechy myślne, są na diecie Dąbrowskiej dozwolone i jest to jej jakaś zaleta. Wczoraj poszedłem na spacer. Nie wiem właściwie czy to można nazywać spacerem, bo szło się i szło. Fajnie było, słońce. Właściwie to przez pierwszą połowę drogi widziałem słońce. Ładny widok. Niebo, jak zwykle, bez granic i w tej otchłani błękitu to coś, co prześwietla oczy, głowę, gałęzie drzew, czapki mijanych ludzi.

Z witaminą D nie ma żartów. „Uczeni” mówią, że nie potrzeba nam tego słońca tak znowu wiele. Pięć minut wystarczy albo inne takie powiadają. Kłamią. Jak zwykle kłamią w żywe oczy. Ja tam słońca potrzebuję bez liku i bez miary. No, może przesadzam, bo noc ma jednak też swoje zalety. Gdy wracałem, dzień zaczął gasnąć. Słońce niżej, w końcu dotknęło dachów budynków, zaczęło się mieszać z gałęziami drzew. Zniknęło i początkowy róż na horyzoncie też zaczął blednąć. Jakiś półmrok taki się zrobił. Szaroprzedciemność spoczęła na ziemi i tylko pełzające światełka samochodów dekorowały ją niemal jak światełka choinkę, którą z bólem serca wyniosłem jak co roku z domu na… śmietnik.

Nie powinno się tak… wynosić. Człowiek się przyzwyczaja. Chyba do wszystkiego, co obdarza swoim ciepłym oddechem, spojrzeniem. Tymczasem czas… wyrywa nam wszystko z rąk. Prędzej lub później. Tylko taka alternatywa.

Więc w tym półdniu, półmroku zacząłem zasypiać, idąc. W końcu sześć godzin na piechotę bez odpoczynku to i usnąć ostatecznie można. Oczy mi się zaczęły zwężać. Samoczynnie. Jeszcze bym zszedł ze ścieżki i wlazł do rzeki płynącej obok. Ale nie. Nogi trzymały się drogi, jak zaprogramowane i tylko chłodny wiatr z prawej strony jakoś mnie tak budził, otrzeźwiał, zaczepiał. W końcu zabłysły światła, zupełnie bezgłośnie. Rzędy lamp w ułamku chwili pojawiły się w tężejącej ciemności. I cała senność prysła. Jakby światło wlewało energię do dnia, do nocy, do rzeczywistości. Jakby cywilizacja z całym jej biegiem, pożądaniem i zacięciem, wypełniała tę przestrzeń, którą przed chwilą zajmowała nieokreśloność i niewypowiedzianość.

Na końcu pokazały się gwiazdy, atramentowe niebo i śmieszny rożek księżyca. Chciałem coś tym gwiazdom powiedzieć. Jakiś krótki i celny dowcip na ich temat, ale minąłem je tylko. Schody, klamka, dom.

Jeśli chodzi o post, to martwi mnie sprawa możliwych niedoborów. W końcu ta cała masa jedzenia, która została za mną, to też wiele potrzebnych organizmowi składników. Można oczywiście suplementować, do czego i ja przez ostatnie trzy dni zostałem zmuszony, ale to już, jak dla mnie, nie jest fajne. Co „jadłem” dodatkowo? Magnez. Cytrynian konkretnie. Ale przecież mógłbym słonecznika, kakao i wiele innych, choćby tak prostych jak kaszę gryczaną.

Gdy wracałem ze swojego spaceru, to śnił mi się pasztet. Taki domowy, dobrze wypieczony, że skórką z wierzchu lekko twardą. Ciepły. Brązowy. Chaaps.. zęby nagryzają miąższ. Język i gardło czują ten ciepły smak. Jak pasztet się dobrze doprawi, to pycha. Tak, były też poboczne sny, o pieczonym boczku i inne takie. Chwilowo cukier zszedł z planu pierwszego i czeka na lepsze czasy w obszarze moich snów.

A’propos gardła, to niestety mam czymś zajęte. Chciałem trochę poczytać do mikrofonu, ale nie mogę. Po pół stronie zaczynam piszczeć i przełykać. Jakiś nalot mam na tym gardle. Nie wiem, co na to poradzić. Może skończyć post? Może to jakieś eh… oczyszczanie? A może po prostu podziębiłem albo infekcja. Licho wie.

Sam post jakoś podsumuję, jak na pewno już skończę. Im dalej tym, zdaje mi się, rutyna coraz większa i przygoda coraz mniejsza. Za to „lód coraz cieńszy”. Jak wczoraj tak stałem nad jeziorem i patrzyłem, jak ludzie po lodzie wychodzą na jego taflę i siadają nad przeręblem, żeby łowić ryby, to się zastanawiałem, gdzie jest próg ryzyka. Pamiętam jak mój kolega, mieliśmy pewnie z dziesięć lat, poszedł kiedyś pod lód na rzece. Szczęściem wynurzył się w tym samym miejscu i wyciągnęliśmy go. Ale lód jest zawsze zdradliwy. Z wierzchu twardy i zachęcający, ale pod spodem kryją się różne, czasem groźne, niespodzianki.

Takich niespodzianek, jak najmniej w naszym życiu. Ale z drugiej strony, jest ryzyko – jest zabawa. Więc takiego pozytywnego ryzyka, owocującego zabawą, wszystkim czytającym życzę. No i postu, ale tak długo, jak przynosi radość i pewną przyjemność. Bo że przynosi, to sam solennie zaświadczam, rozpoczynając po raz 33 swój jednodniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej 🙂


Udostępnij dalej

2 thoughts on “1 dniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej #32 – Prawie koniec

  1. Fantastyczne sie to czyta! Jestem pod wrażeniem lekkości słowa i bardzo mi to przypomniało koszałki opałki jak je nazywałam , któremi kiedyś opisywałam swoje życie , podobnie jak Pan teraz postne i około postne doswiadczenia. Dziekuję za pozytywne rozpoczęcie dnia , chyba wrócę do opisywania rzeczywistości . Dzięki Panu nabrałam apetytu na … życie:) merci
    Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *