Prawdziwa Historia Polski

Udostępnij dalej

Błędne postrzeganie rzeczywistości uniemożliwia wyciąganie wniosków służących jej poprawie. Ktoś kto uważa, że za skrajem widnokręgu jest oaza, ale tylko mu się tak wydaje, nigdy nie pójdzie we właściwym kierunku. Czym zatem jest Polska i jaka jest jej Historia? Pisana dużą literą, prawdziwa, a nie ta nauczana w szkole. Wtłaczana przez przymusowy system edukacyjny, który jest narzędziem indoktrynacji wszystkich niemal państw.

Historia Polski zaczęła się po roku 1864r. Nie tak jak chcą tego podręczniki i profesorowie historii, czyli w roku 966. Polska to kraj Polaków. To emanacja ich marzeń, ich obaw, ich przekonań, ich wierzeń, ich postaw. Polska to kraj, który tworzą wszyscy Polacy.

W 966 roku (data umowna chrztu Polski) powstało państwo Mieszka. Ten niezwykle zdolny książę Polan, podwoił swoje terytorium drogą podbojów. Zawierał sojusze zmienne, czasem z wcześniejszymi wrogami, zawsze kierując się racją stanu. A jednak jego państwo było jego państwem. Państwem, w którym żyli Polanie i inne ludy, stopniowo włączane do jego państwa. To nie był kraj świadomych obywateli.

Z czasem państwo władców, przekształciło się w państwo szlachty. W państwie tym, nadal mieszkali i żyli Polacy, jednak byli w nim generalnie niewolnikami. Chłopa człowiek Szlachetny, posiadał. Mógł go sprzedać albo kupić, wraz z gruntem. Chłop nie istniał jako przedmiot obowiązującego prawa, stąd nie mógł swojego Pana pozwać do sądu.

Większa niż u sąsiadów dystrybucja władzy i własności, doprowadziła Rzeczpospolitą Szlachecką do rozkwitu, a następnie upadku. Ludzie Szlachetni, posiadacze rodaków oraz praw obywatelskich i państwowych, państwo swoje oddali obcym. Za pieniądze. Za spokój. Z lenistwa, małości i głupoty.

Miniona Rzeczpospolita Szlachecka nie była państwem Polaków. Była państwem, w którym Polacy zamieszkiwali. Jako inwentarz „ludzi Szlachetnych”.

Rzeczywistość pod władzą obcych monarchów, była dla szlachty nemezis. Już to wskutek sentymentu do minionej wolności, już to wskutek podburzeń i namowy obcych, wcale nie przyjaznych Polsce Szlacheckiej, środowisk, Szlachta udowodniła swoje przywiązanie do minionej Szlacheckiej Polski. Udowodniła krwią dwóch powstań szlacheckich, zwanych narodowymi. Powstań, w których Polacy (jako ogół) nie wzięli udziału bo i po co? Przecież Rzeczpospolita Szlachecka nie była ich państwem a oni nie byli jej obywatelami tylko własnością jej obywateli.

Dopiero wówczas. Wobec przelanej własnej krwi i poczucia niemocy. Wobec faktu, że to obcy monarchowie uwolnili chłopów stanowiących ponad 80% ludności. Wobec niemożliwości powrotu do pięknego czasu Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Szlachta zdecydowała się pojednać z całą resztą ludności. Tak doszło do narodzin Polski. Do narodzin bytu, który poczęty został w 1864 roku.

Mówią, że każdy człowiek kształtuje swoją osobowość przez pierwsze sześć lat życia. To co charakterystyczne to fragmentaryczność pamięci z tamtego okresu. Po prostu go w większości – nie pamiętamy. Odwrotnie niż okres późniejszy. Dzieje się tak, ponieważ w pierwszym okresie życia człowiek znajduje się w stanie „półświadomości”. Świadomości niepełnej. Stan ten jest niezbędny w procesie uczenia się. Przyswajania. Wszystkiego co do życia będzie mu potrzebne. Języka. Emocji. Mechanizmów reagowania. Przez pierwsze sześć lat życia w człowieku niczym w komputerze następuje „download”/”załadowanie” całej struktury emocjonalno pojęciowej jego osoby. Dlatego świadomość jest zawężona.

Dlatego właśnie moment narodzin Polski po 1864 roku i jej pierwszy okres miał tak silny wpływ na to czym Polska i Polacy się stali.

Polska narodziła się w niewoli. W poczuciu krzywdy i bólu z racji utraty wolności. W poczuciu niesprawiedliwości, którą był obcy but na polskim karku. Takie emocje i takie przekazy wlewały się w dusze Polaków, tj. ludzi, którzy właśnie poprzez te przekazy stawali się Polakami. I był to proces skuteczny. Jednoczący. Formujący.

Dlatego właśnie śmiertelną niespodzianką dla wschodniej dziczy okazał się rok 1921. Czerwone oddziały z wypisanymi na sztandarach hasłami wolności dla chłopów i robotników spotkały się z walką na śmierć i życie całego narodu polskiego. Rozum a nawet geniusz dowódców połączony z męstwem wojska dał Polakom szczyt ich realnej historii i zatrzymał nawałę dziczy zza wschodniej granicy. Towarzysze radzieccy po prostu przeoczyli, że ludność polska stała się Polakami.

To na skutek tego wczesnego formowania polskiej świadomości Piłsudski przysłany do Warszawy przez Niemców, niemieckim pociągiem, odbierający władzę od urzędników i administracji podporządkowanych wcześniej Niemcom, został potraktowany niemal jako półbóg. Zwiastun upragnionej i świętej wolności.

Polacy jednak nie mieli doświadczenia jak żyć w wolności. Jedyne co znali to walka z niewolą. Nie potrafili. Nie umieli jeszcze. Dlatego pięć lat po zwycięstwie na Rosją, Warszawą płynęła polska krew. To żołnierze Piłsudskiego zaprowadzali kulami porządek w Warszawie. W imię ojczyzny.

Miłość do ojczyzny stała się po tym nieoficjalną religią państwową. Jej kapłani (sanacja) jej podporządkowali edukację i życie społeczne i polityczne. To miłość ojczyzny miała Polaków zbawić i zapewnić im świetlaną przyszłość pod nieusuwalnym kierownictwem tych, którzy Ojczyznę kochali najbardziej – sanacyjnych urzędników.

Starali się. Ale ograniczyli życie intelektualne narodu. Berezą Kartuską. Terrorem patriotycznej poprawności. Realnymi mechanizmami doboru ludzi na stanowiska związane z władzą. Brutalną niekiedy eliminacją myślących inaczej.

Monokultura życia umysłowego i politycznego, zakończyła się przerażającą hekatombą drugiej wojny światowej. Do tej wprawiającej w oniemienie tragedii doprowadziły w dużym stopniu realia życia Polski. Ograniczenie życia politycznego i intelektualnego przez elitę sanacyjną w imię religijnie pojmowanego patriotyzmu. Będąca skutkiem pierwszego głupota i brak rozwagi tych co kierowali państwem. Można chyba powiedzieć, że gdyby Polską rządził wówczas książę Mieszko, nigdy nie dopuściłby do sytuacji która miała miejsce.

Ale inaczej stać się nie mogło. W następstwie takiej miłości do Ojczyzny, która stała się religią i wiarą pojawiły się dwa efekty: skłonne do bezmiernych poświęceń społeczeństwo oraz tępe i często egoistyczne elity kapłanów religii patriotyzmu (Beck i jego honor). Skutek mógł być tylko jeden – głowy narodu. Gdy Niemcy się zbroiły i zadłużały na budowę samolotów i czołgów, same rezerwy walutowe Polski w chwili jej klęski pozwalały wystawić nowoczesne dwie-trzy dywizje pancerne. Ale rezerwy sanacja utrzymała nienaruszone, gospodarkę zdrową, a ludność zostawiła pod bombami.

Potem było jeszcze jedno powstanie. Zupełnie naturalne. Zgodnie z tym czego Polska się nauczyła w czasie swojego dzieciństwa. Że należy ginąć i się poświęcać. Spalać w ofierze za Ojczyznę. Iść za dowódcami, którzy wyślą nas w „święty bój ostatni”. Nie mogło być inaczej. Zbiorowe samobójstwo i kolejna rejterada jego inicjatorów były naturalnym następstwem ukształtowania polskiego ducha. Ukształtowania, w którym miłość do Ojczyzny jest religią, która w naturalny sposób posiada warstwę kapłanów, których słowa i gesty lud musi wypełniać by nie popaść w herezję, anatemę, nie zgrzeszyć przeciw temu co święte.

Przedostatni etap do komunizm. Obca ideologia. Obce obyczaje. Zabrakło nośnika idei, ludzi których kapłani patriotyzmu poświęcili na ołtarzu swojej religii. Zabrakło własnego państwa. Nastała noc i smętny czas szarego socjalizmu. Dwa pokolenia żyły w tym czasie. Najdłuższym w prawdziwej historii Polski.

Od pełnej deprawacji uratował Polskę kościół. Ta instytucja niezliczonych wad i błędów. Ta skrzynia z odłażącymi kawałkami taniej dekoracji. Przechowująca to co ostateczne. Prawdę o ludziach. Prawdę o istnieniu. To kościół był zawsze ojczyzną Polaków. Wszystkich Polaków. To ostatecznie kościół mimo swoich błędów przechowywał najważniejsze zasady.

Komuniści nie byli do końca źli. Ich winą są rozliczne zbrodnie ale nade wszystko wyniesienie kłamstwa do rangi obowiązującej. Czerwone chorągwie na pochodach. Akademie z okazji rewolucji październikowej. Wieczna przyjaźń polsko radziecka.

Starali się. Starali się budować. Zapewnić ludziom prąd, mieszkania i samochody. Pracę i dwutygodniowy urlop nad Bałtykiem. I trzytygodniowe kolonie dla dzieci. W zaistniałych warunkach robili co mogli. Wiedząc, że rządzą z nadania Moskwy, i że de facto lud ich nienawidzi. Bo wciąż pomimo lobotomii drugiej wojny światowej i Powstania Warszawskiego, jest w nim tęsknota za prawdą i wolnością.

Nieoczekiwanie wybuchła wolność. To po Bitwie Warszawskiej drugi szczyt istnienia Polski. Lipiec – sierpień, 1980r. Potem jeszcze dziewięć lat dogorywającego ustroju i znów… można było mówić. Wszystko. O Katyniu. O czerwonych. O niewoli. Wybuchła nadzieja.

Ale przecież. Polacy nie wiedzą. Naprawdę nie wiedzą, co to znaczy budować coś w pokoju. Jak tworzyć i organizować państwo. Ta niewiedza wynika z braku doświadczenia a nie informacji. Tylko ten kto ma doświadczenie zna różnicę między nim a informacją. Ten kto ma informację, nie widzi żadnej różnicy.

Więc, ze zmiennym szczęściem budowaliśmy. Różnie bywało. Aż do roku 2005. Wtedy naprzeciw skompromitowanych rządów SLD wystąpił bratni duet ugrupowań solidarnościowych: PO i PiS. Ramię w ramię PO i PiS szły by odbudować Polskę. Paweł Śpiewak z PO zażądał IV Rzeczpospolitej. Jan Maria Rokita zapowiadał „ściągnięcie cugli”. Kaczyńscy z PiS wtórowali kolegom z PO w tych zapowiedziach.

I wtedy zdarzyła się tragedia. Najgorsze i najboleśniejsze tragedie wydarzają się w rodzinach. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy dwóch braci pędzi po nagrodę, która jest tuż, tuż pod drugiej stronie ruchliwej ulicy. Widoczna na tle fasady supermarketu. Wtedy młodszy i mniejszy z braci popycha starszego pod nadjeżdżający samochód. Gdy starszy poturbowany z trudem podnosi się na chodniku. Młodszy mknie pomiędzy samochodami ku upragnionej nagrodzie. Czy takie zachowanie można darować?

Platforma nie darowała. Noża w plecy. Popchnięcia pod ciężarówkę. Podcięcia na wąskiej kładce. Dlaczego Kaczyński to zrobił? Dlaczego nieoczekiwanie całą zajadłość kampanii wyborczej obrócił nie przeciw SLD ale przeciw bratniemu PO? Pozostanie tajemnicą. Być może to żądza władzy. Ta sama, którą miał Beck czy inni sanacyjni kapłani patriotyzmu. To przekonanie, że muszę mieć władzę bo tylko ja właściwie i najbardziej kocham Polskę. Tylko ja: mogę, wiem, potrafię zadbać o to co najcenniejsze, o świętość o Ojczyznę.

Być może to emocjonalne połączenie mistycznego stosunku do państwowości z nie do końca uświadamianą ludzką egoistyczną rządzą władzy i dominacji, były przyczyną wbicia noża w plecy PO przez Jarosława Kaczyńskiego.

PO zażądało reparacji. Odszkodowania. Satysfakcji. Zażądało przywrócenia sytuacji jak gdyby wolty Kaczyńskiego nie było. Zażądało władzy w zamian za zgodę. Kaczyński odmówił.

I wtedy stała się rzecz straszna. Rzecz, która często się dzieje, gdy zranieni i skrzywdzeni ludzie myślą (rozsądnie lub nie), że nie mają innego wyjścia. Platforma sięgnęła po emocje negatywne. Rozpoczął się festiwal pogardy i niechęci. Niektórzy mówią nawet o nienawiści. Dzień w dzień, tydzień w tydzień Polacy byli bombardowani niechęcią, resentymentem, agresją, byle tylko wygrać.
PiS wytrwał dwa i pół roku. Przegrał ostatecznie wskutek zadufania Jarosława Kaczyńskiego. PiS składa wniosek o rozwiązanie Parlamentu. Jarosław Kaczyński liczy na to, że PiS wygra wybory i jednocześnie zabezpieczy się przed utratą materialnej podstawy istnienia partii (blisko 60 mln złotych PiS mógł utracić w przypadku odebrania dotacji). PiS ma publiczne media i aurę walki z korupcją. Jednak przegrywa wyraźnie wybory.

Sytuacja odwraca się. Teraz to PiS sięga po miecz emocji negatywnych. Ludzie PO z czasem utożsamiani są przez zwolenników PiS, ze zdrajcami narodu. Tymi co „sprzedali Polskę”. Emocje negatywne zastępujące rozum są mechanizmem pozyskiwania i utrzymywania zwolenników przez PiS.

Po katastrofie smoleńskiej, przekaz PiS choć nie werbalizowany wprost przez czołowych polityków jest jednoznaczny: PO dokonała zbrodni. PO to zbrodniarze, dla których nie ma miejsca w Polsce. Zwolennicy PIS niemal nienawidzą PO i czekają na zemstę. Politycy PiS wykorzystują te emocje, choć o zemście marzy pewnikiem tylko szef, reszta to normalni ludzie robiący kariery polityczne. W kręgach PiS zachodzi utożsamienie walki politycznej z elementami religii.

Od 2005 roku Polska tkwi w objęciach wzajemnej niechęci i nienawiści. Tak naprawdę nie chodzi o to, co kto zrobi, robi, co zamierza. Chodzi tylko o jedno. Pokonać przeciwnika. Za wszelką cenę. Złem są inni Polacy. Dobrem jest ich usunięcie. Emocje te na nowo kształtują Polskę i Polaków. Są wygodne bo zwalniają z myślenia. Są wygodne bo proste. Są wygodne bo „samousprawiedliwiające”.

Dochodzi do tego, że pojawiają się postawy – „najlepiej jakby Unia tym wszystkim zarządzała”. Nie najlepiej. Nie ma co tragizować. Uczymy się. Nauka kosztuje i nie jest przyjemna. Musimy poszerzyć horyzonty. Dopuścić szersze myślenie. Zacząć szanować przeciwników ale lekceważyć emocjonalnych półgłówków.
Żadnym państwem na świecie nie rządzi jego społeczeństwo. Rządzą elity. W Polsce przedwojennej elitą tą była Sanacja. W PRL to byli komuniści (choć komunistami nie byli). W trzecim okresie Polski elit ciągle nie ma.

Elity to nie są giganci intelektu. Elity to są giganci wpływu i finansów. Oni muszą się poczuć u siebie. Czy to nie na nich chciał zapolować Kaczyński? Ale oni wywodzą się ze społeczeństwa. Nie mogą od niego abstrahować. Nasiąkają nim. Chcąc nie chcąc.
Świadomość Polaków będzie dojrzewać. Albo znowu pójdziemy na jakiś szaniec. Pod dowództwem zdziecinniałych egoistycznych kapłanów: religii państwa, narodu, jedynie słusznej sprawy. Nie bójmy się tych co plują. Nie bójmy się myśleć po swojemu. Szanujmy tych co mają inne zdanie ale i szacunek dla innych. To daje ożywczy ferment. Zaczyn odnowy. Siłę życia.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *