01:09

Udostępnij dalej

O pierwszej dziewięć moje miasto śpi, oddychając równym, spokojnym oddechem wśród porozrzucanych świateł ulicznych. Jesienne liście leżą na ścieżkach. Czasem, cicho, przemknie jakiś kot. Pełzające z rzadka świętojańskie robaczki reflektorów, przesuwają przez noc, znacząc liniami światła krajobraz. Oddycham, gdy patrzę w noc. Jest zupełnie inaczej, niż na co dzień.

Na co dzień, pragnę poklasku, i zrozumienia. Zrozumienia tego jak jest, co robić, co robią inni. Poklasku, który jest formą akceptacji: „myślimy tak samo”. Piję łapczywie strumień doznań, zupę wiadomości, strzelam słowami, kręcę się w młyńskim kole tu i teraz. Wszystko jest pilne, wszystko jest ważne, wszystko jest potrzebne.

Narkotyk. Tylko takie określenie, przychodzi mi na myśl, gdy patrzę teraz na tak zwane wiadomości. Ile ważnych, istotnych, ciekawych wiadomości może być tygodniowo? Jakie to są wiadomości? Musimy być do czegoś przywiązani. Zapalczywie, narkotycznie, kompulsywnie. Przywiązani do pragnień, do idei, do samych siebie, do swoich myśli. Żądamy dla tego przywiązania potwierdzenia. Szaleńczo poruszamy się w tańcu, którego nie jesteśmy wcale autorami ani wynalazcami. Tańczymy w rytm, który ktoś gdzieś pisze. Walczymy, albo tak nam się tylko wydaje.

Nie ma przestrzeni. Nie możemy odstawić narkotyku. Mamy rację. To jest najważniejsze. Boże gdyby tylko świat był inny. Gdyby ludzie zrozumieli. To co jest oczywiste. To co rozumiemy my. Musimy częściej, bardziej. Mówić. Pisać. Czytać. Od nas zależy. Co?

O pierwszej dziewięć moje miasto zasypia. Oddycha lekkim szumem. Nie jest bynajmniej martwe. Ofiaruje przestrzeń i czas. Coś czego nie ma dzień. Ofiaruje ciszę i miejsce. Dzień ofiaruje wrzask i tłok. Nikt nikogo nie słucha, każdy na każdego wrzeszczy. Każdy się domaga. Za dużo.

Za dużo na co dzień mamy informacji. Za dużo na co dzień mówimy. Trudno to właściwie nazwać mową. Te szarpane, Kilku słowne lub kilku zdaniowe (o ileż rzadziej) odruchy układu nerwowego, pijanego nieustannym dopływem medialnego alkoholu. Sięgamy ręką po jeszcze jeden haust. Więcej sensacji. Więcej zagrożeń. Więcej stymulacji, dla naszego, niczego nie świadomego mózgu. Jedyną gazetą (czy to jest gazeta?), której sprzedaż wzrasta jest „Fakt”.

Najbardziej nie na miejscu jest cisza. W pędzie o uwagę, w bitwie o kliknięcia, w modlitwie o zauważenie. W pragnieniu „dania odporu”, w rozpaczy, że ludzie nie rozumieją, w zapale głoszenia – cisza wywołuje zrozumiały grymas politowania. Cisza, pozornie, nie ma nic do powiedzenia. Nie „niesie” żadnej wartości. Nie można się o nią spierać i o niej dyskutować. A jednak, jak pisze Urszula:

Tylko w milczeniu słowo, tylko w ciemności światło, tylko w umieraniu życie: na pustym niebie jasny jest lot sokoła.

Ale taki jest współczesny świat. Tacy są współcześni ludzie. Kto wie, może tacy zawsze byli. Pozostaje oddychać, razem ze śniącym miastem. Być może jego sen, i to towarzyszenie mu w ciszy, jest więcej warte od udziału w pijanej uczcie medialnej siekaniny i własnych zapalczywości. „Tylko w milczeniu słowo”. Gdy ciągle mówimy, i gdy ciągle słuchamy, słowa przestają brzmieć. Stają się tylko impulsami pobudzającymi emocje. Krótkotrwało. Bo przecież natychmiast miejsce na całą masę następnych.

Trzeba tej ciszy, jak zaczerpnięcia oddechu. Trzeba tej ciszy, bo jest czymś więcej, niźli tylko tłem, przestrzenią dla słów. Trzeba tej ciszy, bo jest treścią, której nigdy nie usłyszymy, o której nigdy się nie dowiemy, o którą zawsze będziemy ubożsi, jeśli się nie zatrzymamy, jeśli nie przestaniemy.

Potem przyjdzie równowaga, to jest moc, która wynika z natury. Wiecznego rytmu, który jest. Słowo, które jest, w ciszy, brzmieniem.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *