#7 Jednodniowa przypominajka Zbyszka wg Dąbrowskiej: Optymizm

 

Największym problemem na poście Dąbrowskiej jest co? Nikt, z osób, które tego nie robiły się nie domyśli… Zmuszenie się do jedzenia! Serio. Nie jest to łatwe. Bywają okresy, że trzeba walczyć ze sobą, żeby zjeść, tak odrzuca. Jest to kompletnie antyintuicyjne i dla postronnych niewiarygodne. Ale tak jest. No ale do rzeczy:

Postanowiłem sobie zrobić dzisiaj jednodniową przypominajkę Zbyszka wg Dąbrowskiej. Przypominajka – dla postronnych – krótki czas od jednego do kilku dni, w których przestrzega się zasad tego postu. Z tym, że ja powtarzam swoją jednodniową przypominajkę po raz siódmy dzisiaj, to nie wiem, czy to się kwalifikuje. Ale przypominajka jest swobodniejsza niż sam post długotrwały.

Co jadłem i jak jadłem?

  •     Dwa posiłki dziennie 8-9 i 14-16.
  •     Gotowane na parze: kalafior i brokuł.
  •     Na surowo: zielenina(sałata, rukola), pomidor, papryka, marchew, cebula, czasem czosnek
  •     Do picia: Woda, rumianek, pokrzywa, herbata zielona.
  •     Na deser – guzik na deser – dodawałem do prawie każdego posiłku – truskawki.

Waga: -3 kg. Serio. Tak pokazuje.
Samopoczucie psychiczne: rewelacja.
Samopoczucie fizyczne: dobre.
Sen: Okej.

Właściwie to zacząłem sobie eksperymentować z tym postem z oczywistego powodu. Wściekłość na siebie, że się obżarłem i “trochę” przytyłem. Ale teraz, bo to już kilka lat tych eksperymentów, to może na plan pierwszy wysunąłbym zupełnie coś innego. Co? Nie zgadniecie. Optymizm!

Może to moja unikalna reakcja na ten post, a może wcale nie, muszę jakąś sondę zrobić, jakieś zapytanie, jak inni reagują. Jesteśmy różni. Nie ma “jednego człowieka”. Stąd żadna dieta, żaden post nie jest “najlepszy”, bo po prostu ludzie są różni i różnie reagują ich organizmy. Więc jak ktoś nam mówi – to jest najlepsze dla ciebie, to trzeba odpowiedzieć: – poczekaj, sprawdzę.

Więc u mnie na poście pojawiają się na nosie – różowe okulary. Nie wiem, jak to działa. Nie wiem, jakie są tego przyczyny, ale to się dzieje. Powtarzalnie. Zawsze, kiedy poszczę. Rzeczywistość się nie zmienia, moja sytuacja się nie zmienia, na świecie się nie zmienia, co najważniejsze ludzie się nie zmieniają, a moje wnętrze się zmienia. Literalnie wpada słońce i wszystko jaśniejsze. I patrzę na tę sytuację, która mnie dołowała i… co czuję? Czuję “a tam…” i idę ze wzrokiem i uwagą dalej. Widzę to, co widziałem jako zagrożenie, zupełnie realne i prawdziwe, i co widzę? Widzę… zadanie. Wyzwanie. Coś z czym można się będzie wziąść za bary.

To nie można tak było od samego początku? – ktoś zapyta. No właśnie w tym problem. Nie można było. – A próbowałeś? – Tak, próbowałem. – I co? – I pstro.

Jest jakoś tak, jakby w człowieku, w środku zmieniała się jakaś wibracja. Na poziomie logicznym to jest bardzo łatwe do wytłumaczenia. Rzeczywistość jest “zmieszana”, ma w sobie rzeczy, które mogą nas cieszyć i takie, które zapowiadają kłopoty lub sprawiają je już teraz. Można wybierać z niej i skupiać się na tych, co przyjaźnie się do nas uśmiechają albo na tych, co szczerzą zęby. Tylko znów… to tak nie działa. Bo logicznie można, a w praktyce, wcale nie mamy tej swobody wyboru. Bo możemy się zmusić do tego. Możemy zwrócić uwagę na to, co pozytywne. Unikać negatywów. Możemy – za stoikami – stosować odpowiednie konteksty, czyli machnąć ręką na to, na co nie mam wpływu, traktować problem jako zadanie. I to się udaje! Na… pewien krótki czas. Bo za każdym razem kosztuje nas to wysiłek. Stres. Przełamanie tego niewidocznego strumienia myśli i uczuć, gdzieś głęboko w nas.

Tak jakby każdy z nas miał w sobie jakąś “wibrację”. To głupie słowo, ale inne nie przychodzi mi na myśl. Jedni “współwibrują” z wibracją negatywną, inni z pozytywną. Dwie osoby postrzegają ten sam zbiór doświadczeń w zupełnie inny sposób. Inne są ich odczucia. Inne reakcje. Inne emocje i działania. I… nie da się tego przestawić mocnymi postanowieniami. Psychologicznymi trickami. To cholera ma chyba jakąś podstawę w biologii, w biochemii.

Doktor Robert Lustig twierdzi, że wszystko zaczyna się od biologii i tam należy szukać przyczyn emocji i uczuć. Pokazuje, że bez testosteronu i estrogenu nie ma “miłości” między kobietą i mężczyzną. Że podanie środka blokującego receptory dopaminy, prowadzi do smutku, przygnębienia, depresji i samobójstw. Dowodzi, że to biologia ma decydujący wpływ, choć istnieje jakiś margines i przestrzeń, gdzie psychika i rozum też może wpływać na nasze odczucia i emocje.

Więc, nie wiem jak to jest, ale na poście mam 16 lat. Jest lekko, wesoło, aktywnie, przedsiębiorczo nawet. A czasem stoicko, wobec tego, co dawniej jawiło się jako horror. To strasznie ważne, bo odrzucamy, przynajmniej ja, taką możliwość, żeby nasze uczucia nie były “autentyczne”. Przecież naprawdę to… “s…..syn”. Przecież to naprawdę… tragedia. Cóż… “Otwarłem dzisiaj dwa prezenty. Moje oczy” – brzmi odpowiedź.

Więc ponieważ z postem wszystko się zmienia, to postanowiłem się wybrać na spacer, trochę też dlatego, żeby sprawdzić, żeby nie na gębę, bo jem te 800 kalorii, a po prawdzie pewnie o wiele mniej już kilka dni z rzędu i co? Da się tak żyć? Pewnie cię głowa boli i ci słabo! No to poszedłem.

Rzeka na początku nieśmiała, kręta, pogmatwana wydzierającymi się z brzegu konarami. Kaczki startowały i lądowały na niej i już, gdzieś z pamięci piosenka: “Kaczuszko, kaczuszko”. Pełnej wersji nie będę tu zamieszczał, bo śpiewało się w bardzo młodym wieku i drugi wers brzmiał “Połóż się na łóżko” :). Potem most i mewy.

Dawniej mewy były tylko nad morzem. Były jego symbolem. Lubiłem je. Unoszące się na wietrze, lubiłem ich krzyk. Teraz, jakimś cudem przywędrowały nad naszą rzekę i jezioro. Co one tu robią? Gdy mewa rozpostrze swoje skrzydła, to pięknie wygląda. Taki lotnik. Doskonały.

Potem była cisza. To znaczy słońce i wszystkie te chabzie. Nie wiem jak się pisze, przez samo czy “ch”, bo to słowo też z młodości, a w słowniku chyba nie ma. Tak samo jak zachachmęcić czy innych takich. No w każdym bądź razie gałęzie były ostre, słońce jasne, powietrze przejrzyste, droga się przesuwała i… już. Co już? Wszystko już. To znaczy? To znaczy… – nie było mnie. Ani żadnych myśli. W tym momencie, tak to teraz odbieram, istniało właśnie wszystko. Istniało przeze mnie jakoś. Ja stawałem się jakby bramą i częścią tego istnienia. Całej tej cudowności wokół. Bo… nie było myśli, spostrzeżeń, planów, problemów i całego tego fajnego mętlika w głowie.

Rzeka się potem rozlała i szeroko wypłaszczała się w słońcu. Ludzie zawieszeni w tym blasku i czasie. Na ławeczkach, na drodze. Niewielu. Po lewej minąłem stadninę. To już było z osiem kilometrów od domu. Więc – tu wróciłem do rzeczywistości – nie jest źle na tym ostrym poście, tylko czy wrócę? Niby zawsze można gdzieś odbić w bok i dojść do cywilizacji. Autobus. Maseczka – tfu. I widoki zza okna, jak nie wlepią tego wrednego ekranu z reklamami. No ale ja nie lubię autobusów, a to osiem kilometrów, więc tyle samo do domu.

Stadnina była tu dawniej. Dorośli, dzieci, przychodzili czasem pojeździć. Konie, koniki, kucyki. Przystawałem, robiłem zdjęcia. Przyglądałem się. Lubię zwierzęta. Nie wiem dlaczego. Nie mam do nich stosunku ideologicznego ani religijnego, jaki teraz jest promowany. Nie jestem wegetarianinem. Ale za zwierzakami przepadam. Teraz… Teraz stadniny nie ma, bo “rozwój”, więc ktoś wykupił cały teren i konie wywieziono. Zastąpiły je wywrotki, góry piachu i cementu, coś budują. Taka kolej rzeczy. Więcej cementu wokół nas. Zwierzęta, na szczęście są jeszcze domowe.

Potem już prosta niemal droga nad jezioro. Krok za krokiem. Niebo wokół, gdzie okiem sięgnąć. Na pniach drzew dziwny nalot, taki żółto-zielony. Podszedłem. Przyjrzałem się. Minilistki takie. To życie jest zwariowane. Rozwija się wszędzie. Kiedyś… sinice, to co się pojawia w jeziorze czasem latem, pojawiły się na Ziemi i przez miliard lat wyprodukowały coś, czego wcześniej nie było w jej atmosferze – tlen. A ty myślałeś pewnie, że on tam był od początku. Nie. W powietrzu nie było tlenu. To właśnie to małe niepokorne życie otoczyło naszą planetę tlenem, którym oddychamy.

No i już jezioro. Trzynaście kilometrów od domu. Lubię je. Tym razem na powierzchni lśniła się cienka powierzchnia lodu. Dalej jakaś wieża “portowa”, dalej już błękit, linia drzew. Podreptałem trochę wzdłuż. Jak się czuję? Bardzo dobrze. Nogi bolą? Niespecjalnie, chociaż przecież nie siadałem, nie odpoczywałem, tylko szedłem. Czyli post nie działa deprymująco, hamująco, osłabiająco.

image

Każdy kto próbował trochę nie jeść, wie, że to nic przyjemnego. Zna to złe samopoczucie i objawy słabości, że czasem – trzeba coś zjeść. Jakąś bułkę, czy coś. Zero siły. Ponieważ to wiemy, to nigdy nie uwierzymy, że takie ostre poszczenie sił nie odbiera, przeciwnie, trochę ich dodaje. Owszem, nie chodzi tu o bieg na sto czy czterysta metrów lub walkę bokserską. Ale wysiłek stały, normalny, długotrwały znosi się nawet lepiej niż gdy się je “normalnie”.

Droga z powrotem była na luzie. Włączyłem sobie jakąś książkę na słuchawkach. On męski, komandos, ona przepiękna, uparta. Żywa akcja. Sensacyjny charakter. Wiem, że to wszystko może i bzdury, ale może nie wszystko. Poza tym, nie bądźmy za dokładni.

Po dwudziestym kilometrze poczułem się lepiej, nogi raźniej szły do przodu. W głowie lekkość, uczuć i myśli. – Klawo jest – pomyślałem. I tak na luziku dotarłem w domowe pielesze. Dwadzieścia sześć kilometrów, bez ławki czy przystanku. Jedyne co mnie trochę wkurzało, to jedna pani, waląca o kostkę ścieżki rowerowej swoimi kijami do nordic walking. Nie słychać wiatru, tylko te jej stuk, stuk. Ale… machnąłem wtedy ręką. No bo co? Niech idzie.

Jeszcze o bażancie nie wspomniałem. Zagadał z boku, gdy przechodziłem. Niepewny, zrobiłem kilka kroków w krzaki i tam on. kolorowy jak licho, chłopak, dumny. No to ja, że się przywitamy, pogłaskamy, razem siądziemy i zaczniemy gadać. O dziewczynach, o życiu, kto wie, może nawet o polityce. Ale gdzie tam. Małpa jedna. Jak mnie zobaczył to hyc, hyc i… poleciał w zarośla. – A żeby cię tak – pokręciłem głową niezadowolony i wróciłem na moją ścieżkę.

W domu stwierdziłem, że tylko podbicie jednej stopy coś marudzi i lekko parzy, ale to było przejściowe. Nie wiem co, powoduje tę cholerną lekkość myśli. Jaki składnik lub sposób jedzenia. Albo odwrotnie. Co sprawia, że robię się ciemniejszy, że dostrzegam i zwracam częściej uwagę na to, co negatywne? Może kiedyś poeksperymentuję. Ale to nie jest takie łatwe. Ale to dobrze, że nie jest takie łatwe, bo to zadanie.

Wszystkim życzę właśnie tej słoneczności. Lekkości w braniu życia. Dostrzegania odbić słońca, które przecież są, i tu, i tam. Post, to nie dieta i każde pytanie “czy nie lepiej” jest niewłaściwe, bo post to tylko parę, parenaście, paredziesiąt dni. Czasem – jeden. Więc się skończy. Mój, może nawet dzisiaj. Ale co z tego? Nieźle jest 🙂

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *