Czy kościół umiera czy się odradza?

Skrót tekstu:

  • Mierzalne parametry życia religijnego (na Zachodzie) pokazują zanik kościoła
  • Istnieją środowiska domagające się głębokich reform oraz przeciwstawiające się takim postulatom
  • W kościele zainicjowano reformy prowadzące do jego zróżnicowana i de facto podzielenia
  • Kościół jako instytucja, ma obecnie ograniczoną ofertę dla ludzi
  • Zdolność instytucji do produktywnych zmian wydaje się niewielka
  • Drogą wyjścia może być traktowanie kościoła jako zbioru wierzących oraz odtworzenie realnej wiary

——————————————————————-

Tekst główny:

Ciemne chmury

Czy kościół umiera? Czy kościół nas okłamał? Takimi tytułami witają nas przekazy medialne, zawierające refleksje i dyskusje na temat przyszłości kościoła. Ksiądz Paczos, posługujący we Francji, dla niektórych nieco heretyzujący, pod takim tytułem głosił tam wykłady (trzeba kliknąć napisy, bo są po polsku). Pokazał w nich liczbę dzieci ochrzczonych na tle okresów historycznych. Okazuje się, że Wielka Rewolucja Francuska wcale nie wpłynęła na obniżenie tej liczby. Aż do 1960 roku, chrzczonych we Francji było ponad 90% dzieci i wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. W ciągu 60 lat, ten wskaźnik spadł do 28%. image

Dokładniejsze przyczyny zmian pokazuje wykres regularnego uczestnictwa Francuzów w życiu religijnym. Tutaj widać ogromny spadek tego uczestnictwa w związku z Rewolucją. Z ok 90% liczba osób “chodzących do kościoła” spadła do 60%. Później wystąpiły jeszcze dwa momenty załamania uczestnictwa ludzi w życiu religijnym: Początek XX wieku, z 60% na ok 40%. I ostatnia fala “dobijająca” rozpoczynająca się od 1960, a pełny efekt uzyskująca ok 1970r. zmniejszająca gwałtownie populację w kościołach z ok 40 do 10%. Przez ostatnie 45 lat, trwa agonia, której efektem jest stan obecny, ilości osób chodzących do kościoła na poziomie 2%, choć ten wskaźnik jest zdecydowanie przeszacowany. Ksiądz Paczos, ale i inny ksiądz we Francji, z którym rozmawiałem osobiście, szacują, że chodzi ok. 1%, przy czym statystyki podnoszą imigranci, szczególnie w Paryżu.

image

Czy zatem kościół umiera, jak zdają się pokazywać powyższe wykresy? Czy więdnie i się rozpada?

Czy naprawdę nas okłamał, jak deklaruje tytuł rozmowy z udziałem katolickiego dziennikarza dr Tomasza Terlikowskiego? Terlikowski mówi, że generał jezuitów kłamał w sprawie zakonnika, który (m.in.) kobietę doprowadził do czynności seksualnych a potem ją z tego wyspowiadał. Przyczyn zaniedbań struktur i dostojników kościoła w sprawie rozmaitych skandali pedofilskich i seksualnych, Terlikowski doszukuje się w procesie “ubóstwienia, nadania boskiej czci instytucji… Proces ubóstwienia, sakralizacji instytucji, skutkuje utratą zaufania.” Bo jeśli ludziom przedstawiało się instytucję, a w efekcie ludzi, jako doskonałych, to gdy pojawią się błędy, to albo trzeba się do nich przyznać i to ubóstwienie zakwestionować, albo te błędy zamieść pod dywan.

W tej chwili potrzebujemy opowiedzenia i wypowiedzenia chrześcijaństwa na nowo” – twierdzi Terlikowski. Znajdujemy się zdaniem redaktora w “ciemnej nocy kościoła. Mamy sytuację jak w przypadku jednostki, przejścia przez ciemną noc, jak to opisywał św. Jan od Krzyża, ale tu przejścia wspólnoty. Możemy to nazwać zaćmieniem słońca przez kościół. W takiej sytuacji powiedzenie, co będzie później, jest oczywiście niemożliwe.”

Ks. prof. Andrzej Kobyliński stwierdza natomiast, że we Wrocławiu 82% młodzieży wypisało się z lekcji religii. Niestety to właśnie postawy młodzieży są najlepszym prognostykiem na przyszłość, bo ludzie z reguły podtrzymują wykształcone wówczas postawy i nastawienia. Ksiądz prof. Kobyliński jest jednym z ciekawszych księży zabierających czasem głos w sferze mediów. Głos mądry, zrównoważony, od wielu lat nacechowany troską o kościół i jego przyszłość. “W roku ubiegłym zamknięto kilka seminariów. W tym roku być może zamknięte zostanie seminarium w Gnieźnie, i jeśli to się stanie, to będzie to spektakularny symbol kryzysu.” – mówi ks. Kobyliński.

Przyszłość kościoła, to, co będzie z życiem zakonnym, to są tematy, które tak naprawdę prawie nikogo nie interesują“. “Ja pamiętam swoje rozmowy z biskupami 20, 25 lat temu gdy chodzi o pedofilię klerykalną, o psychomanipulację religijną. Raczej dostrzegam taką postawę, dobrego samopoczucia, że jest raczej świetnie, że wrogiem jest ktoś kto mówi o problemach“.

Reforma bez reformy..

Wydaje się, że ksiądz profesor, w swojej misji doradzania i nalegania jakby się poddał. Pytany przez dziennikarza o przyszłość kościoła katolickiego, odwołuje się do obecnych procesów i zjawisk i wskazuje ich konsekwencje. Takim zjawiskiem jest ruch synodalny w kościele. Ten ruch wypracowuje nowe postawy, podejścia, rozwiązania. – To chyba jego prace zakończą się jakimś dokumentem? – pyta prowadzący dziennikarz. – Nie – odpowiada ks. Kobyliński – Synod zakończy się w roku 2024 i nie będzie żadnego dokumentu, co ma znaczyć i symbolizować, że synod się nie kończy, że zaczyna się zupełnie nowy etap w istnieniu kościoła.

– Reforma kościoła katolickiego sprowadza się do tego – mówi ks. prof. –  aby w ramach jednej instytucji, mogły istnieć obok siebie różne tradycje doktrynalne. “Podam prosty przykład, powoli wchodzi w kościele katolickim, w różnych krajach błogosławienie związków homoseksualnych. W roku ubiegłym części biskupów belgijskich przygotowała nawet odrębny obrzęd liturgiczny w jaki sposób należy w kościołach katolickich błogosławić małżeństwa gejowskie i tego rozwiązanie przyjęte w Belgii zostało przyjęte milczeniem, taką milczącą akceptacją przez prawie wszystkich katolików w Europie czy władze Watykanu. I w ten sposób te reformy będą wchodzić, także jeśli chodzi o kwestie doktrynalne“.

Ten sposób wprowadzania reform w kościele wynika z pierwszego filaru drogi synodalnej, to jest przekazania istotnych kompetencji z centrum, to znaczy z Watykanu, kościołom lokalnym, które w miarę swobodnie będą kształtować swoje podejście do zagadnień moralnych i doktrynalnych, bez potrzeby jego uzgadniania ze Stolicą Apostolską.

Drugim filarem drogi synodalnej i wymiarem wprowadzanych reform będzie daleko większy udział świeckich w kształtowaniu praktyki funkcjonowania kościoła. Redefinicji ulegają w kościele pojęcia małżeństwa i rodziny. Zmianie podlegają praktyki, np. spowiedź stała się ponoć w kościołach Zachodniej Europy absolutnym wyjątkiem i rzadkością, a równocześnie przystępowanie do komunii praktyką powszechną.

Jawi się przyszłość kościoła rzymsko-katolickiego, jako istnienie luźnej konfederacji lokalnych kościołów, różniących się między sobą w czasem fundamentalnych sprawach i po jednej stronie Odry będzie można w kościele katolickim “coś”, a po drugiej będzie to piętnowane i zabronione. Ale to nie będzie już ten sam kościół – wypadałoby powiedzieć o wielkiej podróży tego kościoła, który od samego początku szukał jedności w interpretowaniu zasad wiary i moralności, który zwalczał herezje, który szukał prawdy nie zawierającej w sobie przeciwstawnych poglądów i zdań.

A jednak w tych wszystkich rozważaniach, niechcący pomijany jest pewien fundamentalny ich element, pewne niewypowiedziane, a być może mylne założenie. Chodzi o postrzeganie kościoła, o myślenie o kościele jako o… instytucji. Kościół to instytucja. Czy ta instytucja przetrwa? Ale nie takie było pojęcie kościoła na początku. Bo kościół, to z greckiego eklezja, innymi słowy zgromadzenie. Protestanci i zielonoświątkowcy używają określenia “zbór”.

Emancypacja duchowieństwa?

Kościół to ogół wierzących w Jezusa Chrystusa. Kościół lokalny, to ci co wierzą i mieszkają i żyją obok siebie. Historyk i teolog, dr Jan Przybył dowodzi, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa nie było kapłanów. Że nawet, niektóre fragmenty Biblii Tysiąclecia są źle przetłumaczone, gdy określają “starszych” kościoła, jako kapłanów. Presbyteros to przymiotnik z języka greckiego, znaczący “starszy”. Starszych wybierano w różnych społecznościach i religiach, dla celów porządkowania i tworzenia struktury. Podobnie epi-scopos, którego współcześnie określamy jako biskupa, stał na czele kościoła lokalnego – dzisiejszej parafii – i doglądał (scopos) całości (epi). Był nadzorującym swój kościół. Presbyteros i episkopos to byli ludzie wybierani przez swój lokalny kościół, przez lokalne zgromadzenie wierzących w Chrystusa.

Do czasów przyjęcia chrześcijaństwa przez Rzym, przez blisko 3 wieki, funkcja starszego lub biskupa w kościele wiązała się z dużym ryzykiem śmierci lub więzienia, bo w przypadku prześladowania, to właśnie funkcyjni chrześcijanie byli celem aparatu represji w pierwszym rzędzie. Sprawa zmieniła się diametralnie, właściwie odwróciła, gdy chrześcijaństwo stało się religią cesarstwa rzymskiego. Biskupi stali się wysokimi “dygnitarzami” państwa. Doszło do jakby emancypacji starszyzny chrześcijaństwa i do częściowego utożsamienia kościoła z nowo powstałym stanem duchownym.

Czy można wierzyć doktorowi Przybyłowi? Trudno powiedzieć. Sam, jak oznajmia jest prawosławny. Ale przytomnie tłumaczy, że błędem jest upatrywanie doskonałości organizacji i życia chrześcijańskiego w postawach pierwszych chrześcijan. Powiada, iż wszyscy się uczymy i rozwijamy. Tworzymy nowe formy, potrzebne nam w życiu.

Jak zatem będzie przyszłość kościoła, rozumianego czy to jako wspólnota wiernych, czy jako instytucji? Czy zgodnie z wykresami ks. Paczosa wszystko zejdzie do zera, to znaczy nieznaczącej ilości tych, co zechcą wspólnie odprawiać jakieś nabożeństwa? Czy ta instytucja rozmieni się na drobne, powstaną fluktuacje, tak że można będzie sobie wybrać kościół z księżmi kobietami, z radosną akceptacją związków homoseksualnych, z rozwodami albo kościół nieomylnych księży, dzierżących władzę nad wiernymi, ich sumieniami i życiem?

Co zmieniać i czy zmieniać?

Co zrobić, aby tak się nie stało? Co zrobić, aby kościół się nie skończył, nie umarł, nie upadł? Być może ci, co chcą zmian się mylą. We Francji, swego czasu zamknięto seminaria, bo kościół uznał, że system skoszarowanego kształcenia księży odstrasza kandydatów i będzie lepiej, jak będą się kształcić, mieszkając po prostu w parafiach. Skutek? Powołania się zakończyły zupełnie, więc… otwarto seminaria z powrotem.

Dokonanie takich czy innych postulowanych zmian, wcale nie musi oznaczać pozytywnych skutków, niezależnie od intencji postulujących. Być może negatywne procesy nie są bowiem skutkiem błędnego “sterowania kościołem”, ale są efektem procesów zewnętrznych. Wówczas zmiany, niczego nie poprawią, a mogą pogorszyć, co zdaje się przyświecać polskim hierarchom.

Oferta chrześcijaństwa i kościoła dla ludzi

Nie sposób uciec jednak od pytania, dlaczego ludzie przychodzą, przychodzili do kościoła? Jakie były ich motywacje? Co kościół miał ludziom do zaoferowania?

#1. Wydaje się, że w zupełnie pierwszych momentach swego istnienia miał do zaoferowania oczekiwanie na bliskie wejście do raju, cuda, uzdrowienia i byt materialny, bo nawet cień Piotra uzdrawiał, bo wszyscy sprzedawali to, co mieli i dzielili między siebie. Pierwsi chrześcijanie, wydaje się, że z Apostołami włącznie, mieli przekonanie, że wkrótce, za ich życia, Pan Jezus przyjdzie ponownie i świat się skończy, więc nie było potrzeby budować na przyszłość, tylko “codziennie przebywali w Świątyni”.

Ten czas jednak minął, Pan Jezus nie przyszedł ponownie, a komunizujące podejście okazało się niepraktyczne. Zrozumiano, że o byt, każdy powinien się jednak troszczyć sam, a “kto nie pracuje niech nie je”. Także ilość cudownych zdarzeń zaczęła jakby maleć, po śmierci Apostołów i choć nigdy nie wygasła, to przestała być namacalną i istotną przyczyną nawracania się na chrześcijaństwo.

#2. Kościół pierwszych wieków miał do zaoferowania ludziom dwie sprawy. Po pierwsze przemianę osobowości i życia, z greckiego metanoję. Po drugie społeczność ludzi, kierujących się w życiu miłością. Metanoja była faktyczna, doświadczalna. Nowi chrześcijanie doświadczali przemiany. Inaczej zaczynali postrzegać świat, ludzi, sprawy. Inne emocje w nich się pojawiały. Inaczej żyli. Wszystko było inne, nowe, choć może nie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć nie bez wysiłku i problemów.

#3. Gdy chrześcijaństwo stało się fundamentem kultury i rozwijającej się cywilizacji, kościół miał do zaoferowania przede wszystkim wytłumaczenie całej społecznej rzeczywistości oraz uzasadnienie dla życia człowieka i jego roli w społeczeństwie. Można to zobaczyć na pięknych portykach kościołów francuskich, gdzie na górze jest Bóg ojciec, Duch i Syn, niżej aniołowie, święci, królowie, biskupi, niżej kolejne warstwy, aż do… ludzi i zwierząt. Władza pochodziła od Boga, miejsce człowieka również. Wiara stabilizowała system, kościół z jednej strony zapewniał posłuszeństwo poddanych, z drugiej mitygował popędy władzy. Ostatecznie miał do zaoferowania każdemu wzorce i role życiowe, których przyjęcie zapewniało normalne funkcjonowanie.

Aż doszło do reformacji, rewolucji i zmian. Przekaz kościoła już nie wyjaśniał struktury społeczeństwa, ani nie dostarczał ról i wzorców dostosowanych do nowej rzeczywistości. Państwo wzięło rozwód z kościołem i stracił on rolę normatywną oraz pozycję niezbędnego elementu życia.

Pytania o dzisiaj

Pytanie co dzisiaj ma do zaoferowania kościół jako instytucja, jako zgromadzenie? Czy zatem chrześcijanie, a tu katolicy, tworzą grupy ludzi kierujących się wobec siebie miłością? Każdy może sobie odpowiedzieć sam. List prymasa Hlonda z 1932 roku wskazuje, że tak nie jest, bo w katolickiej Polsce, zdaniem prymasa, rozpowszechniła się w życiu publicznym… nienawiść. Dziś? Każdy sobie odpowie.

Czy kościół oferuje realnie metanoję? Przemianę życia? Wydaje się to wątpliwe z wielu powodów i nie pomagają tu tragiczne błędy niektórych księży, którzy udowadniają w ten sposób, że żadnej metanoi nie przeszli. Wątpliwe i problematyczne także z takiego powodu, że chrześcijanami jesteśmy w zasadzie od urodzenia, więc trudno o taki moment jednoznaczny, kiedy mamy stare życie i zyskujemy nowe, kiedy mielibyśmy przechodzić jakąś fundamentalną przemianę bo to by znaczyło, że będąc chrześcijanami wcześniej, jakby nimi nie byliśmy. W tym kierunku zmierzają ruchy typu neokatechumenat, jednak nie wydaje się, iżby osoby z tych ruchów były faktycznie przykładami takich pozytywnych przemian. Na ogół – ludzie chodzą do kościoła. Modlą się. Potem wychodzą. Potem jest życie. I tyle. Metanoja została rozwodniona. Załagodzona. Unormalniona. Przestała w zasadzie istnieć.

Czy kościół oferuje jasne role życiowe i wzorce postępowania do stosowania? Tu znów pojawia się zakłopotanie. W roku 1932, w Polsce (na zachodzie wcześniej) kościół odrzucił stosowaną do wówczas treść katolickiej przysięgi małżeńskiej tworzącej role i ramy w katolickiej rodzinie. Odrzucił istniejący i przedstawiony w Nowym Testamencie wzorzec rodziny. W dekrecie wprowadzającym zmianę wspomnianej przysięgi, polegającą na usunięciu z niej przyrzeczenia posłuszeństwa żony mężowi, ks. kardynał Hlond pisał, że nie chodzi o to, aby żona nie była posłuszna mężowi. Niestety – napisał nieprawdę. O to właśnie chodziło.

Współczesny kościół katolicki nazywany bywa kościołem żeńsko-katolickim nie bez przyczyny. “Religia była, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, jeszcze 20, 30, 40 jak ja byłem młodzieńcem, sprawą męską. Potem stało się z naszą pobożnością coś głupiego. I teraz uchodzi to za sprawę – babską. Przepraszam wszystkie panie. To jest chore.” – mówi ks. prof. Jan Perszon.

Czy kościół ma do zaoferowania obecnie wzorce i role, dla młodego chłopaka na przykład? Dla młodej dziewczyny? Jakie? Nie ma. Pozostają opowiadania o dialogu w miłości i inne wzniosłe, ale nie konkretne treści. Pozostaje podniesiony do rangi cnoty kastracyjny pacyfizm, biorący się z błędnego przekonania, że każda przemoc to zło, które to przekonanie wywodzi się z jeszcze wcześniejszego błędu, czyli opartego na naturalnych podstawach przeczucia, że zadawać komuś ból, przemagać kogoś, można i należy wtedy, jak mamy w stosunku do niego emocję negatywną, gniew, nienawiść, chęć skrzywdzenia czy poniżenia. Stąd pacyfizm. Stąd feministyczne akcenty współczesnego kościoła, prowadzące do “rozlazłości” i feministycznej natury polityki, to jest braku przejrzystości, konkretów, to jest uległości wobec świata i władzy świeckiej, to jest braku oferty jasnych i konkretnych wzorców i ról życiowych.

Czy kościół obecnie ma koncepcję społeczeństwa i świata, tak jak miał ją dawniej? Z jednej strony ciągle próbuje ją wyrażać. Z drugiej już Benedykt XVI postulował ustanowienie rządu światowego, jednej światowej politycznej władzy:

Pilnie potrzebna jest prawdziwa światowa władza polityczna — o której mówił już mój poprzednik, błogosławiony Jana XXIII — aby zarządzać ekonomią światową; uzdrowić gospodarki dotknięte kryzysem; zapobiec pogłębieniu się kryzysu i związanego z nim zachwiania równowagi; przeprowadzić właściwe, pełne rozbrojenie oraz zagwarantować bezpieczeństwo żywieniowe i pokój; zapewnić ochronę środowiska i uregulować ruchy migracyjne. Tego rodzaju władza musi być uregulowana przez prawo, przestrzegać konsekwentnie zasady pomocniczości i solidarności, być podporządkowana realizacji dobra wspólnego (147), zaangażować się w realizację autentycznego integralnego rozwoju ludzkiego, inspirowanego wartościami miłości w prawdzie. Ponadto władza ta powinna zostać uznana przez wszystkich, być w stanie rzeczywiście każdemu zagwarantować bezpieczeństwo, przestrzeganie zasad sprawiedliwości i prawa (148). Oczywiście, powinna mieć takie uprawnienia, by strony musiały szanować jej decyzje, a także stosować środki wspólnie uzgodnione na różnych forach międzynarodowych.

Reasumując, wydaje się, że ludzie w kościele nie doświadczają metanoi zmieniającej ich myślenie, odczuwanie, życie. Nie znajdują też wspólnoty miłości, ale czasem przeciwnie, “groby pobielane”, które z zewnątrz ładnie się prezentują. Kościół w tsunami rozpoczętym Rewolucją Francuską, nie ma do zaproponowania trwałych ról ani wzorców, chyba szczególnie dla mężczyzn, ale też podobnie dla kobiet. “Jeżeli chcecie być kobietami, musicie się całkowicie uniezależnić od jakiegokolwiek mężczyzny”naucza kobiety o. Adam Szustak, medialny ewangelizator, dodając, gdzie indziej “Ja też nienawidzę tego kościoła“. Kościół nie stanowi już elementu kultury i cywilizacji, która się z nim jednoznacznie rozstała i pozbawiona kręgosłupa oraz fundamentu, znajduje się w fazie upadku lub “rozlazłości”, ale to ona jest odniesieniem w świadomości ludzi.

Kościół, pacyfistyczny, zapewnia jeszcze sens życia osobom starszym, zwłaszcza kobietom, które żyją dłużej od mężczyzn, a wcześniej przechodzą na emeryturę. Młodzież jednak nie znajduje tego sensu, ani w budynku, ani w obrzędach, ani w naukach, ani w społeczności, która w sumie zdaje się nie istnieć, tak że została tylko instytucja i wianuszek mini wspólnot.

To po co współczesny człowiek Zachodu ma wejść w kościół? Oto jest pytanie. Wydaje się, że musi się spotkać z realnością obecności Boga. Obecności Boga w ludziach, choćby w tych księżach, ale i we wspólnocie. Ale o to jest trudno i publicyści w mediach zadają sobie pytanie: Czy Rzym stracił wiarę?

Więc to się musi zacząć od dołu, zamiast od góry. Od każdego pojedynczego człowieka, zamiast od instytucji i już zorganizowanej społeczności. Może człowiek wyprowadzony “na pustynię”, ma możliwość i szansę czynić to, czego już dawno nie czynił – wybierać. Czy wybiera wiarę w Boga czy wiarę w Jego brak. A jeśli wybierze to pierwsze, to ten jego wybór musi być większy niż instytucja, z jej wszystkimi zaletami i wadami. Musi być większy niż ludzie wokół. Musi się odwoływać do samego sedna, do punktu, gdzie nie ma już miejsca na uniki, warunki i negocjacje.

Zostać mistykiem?

Może po prostu współczesny człowiek musi się stać mistykiem. Dążyć do relacji z Bogiem za wszelką cenę. Bo od tego zależy. Wszystko. I jeśli takie dążenia przetrwają, to przetrwa też i kościół. Ten podstawowy, jako ogół ludzi wierzących Bogu, ale i ten jako instytucja, w takiej czy innej formie. Jeśli mistykami nie zostaniemy, to negocjacje ze światem, układanie się z władzą, szukanie tricków, “sposobów” na zatrzymanie ludzi w kościele, wydaje się, że spełzną na niczym. Bo nie będzie tego co jest osnową, podstawą, fundamentem i sensem. Nie będzie treści, która gdzieś w toku przemian życiowych i cywilizacyjnych się pomięła, straciła intensywność, wyraz, znaczenie i smak. I być może teraz jej już czasem nie ma i jesteśmy w sytuacji, gdy naśladujemy mechanicznie wszystkie zachowania i gesty, ale w istocie są to sztuczki, albo umowa.

Okoliczność, że musimy zostać mistykami, że nie mamy innego wyjścia, to może być jednocześnie największy nasz skarb. Wąska, kamienista droga, ale wiodąca naprzód, w górę. Ultreia i suseia, jak śpiewają pielgrzymi w liczącej 10 wieków piosence. Potrzebujemy normalnie rozumianego mistycyzmu, osobistej relacji z Miłością, z Bogiem. Dostrzeżemy wtedy nieusuwalną potrzebę praktyk, obrzędów i dyscypliny pewnych zachowań. Wszystko będzie dobrze. Nie ma co tragizować. Bóg zachęca i zaprasza, do mądrego wyruszenia w drogę. Gdzie ta droga prowadzi? Ba. Oko ludzkie nie widziało, ucho ludzkie nie słyszało 🙂

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *