1 dniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej #17 – równowaga

Udostępnij dalej

1 dniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej #17 – równowaga

 

Kochane POSTowianki i drodzy POSTowiacze, udało się! Zakończyłem sukcesem swój jednodniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej. I zrobiłem to po raz siedemnasty z rzędu. Wczoraj, tego pięknego dnia stycznia, gdzie zimno, w warzywniaku pokręcone buraki i natka pietruszki, a pralkę trzeba było czyścić, bo się zapchała i kłopot. Nieważne, o poście.

Co jadłem?

  1. Śniadania: Zawsze surowe: marchew, jarmuż, jakiś owoc (jabłko, grapefruit, kiwi).
  2. Obiady: Zawsze gotowane na parze lub pieczone warzywa: kalafior, brokuł, papryka, seler, dynia w minimalnych ilościach, pietruszka, marchew, cebula, burak, czerwona kapusta w małych ilościach. Plus zawsze coś na surówkę: ogórek gruntowy, ogórek kiszony, pomidor, papryka, jarmuż, natka pietruszki, cebula, czosnek.
  3. Kolacje: Nie zawsze jadłem kolację. Jeśli już to minimalne ilości: Jabłko pieczone z cynamonem, trochę warzyw z obiadu, jakiś owoc.
  4. Używki: zakwas z buraków w dużych ilościach.

Jak się czułem?

Swoje samopoczucie, to jest zestaw wszystkich, i tu mrugam okiem do piękniejszej części społeczeństwa, WSZYSTKICH funkcji psychofizycznych określam na poziomie bardzo wysokim. Powiedziałbym, że lekko nawet POWYŻEJ poziomu, gdy jadłem normalnie, to znaczy nienormalnie, bo kto normalny zjada czekoladę na raz i niedługo potem sięga po krówki?

Po schodach wchodzę tak samo albo szybciej. Ostrość myślenia, zdolność rozwiązywania problemów logicznych, zdecydowanie nie gorzej, a może nawet lepiej niż wcześniej. Długie marsze, nadal kontynuuję, znoszę lepiej niż w przypadku tradycyjnego odżywania się. Jednym słowem – plusy!

Grzech.

Niestety, gdy chodzę między półkami sklepowymi, mijam całe te segmenty dla mnie teraz niedostępne, to przypomina mi się poprzedni okres mojego życia. Ech… taki uroczy był. Naprawdę, choćby ten przekładaniec, który robię z wafla tortowego. Smaruję jedną warstwę kajmakiem, trzeba kupić dobry, następną ekologiczną konfiturą, potem znów kajmak, konfitura, górę polewam roztopionymi tabliczkami czekolady. Siadam, obok zimna coca-cola albo jakieś wino. Am… i rozkosz z jamy, przenika, chodziło o jamę ustną jakby co, do mózgu, który prawie pławi się w tej przyjemności i chce więcej, i więcej, co posłuszne mu dłonie, usta, zęby, język, przełyk – bezzwłocznie zapewniają.

Więc w sumie to była orgia, kulinarna na dodatek. Jadłem dokładnie wszystko, na co miałem ochotę. I… unikałem stawania w lustrze. Liczy się to, jak sami się widzimy, a przed innymi jakoś można się zasłonić! Zresztą, po co psuć sobie nastrój, wywołany czarującą bagietką albo kromką wiejskiego chleba ze smalczykiem i skwarkami własnoręcznie wytopionymi ze słoninki? Am!

Więc gdy widzę te wszystkie produkty, których sobie nie odmawiałem, to pokusa grzechu znów się pojawia i jakiś głos zza mojego lewego ucha podpowiada, że zdrowiej jest zrobić jojo niż tkwić nieustannie na poziomie wysokiej wagi!

– Schudniesz! Zobacz ile przyjemności teraz przed Tobą! – tłumaczy przekonywująco.
– Ale czy to nie będzie zdrada? Zdrada postu? Zdrada zasad? – odpowiadam.
– No co ty! Jakie zasady! Przecież zdrowie jest po to, żeby je stracić w przyjemnych okolicznościach!
– Nie, nie –  oponuje rozsądek, który zdaje się nadawać z okolic prawego ucha. – Szkoda tego wysiłku.
– Pal to licho! – odzywa się głos z lewej strony. – Zobacz jakie to piękne! Po prostu stań bliżej. Może dotknij. Przecież jak utyjesz, to znowu się odchudzisz! Nawet motywację do odchudzania bedziesz miał wienszko – zaczyna seplenić w swojej zapalczywości.

No ale wychodzę z marketu i tu już większy spokój. Oddaję się nałogowi, to jest smakowaniu mojego zakwasu buraczanego. Zrobiłem już trzy słoiki, wczoraj nastawiłem czwarty. Ciągle dręczy mnie pytanie, czy czosnek trzeba obierać? Ja obieram. Widzę, że inni nie. Niby mniej pracy by było, ale jakoś tak… obieram.

Z tych trzech słoików, dwa razy zakwasu nie zakręcałem, a raz tak. Uważam, że smaczniejszy był ten zakręcany. Jakiś intensywniejszy, bardziej „edgy”. Ten swobodny jakiś taki bardziej rozlazły w smaku, choć też pyszny i też ciągnie człowieka do niego. Kolor za każdym razem to rubin wpadający w fiolet. Buraki, jak się nie rozpadają, to wrzucam po wyjęciu do wody i gotuję barszcz. Średnio czerwony wychodzi, ale do picia ma dobry smak, więc po co marnować warzywa.

Generalnie zauważyłem, że organizm domaga się RÓŻNORODNOŚCI. Gdy mam zjeść to samo na śniadanie albo obiad, to mnie odrzuca. Muszę zmieniać składniki, to kalafior, to brokuł, to marchewka, to kawałek grapefruita. Jak wczoraj ten grapefruit, to dziś już nie, może jabłko albo kiwi. Wiem, kiwi nie wolno, nic nie wolno, ale łączę zazwyczaj z warzywami, to wolno.

I tak post stał się rutyną. Czymś, o co specjalnie nie należy walczyć, z czym się nie trzeba zmagać, co nie przynosi też jakiś wystrzałowych przeżyć jak… no tu nie będę wracał do grzechów wyznanych powyżej.

Objawy ujemne?

Zaobserwowałem dwa drobne i nieznaczące objawy, które można by uznać za ujemne, choć wcale niekoniecznie powiązane z postem. Po pierwsze przetłuszcza mi się czasem skóra głowy. Nie do tego stopnia jaki występuje po zjedzeniu dużej ilości cukru, ale jednak powyżej normalnego stanu. Rzecz drobna, nie nastręczająca jakichś problemów. Po drugie przez kilka dni miałem płytki sen. Jakoś tak „pływałem” po jego powierzchni, nie to śpiąc, ni to będąc świadomym, wszystkich myśli czy obrazów, co się przetaczają pod sklepieniem makówki, tudzież dźwięków z otoczenia. Wczoraj skapowałem, że śpię z głową obok komórki mającej na stałe włączone wifi. Wyłączyłem. Sen piękny. Jak się należy. Taki, że człowieka nie ma, za to, to, co nie jest człowiekiem, a może jest?, odbudowuje go pracowicie, żeby świadomość z rana mogła znów podróżować przez życie, tym cudownym wehikułem, jakim jest nasze ciało.

Dziś jest osiemnasty dzień od momentu, gdy zacząłem swój jednodniowy post. Jak ten czas leci. Nijak go zatrzymać. „Zatrzymać czas” – tyle razy to widziałem. Jednak jedyne, co możemy zrobić, to ten czas WYPEŁNIĆ. Wypełniamy go tym, co robimy, tym, co jest w nas. I na tym polega nasze życie, na wypełnianiu tej przestrzeni, którą nazywamy czasem. Stąd, jesteśmy dawaniem, tworzeniem. Może jakimiś architektami czy artystami, z których każdy, czy chce czy nie, nadaje kształt ścieżce swojego życia poprzez wypełnianie właśnie czasu. Myślę, że ten czas postu, jest jednym z lepszych takich odcinków naszej „drogi”. Wszystko trochę inaczej, rzekłbym lepiej. Nawet może jaśniej. Tak, post wpływa chyba jakoś na emocjonalność. Ale jak? To może następnym razem. Chyba, że ktoś wie, i powie.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *