Gdzie wybrałbyś się z z kandydatem na Prezydenta RP?

Zbliża się przełomowa chwila w najnowszej historii Polski. Egzamin z patriotyzmu i postawy obywatelskiej będą zdawać wszyscy Polacy. Wybory prezydenckie już 10 maja 2015r. W tej sytuacji warto postawić każdej Polce i każdemu Polakowi pytanie: „Gdzie wybrałbyś się z kandydatem na Prezydenta RP?

To pytanie dręczy i odsłania, podstawowe identyfikacje i motywacje. Ujawnia realne preferencje i stopień prawdziwego patriotyzmu. Na to pytanie powinien sobie odpowiedzieć dzisiaj każdy Polak.

Z korowodu, szacownych postaci dotkniętego tym pytaniem, pojawia się przede mną jako pierwsza Magdalena Ogórek.

Z Magdaleną Ogórek wybrałbym się na kolację przy świecach. Byłaby to knajpa stylizowana na na ludowość. Grube drewniane stoły i krzesła. Podłoga z desek. Prawdziwa słoma tu i ówdzie, w tym przy suficie. Zapach. Ten zapach. Na stole paliłyby się dwie świece. Żarcie byłoby dobre ale nie za dużo (ona taka wątła). Potem poszlibyśmy nad jezioro. Gwiazdy byłyby ostre, czerń głęboka, a ja głosowałbym do końca życia na Magdę, gdyby tylko nie wyjeżdżała z postępem obyczajowym marki SLD.

Z Bronkosławem wybrałbym się na polowanie. W lesie. Lepiej żeby nas nie widzieli. Oczywiście nie zgodziłbym się, żeby mój partner wziął strzelbę z ostrymi nabojami. Jeszcze by mnie zastrzelił. Potem zaszedlibyśmy (cóż za słowo) do leśniczówki z ostrym spiczastym dachem. Po obaleniu pierwszej butelki żubrówki zacząłbym czuć sympatię do kandydata. Po drugiej, podałbym mu rękę i podpisał listę poparcia. Żądliłyby nas komary. Co poradzić.

Z Dudą wybrałbym się do Izraela. Ten mały ale waleczny i bardzo mądry naród przywitałby nas z uprzejmością. Jego rola na świecie jest nie do przecenienia. Na sali na której przemawiałby kandydat, wszyscy wykazywaliby zrozumienie. Szczególnie dla jego uśmiechów i twardej pozycji. Potem zwiedzalibyśmy Ziemię Świętą. Kręte kamienne uliczki, skwar, gwar ludzi. Na koniec drink nad Morzem Śródziemnym i pora by się budzić.

Z Jarubasem wybrałbym się na dożynki. Tam wszystko przejdzie. Spódnice w kolorowe pasy. Zbierzemy plon, zadzwoni dzwon. Parę dziołchów zalotne spojrzenia do kandydata. Nieudolnie próbowałbym wejść w linię wzroku. Obniżyłbym jego szanse. Potem wsiadka na traktor. Obaj nie wiedzielibyśmy jak to się uruchamia. Jeszcze krótka partyjka w ping ponga i autobus z przystanku, położonego w polu.

Z Kukizem wybrałbym się na stadion. Jak nie ryknie, jak nie huknie. A lud klaszcze i śpiewa. Latałbym po scenie w dżinsach, bez koszulki. Albo nie. Koszulkę bym zachował. Po co stresować ludzi. Widzę ten tłum, śpiewający razem z nami „Przeżyj to sam”. Kandydat z mojej lewej strony. Przechyla się jak ja, w rytm piosenki na boki. Potem porozrzucane śmieci pod stadionem. Głucha cisza w świetle samotnej ulicznej latarni.

Z Braunem wybrałbym się do szpitala psychiatrycznego. Poważnym wzrokiem i w okularach prowadziłby wykład. Napięte uwagą wpatrzone w nas oczy. Jedna pani, bokiem, robiłaby na drutach. Chyba dla swojej wnuczki, chociaż nie ma dzieci. Koncepcje ziemiomorza i tronu, snuły by się między kolumnami podtrzymującymi sufit, i dziwacznym szumem niepoczytalnych myśli. Tylko… kto tu jest niepoczytalny?

Z Kowalskim nigdzie bym się nie wybrał, chyba żeby mi na piśmie i solennie i przed obrazem się zarzekł, że mi nie przypier…li. Tak na wszelki wypadek. Poszlibyśmy na ustawkę. Stałbym za parkanem, patrząc oniemiały. Cóż za widowisko. Marian idzie jak czołg. Zawodnicy jak kłosy zboża odpadają na boki. Krew i siniaki znaczą jego szlak. Wreszcie sygnał samochodu policyjnego. Szybko się wszyscy zbierają. Drzewa stoją nie rozumiejąc, albo zupełnie przeciwnie, rozumiejąc dużo więcej, i dlatego właśnie stoją.

Z Korwinem wybrałbym się do kabaretu. Najlepiej telewizji. Stoimy na scenie. Reflektory rażą. Korwin sadzi koncepcje. Próbuję się nieśmiało dołączać. Stopniowo, w rytm kolejnych salw śmiechu publiczności, wyluzowuję. „A teraz zrobimy państwu dobrze…”. Salwa śmiechu. Korwin podnosi ręce. Ja siadam na scenie. Publiczność spada z krzeseł.

Z Palikotem wybrałbym do baru Gogo. Dlaczego? Bo tam obrabiają z pieniędzy. Ja nie mam a on ma. Więc gdybym znalazł się już na dnie depresji, destrukcji i chęci skończenia ze sobą. To wziąłbym Janusza pod rękę i poszlibyśmy do świątyni zepsucia. Dziewczyny wyginałby się wokół lśniących rur. Nie bardzo nawet mógłbym podziwiać ich wdzięki, bo piłbym na umór. Janusz zamawiałby bez ograniczeń. Najlepiej butelkami. Wlewałbym w siebie jedną szklankę za drugą, jak we mgle, jak przez ścianą spadającego skądś szumu, widziałbym jego sylwetkę. Obleśne poglądy, przestałyby być obleśne, bo wszystko byłoby obleśne. Potem cyk. Koniec świadomości. Błoga nicość.

Z Nowacką wybrałbym się do kliniki aborcyjnej. Podziwialibyśmy czyste korytarze. Szczytne puchary za zasługi w walce o wolność człowieka. Niechcący otwarte drzwi ukazałyby czerwony od krwi kontener ludzkich szczątek, odór uderzyłby w nasze usta. Trzaśnięcie drzwiami. Cóż za nietakt. I to poczucie. Że z góry, ktoś na nas spogląda. I zaciera ręce. I nie jest to nikt dobry. Potem świeże powietrze. Kwiaty na klombach. Ileś dni i lat powtórzeń. I ogień. Nieugaszony.

Z kandydatem UPR wybrałbym się do jego gabinetu. Prawnik to ma gabinet. Tam ciszej. Nikt by nas nie widział. Z bólem wysłuchałbym jego ciężko strawnych, wymuszony z siebie, tez. Pokiwałbym głową, pomstując, że młody i przystojny i to dlatego. A przecież. Nawet herbata byłaby czarna. Filiżanki białe. Sekretarka blondynka. Gdy kandydat by wyszedł na chwilę, włączyłbym stojący z boku mały telewizor. Leciałby „Pan Wołodyjowski” – ech.. to były czasy.

Czasem zdarza się tak, że słowa na pewne tematy przejść przez gardło nie chcą, a to z tego powodu, że natychmiast w ślad za nimi pragnie się udać treść żołądka. Więc powoli kończmy ten nieśmieszny przegląd.

Z Polakami wybrałbym się na wojnę. Gdybym był na wojnie, to wśród Polaków. Razem na śmierć, dobrze jest iść. Nikt by nie tchórzył. Nikt by się nie asekurował. Ramię w ramię. Bylibyśmy jak fala. Co zmiata przeciwnika. Pod Grunwaldem, Wiedniem, Samosierrą, Warszawą, nad Anglią, pod Monte Cassino. Polacy są najlepszymi żołnierzami na świecie. Jeśli już, to z nimi. W takim miejscu w takim towarzystwie dobrze się znaleźć.

Teraz jest pokój. Wojny toczymy swoje małe. Nie mniej zaciekłe. Sami ze sobą. Więc wiosna. Słońce niczego nie rozumie. Jak te drzewa z wcześniejszej historii. W ogóle świat niczego nie rozumie. Kołysze nasze życie rytmem dni i nocy. Pozwala nam na nasze fanaberie. Nawet na chodzenie na wybory. Nie my pierwsi nie ostatni. Brodaty mnich w swojej celi pracowicie odmawia modlitwy. Biznesmen leży do góry brzuchem a obok piękne ciało młodej kobiety. Bezdomny zamyka oczy na ławce, bo właśnie coś zjadł z publicznej jadłodajni. Polityka ciarki przejmują na myśli, gdyby wszyscy się dowiedzieli… Ot, życie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *