Jak można się modlić?

 

Nonsens. Głupcze! Jak n a l e ż y  się modlić! Należy! A nie można. Co można? Można to sobie w nosie dłubać. A to jest obowiązek i w dodatku…

Poza tym, od tego to tylko ksiądz. Bo religia to sfera specjalna, wyjątkowa, oddzielna. To nie zwykłe życie.

A modlić się można różnie. To znaczy co? Można się też nie modlić? No bo jak można, to można coś, ale i można czegoś nie robić. To jakie „można”?

No. To tak, modlić się można różnie. Już Apostołowie pytali Pana Jezusa – jak? Czyli… mimo, że judaizm trwał już długo, to albo nie wiedzieli, albo nie byli pewni. To ich Pan Jezus pouczył: „Ojcze nasz”.

No ale mówił to do grona tych, co go razem pytali. Więc jak człowiek modli się sam, to czy nie powinno być „Ojcze mój”? Ma to oczywiście taką zaletę, że „nasz” podkreśla wspólnotę, ale czy to rzeczywiście wspólnota? Tak naprawdę. Tak teraz? Patrz list kard. Hlonda z 1932 roku do Polaków {LINK}.

Papież Franciszek dodatkowo chciał ponoć zmienić „Ojcze nasz”, żeby nie było w tej modlitwie „I nie wódź nas na pokuszenie”. No bo Bóg przecież nie wodzi na pokuszenie, tylko ta druga strona. To po co takimi wezwaniami się odzywać? Może gdzieś był błąd w tłumaczeniu albo co. Więc ponoć propozycja papieża była „I nie dozwól byśmy ulegli pokusie”. W sumie racjonalna i rozsądna. Ale z drugiej strony jest tradycja wyrzeźbiona bilionami powtórzeń i w sumie przecież nikt nie wierzy, że Pan Bóg wodzi kogoś na pokuszenie, co najwyżej dozwala, ale to nie to samo.

Modlitw jest bardzo wiele. Na pierwszą komunię dostawało się taką książeczkę. Modlitewnik. Zawierał on mnóstwo modlitw. Litanii, wezwań itd. Pewnym treningiem były zalecenia udzielane przez księży w trakcie sakramentu pokuty, bo można było sobie przypomnieć, co i jak.

Dość specjalne miejsce zajmuje w przestrzeni modlitwy – różaniec. To bardzo dziwna modlitwa. Po pierwsze krótka, nie to co litania. To znaczy krótka. Długa, a nie krótka. Krótka to jest pojedyncza cząstka. Ale chyba to ta cząstka jest podstawą różańca. To wezwanie „anielskie”. Różaniec, sam nie wiem z jakiej racji, ma w sobie coś ludzkiego, przaśnego, zwykłego, a jednocześnie, a może przez to właśnie, niesamowicie emocjonalnego. Po pierwsze nie jest wezwaniem i zwróceniem się do Boga, tylko do człowieka. Po drugie jest zwróceniem się do kobiety. Po trzecie jest zwróceniem się do matki, do – w pewnym sensie – archetypu matki.

Ten archetyp jest w nas głęboko wpisany. Co prawda liderzy przemysłu odczłowieczającego, ze swoimi sztandarowymi okrętami typu Netflix, Disney i tak dalej, robią co mogą, a mogą wiele, żeby zniszczyć w ludziach i szczególnie w kobietach archetyp matki, to jednak jego istnienie nie jest produktem innych porombańców czy ideologów, tylko bierze się z życia samego, z jego mechanizmów, którym chce zaprzeczyć, które chce wykrzywić, współczesny świat.

Po prostu miłość matki, jest pierwszym doznaniem każdego człowieka, jeszcze w momencie, kiedy nie ma zielonego pojęcia o tym, że go ta miłość dotyka. Może jest ona jakimś przedłużeniem, przejawem Miłości tej wielkiej, to znaczy tej intencji – bo inaczej świat byłby bez sensu – która stwarza i podtrzymuje istnienie wszystkiego. Dość, że każdy człowiek, który miał normalną, nie wychowaną na „Powieści podręcznej” matkę, wie – co to jest miłość matki. I ta wiedza jakoś się przeplata z różańcem. Który można sobie odmawiać zarówno, w godzinie śmierci, jak i w dowolnym innym momencie. Zarówno za siebie, jak i może w szczególności za innych. Odmawiać, mając na myśli Marię i jej Syna. Mając w niemyśli, ale jednak mając, Jasną Górę w Częstochowie czy „Błogosławioną winę” Sapiehy, który ukradł na Watykanie obraz i od setek lat jest on w małej miejscowości na Bugiem – w Kodniu.

Więc różaniec to taka modlitwa ludowa. Może jakoś też mantrowa, to znaczy związana w powtarzaniem tych samych słów i zwrotów. Ten typ modlitwy, występuje chyba w tradycjach wschodnich. Ma on jakiś oddźwięk w strukturze mentalnej człowieka. Może powtarzanie słów pozwala łatwiej wyjść poza te słowa właśnie?

Poza tym jest „Aniele boży stróżu mój”. Super modlitwa dla małych dzieci. Prosta, fantastyczna, no i mamy zwrócenie się do kolejnego bytu. Tym razem nie jest to sam Pan Bóg – Ojciec. Nie jest to Pan Jezus ani jego Matka. Tym razem to byt duchowy, niematerialny, nieenergetyczny, ale istniejący ponoć dla każdego z nas. Byłaby zatem taka wspólnota, kurcze, różnych bytów. Nas, tych aniołów. Trzech osób Trójcy świętej. Robi się tłoczno jak na dobrym przyjęciu, choć wiem jak bardzo niestosowne dla wielu jest to porównanie. Ale właśnie tak. Jest jakieś „społeczeństwo” tych istnień, tych bytów. Człowiek nie jest sam, bo jest „Anioł stróż”, który dobre pomysł podszeptuje i od złego chroni.

Ostatnio w kościołach powrócono do jeszcze jednej modlitwy do anioła, tym razem do archanioła Michała, bo się okazuje, że wśród aniołów, niektóre byty są wyróżnione. W ogóle podobno te anioły, to są istnienia, które są jednocześnie misjami, zdaniami, celami. Owszem mającymi własną wolę i świadomość ale jednak I tak imiona trzech najważniejszych kończą się na „El”. A „El” to znaczy Bóg. I Micha-El – to któż jak Bóg!

Św. Michał Archanioł w ogóle jest ciekawą postacią, zwłaszcza na dzisiejsze czasy. Sam nie wiem, który papież zarządził powrót do odmawiania wezwania do niego. W każdym bądź razie, zdecydowanie nie był pacyfistą – nasz św. Michał – Micha-El. Nie pasuje więc zupełnie ani do współczesnego chrześcijaństwa, o którym ktoś powiedział, że staje się religią kastratów-pacyfistów, ani do współczesnego świata, który stawia na ostatnią prostą posłuszeństwa rządowym ekspertom.

Michał Archanioł zamiast pióra i księgi, zamiast gałązki oliwnej i współczucia dla wszystkich ma w swoich rękach włócznię i u boku miecz. To on poprowadził pierwszą wojnę w istnieniu w ogóle. Wojnę między aniołami. Wojnę, w wyniku której ci źli, trafili do piekła.

Niestety dzisiaj, wojny toczy się raczej w taki sposób, że piekło one przynoszą na ziemię. Jeszcze się wojny między pojedynczymi ludźmi tworzy. To są właśnie te piekielne, gdzie jeden drugim pogardza, źle mu życzy, nienawidzi. Ale przemoc sama w sobie, wbrew dostojnym naszym nauczycielom, nie jest zła. Przeciwnie, jest niezbędnym – przemagać się ze złem. To jest stosować przemoc. Nie jej nadużywać. Bo zło zazwyczaj jest przerysowaniem dobra. Ale stosować. Bo złem jest agresja i działanie w celu skrzywdzenia lub umniejszenia drugiego.

Oczywiście oprócz wszystkich modlitw mających swoje źródło w sferze obrzędowości kościoła można się jeszcze modlić po swojemu. Indywidualnie. Wynalazczo. W tradycji kościoła wschodniego, to znaczy prawosławnego istnieje coś takiego jak modlitwa imienia. Ta prosta metoda jest lekko dziwna. Polega ona na powtarzaniu, setki i tysiące razy, codziennie np. imienia Jezus.

Człowiek po prostu powtarza. Powtarza idąc, powtarza siedząc, powtarza leżąc, powtarza oddychając. Każdy oddech – powtórzenie. Jeee-zuus. Wdech, wydech. Nie ma myślenia, nie ma intencji, nie ma słów. Jest to powtórzenie. Ponoć działa. Każdy może spróbować.

Można jeszcze się modlić mistycznie i praktycznie. Mistycznie, to są właśnie różne kontemplacyjne stany. Sposoby. Techniki. Mistycyzm, tak zapomniany wskutek kariery Oświecenia, wróci do łask. Jest niezbędny. W kościołach, a jak nie w kościołach to gdzie indziej, zacznie się wracać z barwnymi szczegółami i bezpośredniością, do św. Hildegardy z Bingen, do św. Jana od Krzyża itd. itd.

Modlitwa praktyczna, to by była modlitwa pracą. Taka po prostu świadomość, że to co robię, robię najlepiej jak potrafię nie dlatego, żeby kasa, tylko dlatego, że Bóg jest. Obok, z nami. To pracuje się dobrze. Dokładnie. Porządnie. To się człowiek wyraża w dobrej robocie. W merytoryczności. W solidności. W pięknie tego, co tworzy.

Może być jeszcze modlitwa ta najzwyklejsza. Gdy człowiek po prostu mówi, bez namysłu, zahamowań, wzorców, przepisów, wymagań. Ona chyba najbardziej mrozi krew w żyłach, no bo… jeśli tak, to…. co — człowiek — powie?!!!

A jak coś palnie, albo zacznie się skarżyć czy Bogu samemu wyrzucać i zarzucać? Co jak Mu powie, że Go nie ma i w niego nie wierzy, albo że Bóg zostawił go samego i że wszystko jest do kitu, albo jeszcze gorszego słowa użyje?

Taka modlitwa jest oczywiście niedopuszczalna. Ale w Biblii jest taki dziwny fragment, gdzie człowiek walczy z Bogiem. Właśnie tak – walczy. Nie pada na kolana. Nie prosi. Nie wielbi tylko – walczy. I… wygrywa, o ile dobrze pamiętam. A może przegrywa? Musiałbym sięgnąć. Ale za tę postawę i zmaganie jest w jakiś sposób wynagrodzony. To może być taka przesłanka, która zdejmuje odium potępienia z tego, gdy człowiek zaczyna mówić do Boga to, co myśli. Bezpośrednio.

Czy należy zatem puścić wodze i robić w sferze modlitwy co się komu podoba? Chyba nie. Ludzie zwiedzający pobocza i cudowne manowce, czasem źle kończą jak nieodżałowany Sted. Więc możliwości jest wiele. Jest jeszcze ta jedna, o której wypadałoby powiedzieć, to jest modlitwa krokami – pielgrzymowanie. Jest chyba we wszystkich kulturach i religiach. Polega na zdążaniu do miejsca, które w jakiś sposób uznają ludzie za uświęcone, za bliższe „tamtej – rzeczywistości”.

Czy to będzie buddyjski klasztor, czy Mekka, czy Jasna Góra, czy Rzym lub Santiago, ludzie wychodzą i idą. Tam. Idąc, literalnie tworzą drogę. Swoją drogę, która zaczyna się w ich stopach i sercu, a kończy się gdzieś tam. Wcale nie w fizycznym miejscu, do którego idą, tylko daleko, daleko dalej. Tam, gdzie owo miejsce wskazuje.

Jest to – owo pielgrzymowanie – zarówno modlitwą indywidualną jak i grupową. Zarówno zorganizowaną jak i spontaniczną. Chyba ta spontaniczna i grupowa jest najfajniejsza. Gdzie obcy – zdawało by się sobie – ludzie idą razem po ścieżkach i drogach. Rozmawiają ze sobą jak z nikim czasem w życiu. Są wierzący, niewierzący i jeszcze inni. Po trudzie siadają pod gołym niebem. Nad głowami gwiazdy, na prowizorycznym stoliku trochę wina, w sercach? Co wtedy jest w ich sercach? Chyba właśnie Miłość, do której zmierzają. A to znaczy – Razem. A to znaczy uśmiech, spokój, jakaś forma szczęścia płynąca ze wspomnianego Razem, mimo, że dzielić mogłoby ich tak wiele.

I to już koniec na temat, jak można się modlić. Na ten koniec chciałbym przytoczyć sposób modlitwy Piotra. Piotr co sobotę o 20:30 „tworzy modlitwę” i prowadzi transmisję. Odbiór może być różny. Od negatywnego – dziwak, po pozytywny – twórca i człowiek autentyczny w tym co robi. Piotr śpiewa i gra. Może warto chwilę popatrzeć albo posłuchać. Ostatecznie, każdy może się modlić po swojemu i pewnie jedynym warunkiem jest szczerość tego, co się robi. Ona jakoś sama w sobie jest wartością.

 

 

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *