Not yet, not yet…

Miniona jesień…

Czterech chłopców, w przejściu bloku. Wiek? Kto to zgadnie, coś poniżej dziesięciu lat. Twarze pochylone nad prostokątami plastiku. Czasem nawet mówią do siebie. Wpatrzeni. Jeden kuca, drugi siedzi na niewielkiej obmurówce, dwaj jakoś pokracznie skrzywieni, oparci o ściany koloru zgaszonej pomarańczy. Idę dalej. Jesień wrze. Słońce wiruje, w niebieskim niebie, w spadających i tych jeszcze trzepoczących się liściach, uczepionych gałęzi, opowiadających o tym,czym jest jesień.

Dziewczyny podobnie. Widziałem kiedyś party, kilka przy stoliku, wszystkie wpatrzone. To już nie jest opowiadanie czy gadanie. Co to jest? Rzeczywistość? Funkcjonalna przemiana gatunku? Opętanie czy rozwinięcie zdolności poznawczych? Młodziak, młodziakowi pokazuje coś na komórce. Mnie to odrzuca. Coś tam znaleźli, fikcyjnego, pokazywanego przez komórkę, w świecie rzeczywistym. Cholera stworka jakiegoś. Gasnę, bo nie jestem w stanie, to znaczy jestem, tylko, nie ja. Musiałbym połknąć tabletkę, współczesnego szaleństwa.

– To z muzyką jest aż tak źle? – zapytałem “dinozaura” utyskującego, że teraz Red Hot, a potem jakaś pustynia. – Jest dużo gorzej – usłyszałem w odpowiedzi. – Weź przełącz – usłyszałem w aucie – teraz tylko takie gadanie i gadanie. Gdzie jest muzyka? Zastanowiłem się. Rzeczywiście. Wszędzie tylko stękają, jąkają się jakimiś sylabami, jakimiś pokracznymi – znów mi się żołądek skręca – deklamacjami. Jakimiś prymitywnym słowotokiem zarzucają czas. Wali to w, chyba szczególnie młodych, falą piachu i kamieni tłukących mózg, gniotących tę wrażliwość, która jak kwiaty wyrasta, teraz deptana przez debili pozujących na mężczyzn, przeżuwających swoją chamowatość, bezradność, agresję myloną z męskością. I tak muzycznie stękają, ci oferowani przez gadającego głośnikiem molocha i ci słuchający tej brei. “Jest dużo gorzej” – brzmi jak machnięcie ręką, bo bezradność, bo nikt nie zawróci, fali powodzi zalewającej nas, podnoszącej się wyżej i wyżej, tak że powietrza zaczyna brakować, chyba, że przyjmiemy ją, do swoich płuc, że zacznie płynąć w naszych żyłach, że staniemy się nowym ludźmi, nowej normalności.

Można by tak długo jeszcze – myślę, trzymając ręce w kieszeniach i patrząc przez żółte liście w błękit poza nimi. Może ta słoneczność, która za chwilę zbrązowieje, spadnie pod stopy, by gałęzie uczynić nagimi, to wszystko, co zostaje. Bo ludzie się wycofali albo poszli na współpracę, z niewidocznym wrogiem, z potworem, o którym pisał Poeta. Ale, ale… dziś… Poeta? Gorzki śmiech i niesmak.

Dziś. Dziś. Dziś jest prosty wybór, kto nie z Mieciem, tego zmieciem. A Miecio steruje “mieciami”. Samonapędzający się mechanizm produkcji łajna. W telewizji. Na ulubionej stronie internetowej… I po co? To proste. Dla siebie. Dla siebie wzmożenia, dla przydania sobie, lajków – czy można bardziej absurdalnie? – dla popularności, komentarzy, uznania, rozpoznania, followersów, subskrybentów, ochów, achów, legionów, które dadzą nam POCZUCIE, że coś znaczymy, że realnie coś zmieniamy.

Ciągle wraca do mnie to proste pytanie, którym obdarzył mnie kolorowy, młody człowiek. Pytał wprost, pytał dobrze, spontanicznie. – I co, odmieniony? – tak brzmiało pytanie. Bo o to właśnie chodzi. Czy jesteś odmieniony, odmieniona? No i… jak? Bo człowiek jest i procesem i możliwością ZMIANY, ale to znaczy wzrostu ku czemuś lepszemu, bo co to za zmiana, jak to zmiana na gorsze? Pytam klientów oddziałów odwykowych, tych co dawniej, a teraz… wiadomo, przecież poziom depresji w populacji rośnie.

Inflacja

Może to wszystko, może ten powrót Potwora Pana Cogito jest związany z procesem inflacji. Bo coraz mniej się liczą, myśli i słowa, ludzie i to, co pomiędzy nimi, dźwięki, obrazy, wiadomości – to chyba wszystko przez ten potworny natłok: wiadomości, filmy, komunikaty, polubienia, najważniejsze obrazy. Powstaje wycie i wrzask będące efektem wściekłego wyścigu o uznanie. W wyścigu, którego arbitrami, organizatorami i sędziami, są – czy jest jakieś odpowiednie słowo? – ludzie cienia?

Więc z jednej strony jesteśmy na pustyni, gdzie znaleźć normalną muzykę lub film jest jak dotrzeć do oazy w morzu piasku, z drugiej nie możemy znaleźć wolnego, od powszechnego naporu, miejsca naszej uwagi i świadomości. Zawalani jesteśmy tsunami błota, to znaczy niesłychanie ważnych przekazów, kluczowych, decydujących. Wszystko błoto. Czasem, zawinięte w kolorowy papierek papierek, choć dawniej inaczej się definiowało zawartość tego, co w papierku. ***** i papierek udaje cukierek.

Więc mając za dużo, nie mamy nic. Nie potrafi do nas dotrzeć, wiersz, słowo, utwór muzyczny, myśl, tekst, widok. Dotrzeć, to znaczy zachwycić, choćby na chwilę pochłonąć – albo nie, nie pochłonąć – dotknąć, gdzieś tam, każdy wie, gdzie to jest, choć przecież nazwać ani palcem wskazać nie sposób.

Do ust nam wpływa, do oczu, do uszu, powódź “błota”, żałośnie niskiej jakości zawartość. I chcemy… więcej. Może tam, może teraz. Coraz szerzej mamy otwarte, minuty i godziny, oczy i ryje przytwierdzone do małych i większych plastikowych ekranów. – I co, odmieniony?

Burza

Więc to jest ostatecznie twoja wina. Nie ich, jak ci podpowiadają. Twoja. Wyłącznie twoja. Bo się odwróciłeś plecami albo przeciwnie przyłączyłeś do pochodu, dającego poczucie mocy i wspólnoty, ucieczki przed wszechobecnym wyobcowaniem i doświadczeniem bezradności. Twoja, gdyś wyszedł i wyszła, do siebie, “moja chata z kraja”. Bo zdecydowałeś, że tak przetrwasz i możesz mieć wszystko w dupie. Może i racja, może tak trzeba, tyle, że w ten sposób, wrzasku i wycia, błota i inflacji nie jest mniej. W ten sposób pustynia rośnie i jej piaski kiedyś dotrą i do ciebie. Zacznie się pył i kurz wsypywać przez szczeliny okien, zasnuwać drogę, obsypywać drzewa w obejściu. Zamkniesz tylko szczelniej drzwi, otworzysz książkę i siądziesz z psem przy nogach albo kotem przy karku i będziesz szczęśliwy albo szczęśliwa, że cała ta inwazja jazgotu jest poza tobą. Potwór złożony z mgły, piachu, bełkotu będzie się tymczasem unosił nad ziemią, przepływał przez domy, patrzył na ten twój i kilka temu podobnych, zamkniętych w szczelnej izolacji. Bo strach, wyjść na zewnątrz. Bo ta burza rani, nie na niby, naprawdę.

Więc zapada noc, apostołowie prostytucji i uległości wobec burzy odprawiają bezwstydnie i publicznie swoje przedstawienia. Chore występy oglądają elity u wylotu ciemności Gottarda. Potwór dorzuca ostatnio krew, ona jest zawsze potrzebna jako ofiara, jako stawiający do pionu fakt, paraliżujący, ostateczny argument.

W końcu przyjdzie cisza. I niczego nie będzie, jak to głosił kiedyś, kto? To akurat nie ważne. Póki co możemy otworzyć jakąś dobrą butelkę, wlać bursztynowego płynu, spojrzeć w ciemność za oknem i powtarzać za bohaterem “Gladiatora”, my jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz…

 

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *