1 dniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej #11 – 18 kilometrowy marsz

Udostępnij dalej

 

Wczoraj minął 11 dzień mojego jednodniowego postu. Czy aby jestem człowiekiem poważnym? Czy można pościć jeden dzień tylko, przez jedenaście dni? Widać można, może nie jestem. Może tak dobrze, bo zapoważniamy się w tym życiu i wcale to nam go nie ułatwia.

Jedenastego dnia wybrałem się na spacer. Właściwie to może marsz? Dość że ech tak, gdzie oczy poniosą. A te niosą zazwyczaj w kierunku słońca, to szedłem na południe. Słońce dziwna rzecz, budzi kolory, ogrzewa myśli, rozjaśnia to, co w głowie, całą tą przestrzeń jakby przenikając, prześwietlając, odsłaniając rzeczy w niej zapomniane, zakurzone czasem, zapodziane.

Jedzenie tego 11 dnia było standardowe i właściwie już się przyzwyczaiłem:

  1. Śniadanie: Duża tarta marchewka.
  2. Lunch przed wyjściem na marsz: kiwi – jedna sztuka.
  3. Obiadokolacja: Warzywa z piekarnika, burak, marchewki, kapusta. Jarmuż i surowa czerwona papryka. Herbata ze skrzypu, mięty i pokrzywy – polubiłem.
  4. Podwieczorek przednocny: Jabłko ekologiczne, plasterek przypieczonej dyni, plasterek, tyle się zrobiło, jabłka z cynamonem.
  5. Przez cały dzień, już kolejny, popijałem zakwas buraczany.

Jedzenie było nawet smaczne. Oczywiście nie tak, jak to, które potrafię przyrządzić sam i którym zachwycają się zwykle goście, którzy do nas wpadną, z takiej czy innej okazji. Ale zawsze. Zakwas, pieczone jabłko, warzywa z piekarnika, też mają swoje smaki i przy odrobinie inwencji można im pomóc się wydobyć, tak, żeby człowieka nie odrzucało.

Tak się zastanawiam jeszcze z tym zakwasem, dziś nastawię nowy, czy czosnek trzeba obierać. Widziałem na zdjęciach całe główki czosnku wrzucane do zakwasu, łącznie z tymi wąsami i łuskami i wszystkim, co literalnie na takiej główce jest. Ale czy to ok? Czy tam nie ma „brudu”? Ja higienicznie obieram. Ale nie zawsze higiena jest najlepsza, czasem warto inaczej 🙂

No więc o tym marszu. Wyszedłem i już. Mniej więcej tak, jak zacząłem swój jednodniowy post. Wyszedłem, bo chciałem, bo coś wołało. Czy czujecie jeszcze czasem takie wołanie? Jak się ono odzywa, to człowiek odpowiada. Idzie. Coś robi. Sam nie wie dokładnie dlaczego, nie potrafi poskładać wyjaśnień. Więc to nie było tak, że planowałem i oto realizuję. To się poszło, oczywiście ze zdrowym rozsądkiem w kieszeni, na wszelki wypadek.

Po sześciu kilometrach chciałem się zatrzymać, ale gdzie tam. Rzeka uśmiechała się odbitym słońcem, ptaki jak to ptaki, stale nas oszukują, że wolne są takie, że szybują po niebie, może gdzie chcą. Więc nogi przeniosły mnie pod mostem i dalej, i dalej. Szedłem ostrożnie, nieufnie, bo przecież w zasadzie nic nie jadłem, więc jak tu się wybrać na taką wyprawę. A jak zabraknie sił? A jak zasłabnę? Przecież to już nie miasto. Zacznie boleć głowa, brzuch i nie wiem, co jeszcze. Ale ciekawe było to – „co dalej”. To szedłem, wciąż niosąc ze sobą tę obawę. Czy nie za daleko, jak teraz wrócisz?

Na przeciwko stadniny usiadłem. Tylko jeden przedstawiciel tego pięknego gatunku się pałętał na zewnątrz. Zwykła, jak to między nami, wymiana uprzejmości. Ja głosem, on gestem. Czy to był on? Tak myślę. Siedziałem nie długo, wstałem żeby wracać i… poszedłem dalej. Jeszcze trochę, jeszcze choć trochę. Może dojdę na koniec, to już niedaleko, a tam… przystanek. Wsiądę i wrócę, będzie bliżej niż miałbym całą tę drogę wracać na piechotę, to już dziewięć kilometrów, to może nie dam rady.

W końcu zawróciłem. Co będzie to będzie. Generalnie jeśli chodzi o chodzenie, to ja trochę zaprawiony jestem. Chodziłem długie dystanse, więc marsz sam w sobie mi nie straszny. Droga zrobiła się lżejsza. Krok za krokiem, minuta z minutą, jakbym sam stawał się lżejszy. Miało przyjść zmęczenie, zwykle po dziesięciu kilometrach przychodzi, a tu, krok coraz dłuższy, coraz mniej wysiłku w niego wkładam.

Mniej więcej w połowie powrotnej drogi, jakby bezwiednie, „nacisnąłem na pedał”. To znaczy zacząłem iść już nie lekko, szybko ale zwiewnie, tylko w oparciu o mięśnie wydłużyłem i przyspieszyłem kroku tak, że szedłem swoim maksymalnym marszowym tempem. W głowie cały czas jasno. Zero zmęczenia, zero znużenia. Czułem się jak na lekkim  „haju”. Jakbym przyjął jakieś środki znoszące naturalne sygnały bólu i zmęczenia, dragi jakieś albo co.

Ale nic. Lekko i przyjemnie zasuwałem w tempie motorówki do domu. Gdyby mnie ktoś zapytał kiedy jest większa wydolność organizmu do takiego wysiłku jak wielokilometrowy marsz, czy na normalnej diecie, czy na głodówce miss Dąbrowskiej, to zdecydowanie Dąbrowska wygrywa. Szokujące ale prawdziwe. Czary jakieś.

Normalnie organizm zużywa zgromadzone z pożywienia zapasy energii i z upływem czasu ulega znużeniu, chyba że coś „przegryziemy”. Tutaj, przełączony w tryb odżywiania się tym, co pod skórą, je sobie skolko ugodno („ile chce” dla młodziaków) i problem konieczności dostarczenia energii – nie istnieje. Dziwniejszy jednak był brak oznak zmęczenia mięśni i to odczucie lekkości. Lekkości myśli, lekkości nóg. Gdzieś ze trzy kilogramy mi zdjęło z każdej z nich. Pomyśleć, nogi o trzy kilogramy lżejsze. Toż to można by do szczęścia nawet zajść na takich nogach. Gdyby, gdyby tylko było ono gdzieś położone. Na jakiejś górze dajmy na to, może na dyskotece, może w jakimś kościele albo znowu na polanie, gdzie w słońcu owady i cisza, i ruch, i kołysanie traw.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie polecam i odradzam takie wycieczki bez przygotowania i w pierwszym okresie postu. Ja zrobiłem:

  • piątego dnia: 3km x 2 = 6km
  • siódmego dnia: 5km x 2 = 10 km
  • ósmego dnia: 6km x 2 = 12 km
  • jedenastego dnia: 18 km x 1 = 18 km

ponad standardowe codziennie pokonywane po otoczeniu dystanse.

Wniosek z tego taki, że dieta Dąbrowskiej, w takim zakresie w jakim ja sobie ją testuję, sprzyja miarowemu wysiłkowi fizycznemu. Nie chodzi tu o wysiłek gwałtowny, ale taka rzecz jak marsz właśnie, jest dostępna bez problemów.

Więcej grzechów, może poza pewnym smutkiem, o który się mocno wczoraj otarłem, nie pamiętam. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Właściwie, to chyba prawda, że żałują ludzie najbardziej nie tego, co zrobili, ale tego, czego nie zrobili. Więc warto spróbować. Wyjść na zewnątrz. Zacząć post. Może nawet czasem, być sobą. Dziś pochmurno, to się nigdzie nie wybieram. Do zrobienia zakwas, trochę pracy i ta codzienność, która od spraw niecodziennych, jakoś tak jaśnieje 🙂

 


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *