Śmierć “my”, śmierć empatii we współczesnym świecie

To wszystko przez kobiety. Bo tak naprawdę to kobiety, od zawsze były kolebką ludzkości. Cofnięte, w cieniu, tworzyły – wszystko. Każdego człowieka z osobna, w jego najbardziej fundamentalnym, podstawowym, nieświadomym dla niego samego kształcie. Nie potrafimy zdać sobie sprawy, ani wypowiedzieć tego, co jest w nas, co w nas powstało, pod wpływem matki. Jeszcze w jej łonie. Na przestrzeni pierwszych miesięcy i lat.

Kobiety…

To kobieta była matką, to kobieta była królową domowego ogniska. To kobieta była dla człowieka w jego powijakach źródłem bezpieczeństwa, miłości, ciepła, schronienia i właśnie tego – miłości. To od kobiety człowiek uczył się empatii, lustrzanej odpowiedzi neuronów, współ-odczuwania. Bycia – “razem”, bo nigdy nie jest się tak bardzo “razem”, jak wtedy, gdy jest się w łonie matki, gdy literalnie niemal jest się częścią jej, jej organizmu, jej psychiki, jej duchowości.

Ale kobiety się “wyzwoliły”, to znaczy je wyzwolono. Żeby kogoś “wyzwolić”, to najpierw trzeba, by zdał sobie sprawę, że jest… “zniewolony”. Następnie trzeba mu wskazać sposób wydostania się ze zniewolenia, z więzienia.

Czym zniewolone zatem były kobiety? No wszystkim, co stanowiło ich życie. Przede wszystkim mężczyzami. Mężczyzna to zniewolenie kobiety. Dlatego duchowny Kościoła Katolickiego tłumaczy dziesiątkom, może setkom tysięcy kobiet, że prawdziwa kobiecość jest wtedy, gdy kobieta staje naprzeciwko mężczyzny i mówi mu “Jesteś mi do niczego nie potrzebny“.

Zniewolenie kobiety to sama jej rola w społeczeństwie. Rola jako właśnie pani domu, żony, matki. Z domu kobieta musi się wyzwolić, z rodziny kobieta musi się wyzwolić. Musi się wyzwolić z narzucanych jej przez kulturę ról i konwenansów. Ale przede wszystkim musi się wyzwolić od dzieci, które ją zniewalają, które są zagrożeniem dla niej, które są dla niej obciążeniem, które są dla niej problemem.

I kobiety zaczęły się  wyzwalać. Jak? Zaczęły do demonstracyjnego używania uzależniającego narkotyku, który przy dłuższym używaniu bardzo podnosi prawdopodobieństwo ciężkiej choroby, często kończącej się śmiercią.

image

Tak właśnie wyglądał początek wyzwalania kobiet, który oczywiście był ustawką, zorganizowaną przez mężczyzny, którzy z chciwości, chcieli dla siebie więcej, więcej bez względu na wszystko, więcej pieniędzy, władzy, kontroli, pozycji, nawet za cenę śmierci i chorób ludzi, nawet za cenę zniszczenia społeczeństwa. Kogo to właściwie obchodzi? “Ja” – zawsze chce – więcej.

Mężczyźni…

Mężczyźni wcale nie zostawali z tyłu. Od zawsze mający silniejszy gen indywidualizmu, walki, skłonności do myślenia abstrahującego od istniejących ludzi, oddali się dwóm namiętnościom, obu skierowanym na własne “ja”. Chciwości osobistej i chciwości duchowej. Ta osobista polega na postawieniu “ja” na ołtarzu własnego świata i nic oprócz tego się nie liczy, i wszystko co człowiek uczyni służy wyłącznie pompowaniu tego “ja”, jego pragnień, jego instynktów, chce się wszystkiego więcej dla siebie i wszystko inne łącznie z ludźmi, w tym kobietami i dziećmi, przestaje się liczyć. Ta duchowa chciwość polega na postawieniu “idei” na ołtarzu. Nic się nie liczy tylko idea. Nie liczą się inni ludzie. Nie liczą się konkrety. Nie liczą się relacje. Liczy się idea, opinia, wizja, która wszystkich zbawi, o ile tylko się jej podporządkują.

Stąd gdy mężczyźni zobaczyli, że mogą dostać … więcej, więcej seksu, więcej pieniędzy, więcej doznań, to się przyłączyli, do niszczenia starych porządków, do destrukcji starych ról. W nowym świecie było dla nich wszystkiego – więcej. Na początku.

Nie od rzeczy część mężczyzn, została wyznawcami feminizmu. Bez znaczenia tutaj jest ich światopogląd czy tło kulturowe, bo to zdarzają się zarówno duchowni katoliccy jak i postępowcy różnej maści.

Ja i My…

Współczesnym światem wstrząsa nie do końca nazwana i wskazana epidemia narcyzmu. Narcyzm zwyczajny. Narcyzm ukryty. Narcyzm złośliwy – ten najbardziej przerażający, odmieniane zaczynają być przez takich czy innych, zajmujących się rozmaitymi meandrami psychologii, fachowców.

Poniżej wykres obrazujący, stosunek częstości pojawiania się w tekstach piosenek na szczycie listy Billboard z jednej strony takich słów jak: “my”, “nas”, miłość, troska oraz: z drugiej strony słów o agresji, krzywdzeniu ludzi, ja,  moje, itd. Tendencje są uderzające.

image

Można odnieść wrażenie jakby były w ogóle dwa sposoby istnienia człowieka. Istnienie jako “my”, jako nieodłącznej części innych  oraz istnienie jako “ja”, jako bytu nie pozostającego z rzeczywistością w innej relacji niż… konsumpcja.

Matka z dzieckiem, jedno i drugie, pierwotnie zupełnie, fizycznie, psychicznie, duchowo, istnieją jako właśnie “my”. Stąd rozbicie tego my, wpojenie w kobiety odczucia niechęci do dzieci w ogóle, a do posiadania swojego dziecka w szczególności, było i jest tak krytyczne dla przeprowadzenia transformacji narcystycznej.

To dziecko w łonie – mówią w brzuchu – matki, to nie jest – zdaniem świata ekranów – inna od niej, istniejąca tak samo jak matka, istniejąca w nierozłącznym fizycznym, psychicznym i duchowym – “my”, istota. Nie ma “my”. Jest tylko “ja”. Straszne w efekcie “ja”. Istnieje tylko “ja”, które konsumuje świat, rzeczywistość, otoczenie, by zaspokajać niekończący się głód. By mieć, doświadczać, posiadać – więcej.

“Ja” mam prawo robić z “moim ciałem”, co mi się podoba. Nie istnieje pozbawienie życia dziecka, tej istoty całkowicie zależnej od kobiety, tej istoty istniejącej wyłącznie dzięki “my”, które pierwotna natura zapisywała w odczuciach, postawach, zachowaniach matek. “My” zabito i inicjatorami tego byli głównie mężczyźni, ci najbardziej chciwi. Wskutek tej śmierci “my”, giną dzieci. Nie ważne. Nie myślmy o tym. Jest tyle innych spraw. Musimy korzystać z życia, bo jak nie, to zostaniemy sami wykorzystani! Co śmieszniejsze i przerażające – jest to prawda.

Granice i świętość…

To gdzie właściwie powinna leżeć granica? Ile człowiek powinien inwestować w “ja”, a ile w “my”? Na ile dbać o siebie, przedkładając swoje dobro na miejsce pierwsze, a na ile dbać o dobro innych, nawet kosztem siebie czy swoich korzyści?

Oczywiście współczesny świat, ze swoimi bogami-plutokratami, socjo i psychopatami, stojącymi na szczycie drabiny społecznej, mówi nam – i nie są to puste słowa – Grab do siebie, bo inni cię zagrabią. Żeruj, bo zostaniesz pożarty.

Chrześcijaństwo wydaje się podchodzić inaczej, ze swoim, choć tu raczej ogólno-ludzkim: “Kochaj bliźniego jak siebie samego”. A więc równowaga, pomiędzy ważeniem własnych korzyści, pomiędzy dbaniem o dobro samego siebie, a dobrem innych.

Współczesna psychologia wskazuje na to, iż postawa inwestująca zbyt wiele w drugiego jest błędem. Nazywają to “codependency”, co można tłumaczyć jako “zależność”. Taką postawę, gdzie człowiek jest szczęśliwy wyłącznie, gdy druga osoba jest szczęśliwa. Lekarstwem jest równowaga, niezależność, całkowita samodzielność emocjonalna. Właściwie wypada powtórzyć przesłanie ojca A. Szustaka, tu zastosowane do dowolnego innego człowieka: “Nie jesteś mi do niczego potrzebny. Wszystko czego potrzebuję mam sam”. To samo wyraża być może Miley Cyrus, gdy sprawiając sobie różne przyjemności na ekranie wyśpiewuje: “Mogę sobie sama kupić kwiaty, rozmawiać sama ze sobą godzinami”. Powodzenia.

A co wtedy, gdy przekraczamy granicę równowagi, gdy dobro innego przedkładamy nad zaspokajanie swoich potrzeb i dbania o siebie? Wbrew pozorom, taka sytuacja bywała ( może i bywa ) dość częsta. Bo przecież matka literalnie – poświęca się dla dziecka. Bo ojciec – literalnie – poświęcał się i harował dla rodziny. Nawet posługę w duchowieństwie, można było, można nadal, traktować jako formę przedłożenia potrzeb innych nad swoje, choć tu sprawa może być bardziej skomplikowana.

Jak zatem nazwać proces, gdzie jedna strona stawia wyżej dobro innej niż swoje? Nieoceniony w zakresie znaczeniowości język polski przychodzi tu z natychmiastowym rozwiązaniem, to jest – “poświęcenie się”. A od czego pochodzi to słowo, do czego prowadzi ten proces, w ujęciu języka, a więc sposobu opisu rzeczywistości? Otóż bierze się i prowadzi do – świętości.

Dlatego może właśnie w Polsce, kobieta w ciąży i matka, była zawsze stawiana na piedestale. Bo to sprawy były (niestety w części w czasie przeszłym) święte. Bo matka się “poświęcała”. Gdy wrócimy do religijności, która przechowuje najbardziej fundamentalne ujęcia wartości i ocen, to zobaczymy, że jednak nie równowaga w ocenie potrzeb, a jej przekroczenie stawiane było, przynajmniej przez Jezusa, za wzór. Ci co wrzucali do skarbony w świątynnej pieniądze, wrzucali z tego co im zbywało. Dbali więc o siebie, ale i dbali o Świątynię. Ale Pan Jezus docenił tę wdowę, która wrzuciła najmniej. Powiedział, ze wrzuciła najwięcej, bo nie z tego, co jej zbywało, tylko z własnego ubóstwa.

Pytanie czy sam Jezus, który mówił, iż ten, kto chce iść za nim, niech Go naśladuje, równoważył dobro ludzi i swoje? Potrzeby ludzi i potrzeby swoje? Czy Bóg w Jego osobie postawił swoje potrzeby i dobro na równi z naszymi? Wydaje się, że nie. Że Jezus zrezygnował z tego, co jego, na rzecz tego, co nasze, tego co ludzi. W końcu pozwolił się katować i zamordować. Czy musiał?

Jego postawa wydaje się deklaracją “my”. “My” za wszelką cenę, za cenę własnego życia. Fundamentem “my”, choć utworzonym w konkretnym miejscu i czasie, to obejmującym cały czas i wszystkie miejsca, i wszystkich ludzi. Wcale nie religijnie, tylko normalnie, po ludzku, w jakimś sensie nawet fizycznie.

To dlatego właśnie mogła zaistnieć “kariera” św. Matki Teresy z Kalkuty w Indiach. Ta prastara kultura i cywilizacja przecierała oczy, widząc zakonnicę zbierającą po ulicach umierających tam Hindusów. Dlaczego nikt ich wcześniej nie zbierał? Dlaczego tam umierali? Bo tam, w hinduzmie, nie było pojęcia “my”. Bo każdy miał swoje “ja” i swoją “karmę”, a więc indywidualne przeznaczenie, ścieżkę konsekwencji własnych, zaprzeszłych wyborów i czynności.

Św. Matka Teresa to wszystko zakwestionowała. Przyszła z chrześcijaństwa i zobaczyła “my”, w tych pozostawionych samym sobie na samotną śmierć ludziach. I Hindusów coś strzeliło. I zaczęli jej pomagać.

Dzisiaj…

A gdzie jesteśmy dzisiaj? Może “dziś” to rzeczywistość dominacji “ja”, już na granicy opętania, oślepienia na wszystko inne, tak, że człowiek widzi świat i rzeczywistość, wyłącznie przez “okulary” “ja”? A więc widzi w sposób zniekształcony, przefiltrowany, w “formie”, która całkowicie uzasadnia jego wybory, postawy, która mu przynosi emocje potwierdzające słuszność jego egoistycznych zachowań.

A może jest inaczej i  “my” trwa, gdzieś kwitnie, rozwija się, żyje choć nie dostrzegane?

Obserwacja rzeczywistości skłania ku tej pierwsze sugestii. Oto mężczyźni zakładają jakieś dziwaczne ruchy, z angielskiego MGTOW, po polsku “Mężczyźni idą swoją własną drogą”. Ruchy, które traktują kobiety przedmiotowo, użytecznościowo, które kładą nacisk na myślenie o sobie. Ruchy de facto narcystyczne, ruchy nieuchronne, wobec narcyzmu kobiet? Feminizm dawno przekroczył granice “my” i stał się z różnym natężeniem obecny w myśleniu kobiet.

Rozbito. Solidarność kobiety ze swoim dzieckiem. Dziecko w ogóle zostało przeformatowane w postrzeganiu ludzi na jedną z dwóch ewentualności: jest to problem albo źródło własnej satysfakcji czyli coś, czego się używa, żeby się dobrze poczuć.

Rozbito solidarność mężczyzny i kobiety, i to po obu stronach.

Rozbito solidarność ludzi w większych grupach, indukując w nich egoistyczno-narcystyczne – “nam się należy”, ustawiając sprawy tak, że osiągnięcie czegoś więcej odbywa się kosztem innych grup. Stąd konflikt, staje się modus operandi, stanem ciągłym, powszechnym i nieusuwalnym.

Fałszywe “my”

W miejsce “my”, którego potrzeby nie da się z ludzi usunąć, podstawiono “my” fałszywe. W stanie naturalnym “my” bierze się ze związków pomiędzy pojedynczymi ludźmi, te związki się mnożąc i zazębiając, dają w rezultacie “my”, tak jest z rodziną, małą społecznością, bywa – z kulturą czy całym społeczeństwem.

W “my” fałszywym, drugi nie jest wartością, ze względu na to, co jest między nami oboma, między nami obojgiem. On jest wartością to znaczy częścią “my”, bo jest wyznawcą tego samego poglądu, tej samej idei, tej samej doktryny, tego samego wodza. To dlatego dzisiaj takie wojny, zajadłe, o Trumpa, Kaczyńskiego, Tuska, takie czy inne idee, formy religijności czy elementy światopoglądu. Te wojny się toczą, bo to fałszywe, zewnętrzne “my” jest ostatnim, jakie ludziom zostało po zniszczeniu “my” naturalnego, po tym, jakżeśmy je sprzedali za nasze “ja”, z którym zostajemy jak z przysłowiowym ****tem w garści. Został nam tylko nasz pogląd, nasza partia, nasze przekonania, dlatego będziemy – tak jak umiemy czyli w większości słowami i intencjami – zabijać wszystkich godzących w nasze – fałszywe i nam podstawione – “my”.

Zombie…

Pozostaje pytanie: Co dalej? Ewangeliczne rady, by temu, kto chce twojej szaty dać i płaszcz, wydają się nie mieć bezpośredniego zastosowania w tej rzeczywistości. Problemem staje się również postawa otwarcia i miłości, bo część ludzi najzwyczajniej stała się na takie postawy całkowicie niewrażliwa, może raczej – niewidoma. Nie chodzi o to, że oni nie chcą albo lekceważą, chodzi o to, że oni najzwyczajniej – znów to tu nieco przerażające słowo – nie są w stanie widzieć czy postrzegać miłości, dla nich miłość jako taka, jest sk19dk3, jest słowem bez znaczenia, nie istnieje, jak kolory dla daltonisty.

Murray Bowen twórca terapii systemowej pokazał, co się dzieje, gdy jedna strona, która ma postawę otwartą i empatyczną trafia na stronę o postawie przeciwnej. Ta pierwsza wówczas, otwiera swoje wnętrze na drugą osobę, w przeświadczeniu,, że ta druga otworzy się na tę pierwszą i dojdzie do “my”, do empatycznego współistnienia. Jednak ludzie pozbawieni empatii zachowają się inaczej. Widząc bowiem otwarte wnętrze drugiego, jedyne, co w tym dostrzegają, to możliwość do skutecznej egzekucji swoich potrzeb. Wówczas – w przenośni – dewastują lub niszczą wnętrze tego, który je przed nimi otwiera, ranią go, bo nadarzyła się okazja, z której trzeba skorzystać.

Powiedzą inni, że to niemożliwe. Że nie ma takich ludzi. Że to byliby… ludzie zombie, przekształceni przez jakieś okultystyczne obrzędy potwory, “żywe trupy”, chodzące po to, by żywić się innymi. Szereg psychologów twierdzi jednak, że obecnie takie przypadki jednak się zdarzają i uwzględniając, że nie mamy do czynienia ze stanami zero-jeden ale z pewnym spektrum, z pewną ciągłością postaw między skrajnościami, to takich postaw nakierowanych na użycie drugiego, czasem na użycie destruktywne dla własnej satysfakcji, jest coraz więcej. Narcyzm, w tym ten “covert” i “malignant” jest coraz powszechniejszy.

– Wyobraź sobie kota – mówi George Simon – który widzi nadchodzącego psa. Kot zaczyna wydawać jakiś “syk”, podnosi ogon, jeży sierść na grzbiecie, wysuwa pazury. Kot jest gotowy do walki, do konfliktu. Bo… kot się boi. To jest główne wytłumaczenie psychologii dla agresji ludzkiej, agresji jako odpowiedzi na poczucie zagrożenia, na brak bezpieczeństwa, może na krzywdę.

– A teraz wyobraź sobie kota – kontynuuje wspomniany George Simon – który widzi nadchodzącą mysz. Kot nie wydaje żadnego dźwięku. Nie podnosi ogona, nie jeży sierści na grzbiecie ani nie wysuwa pazurów. Kot… także przygotowuje się do agresji, ale niczym zupełnie tego nie okazuje, przeciwnie, stwarza wrażenie pozbawionego tej intencji, bo… kot, nie jest motywowany przez lęk, jest motywowany przez pragnienie. On po prostu chce zabić mysz. Dla przyjemności. I to jest druga, nieuświadamiana, bo może zbyt nieprzyjemna do akceptacji, a coraz powszechniejsza, możliwa podstawa do agresji ludzkiej.

Człowiek z reguły, w naturalny sposób odpowiada miłością na miłość. Człowiek, który na drodze narcyzmu i egoizmu przekroczy pewien próg, nie widzi już miłości, widzi – okazję. Przypominanie mu o miłości, poddawanie mu pod myśl, że ona istnieje jest przez niego odczuwane jako krzywda i ból albo forma agresji, bo on jej nie widzi. Taki człowiek “za progiem” – ilu ich wśród nas, w nas? – postawę otwartą potraktuje jako okazję by dążyć do zaspokojenia własnych impulsywnych pragnień, nie ważne jakiej treści.

Stąd ludzie “dobrzy”, a otwarci, mieć się będą coraz gorzej, bo będą przez tych drugich coraz częściej i bardziej krzywdzeni. Bo nie ma empatii, bo nie ma “my”, bo miłość sprowadzona została przez “świat ekranów” do fizjologicznego odczucia orgazmu seksualnego, nawet już często pozbawionego drugiej strony, w samotności, przed ekranem albo pod sufitem, jako krótkotrwały spazm przyjemności, która na chwilę wyciera ból istnienia i pragnienia, i na chwilę usuwa poczucie zagrożenia.

Stąd dobrzy ludzie albo umierają faktycznie, albo umierają jako “dobrzy” i stają się powoli “zombie”. Zaczynają mieć w dupie wszystko. Zdają sobie sprawę z faktów, że “my” nie istnieje, istnieje tylko niezliczona konstelacja samolubnych “ja”, z których każde jedynie dąży do swojego dobra, pożerając przy okazji – na miarę dopuszczalnych warunków i własnych potrzeb – wszystkich pozostałych. Zombie jest niewrażliwe na miłość. Zombie miłość innych, empatię innych, otwartość i szczerość innych, wykorzystuje do żerowania, do niszczenia, do agresji, bo wreszcie dopadło kogoś.

Rzeczywistość staje się nocą żywych trupów, które gromadami łażą po ulicach z transparentami, wołają “Wypierdalać”, i głodne są nowych doznań, które mogą zapełnić lej ich otchłannego “ja”. Ludzie pochowani po strychach, pozamykani w samochodach, mieszkaniach, zagubieni w jakimś zapomnianym klubie brydżowym, nie chcą patrzeć za okna. Łudzą się, że nie jest tak źle, że to minie. Ale łomotanie przez okna dni i nocy, przez drzwi doświadczeń życiowych, staje się coraz głośniejsze. Nie ma “my”. Jest zmultiplikowane i zmutowane “ja”. Głodne “ja”. Ślepe “ja”.

Droga wyjścia…

Jeszcze łudzimy się, tym “my” podstawionym, wodzem na białym koniu, partią, co niesie nadzieję, kościołem, co nas ocali, ideą lub ideologią, ach gdyby tylko. Ale w tym bagnie zła, które jest owocem śmierci empatii to jest funkcjonowania ludzi jako “my”, demony nihilizmu mają władzę zarówno nad światem, to jest procesami, narzędziami, prawami, technologią, jak i nad umysłami ludzi, to jest ich uwagą, myśleniem, emocjonalną strukturą.

To gdzie jest droga wyjścia, poza drogą do piekła, którą na demonstracji “wyzwolonych kobiet”, obrały wynajęte przez Bernausa sufrażystki z Nowego Jorku? Gdzie i czy w ogóle jest Bóg, którym wycierają sobie usta ci, co radzi wkładać na innych ciężary, ci, co swoimi czynami i słowami, przeczą temu, co Bóg w osobie Jezusa z Nazaretu mówił i robił?

Ta droga nie leży zatem w innych ludziach. Nie leży też w mechanicznie i tradycyjnie, i postępowo rozumianej religijności, bo przecież przynajmniej w Polsce religijni jesteśmy – na tle Europy – bardzo. No dobrze, jeszcze nie dość. Zawsze jesteśmy winni. Ta droga nie leży w partiach i w wodzach. Ta droga nie leży i ideach, koncepcjach.

Może trzeba jak radził Pan Jezus, zrezygnować z siebie? Ze wszystkiego czym się jest. A to znaczy – znów jak On radził – stać się dzieckiem, pierwszy raz – oglądającym świat. To dziecko nic nie wie. Jest w nim jakiś niewytłumaczalny optymizm. Radość z metalowego kółka od fajerki, które można przy pomocy patyka toczyć po ziemi. Wielkość smoków i statków, które można obserwować, ile raz wzrok podniesie się na chmury. Jest w tym dziecku jakieś naturalne “my” ze wszystkim i brak bagażu, tego, do czego później się przywiązujemy. Brak w nim obaw, o jutro, bo to jutro, bo kto to wie. Jest w nim jakiś uśmiech, może ten pierwotny.

Nie przez wielkość, lecz przez małość. Nie przez idee, lecz przez bezpośredni kontakt, z tym, co, kto, bezpośrednio przed nami. Smak chleba i sera. Kukułka, wrony, gołębie. Szarość, słońce, dźwięk wentylatora, cykanie zegara, który może teraz słychać. Daleko przejeżdża pociąg. Żyjemy. To cud! To się jeszcze, ten moment, ta chwila, ten fakt, nie zdarzył nigdy we wszechświecie. “Świat” w cudzysłowie chce nas odrzeć z tego cudu, lawiną swoich oślepiających i ogłuszających przekazów. Po prostu odwrócić głowę. I znów, zegar, ptak, dźwięk klawisza. Istnienie…

Ale będziemy dziećmi, które muszą się nauczyć jednego, nauczyć się wyciągać naukę z tego, co im się “po drodze” przydarzyło. O tę naukę bogatsi, może damy radę od nowa, zacząć budować MY, a to znaczy ja i ty, a to znaczy “słowo droższe pieniędzy”, a to znaczy szacunek mimo wszystko, a to empatia, sympatia, solidarność, normalność, a to wszystko znaczy – człowieczeństwo, które w “my” się przegląda, które “ja” i “my” godzi, które gdzieś nam się zapodziało, ale które odbudujemy. Na pewno. Już czas…

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *