Dlaczego na świecie jest tyle zła?

 

Zerkałem w lewo. Obok konfesjonału stała rodzina. Dwoje rodziców i dwa berbecie, gdzieś 3 i 5 lat, chłopaki. Powinienem się skupić na mszy. Za filarem ksiądz bardzo ładnie, mądrze. Miał rację, zło zaczyna się w człowieku. Zaczyna się od pomysłu, od myśli, poczucia, że mam prawo rządzić innym, że inny znaczy mniej niż ja. I w ogóle przestrzeń, ludzie. Ale wzrok uciekał mi w lewo, bo na moich oczach rozgrywało się cudowne przedstawienie.

Berbercie siedzieli w konfesjonale. To znaczy na zewnątrz tej konstrukcji, w przestrzeni między nisko położoną deską klęcznika, a wąskim blatem, na którym penitent, opiera swoje łokcie w trakcie spowiedzi. Czy opiera? Nie wiem. Tak mi wyszło, gdy patrzyłem na tych dwóch chłopaków. Spokojnie się mieścili w tej dużej wnęce masywnego konfesjonału.

Starszy trochę męczył młodszego. Coś tam się nachylał i gadał młodszemu do ucha. Ten odpychał brata i marszczył brwi. Ale starszy nie przestawał. A to nogą, a to znów, jakieś szeptania. W końcu młodszy się obraził i zasmucił, objął rękami, rączkami?, kolana i przyłożył do nich policzek. Ojciec zrobił krok w kierunku dzieci i chwycił młodszego. Podniósł się z synem i wziął go na ręce. Te zaplotły się na jego szyi i dziecko przytuliło się do mężczyzny.

Dalsze elementy mszy. Całkiem dużo ludzi, bo w ławkach się nie mieszczą, dlatego stoimy, ja, ci rodzice z dziećmi, inni. Starszy usiadł bokiem w niskiej wnęce konfesjonału i wyciągnął nogi, zajmując całą wolną przestrzeń. Raz po raz patrzy do góry na rodziców. Ci, gdzieś w przestrzeń. Chłopiec zaczyna się wiercić, potupywać. Rodzice patrzą na niego. Rozchyla usta i pokazuje coś w buzi, jakby ząb mleczny – tak mi się skojarzyło, bo pokazywał, jakby się ruszał. Nic… Chłopiec robi się coraz bardziej energiczny. Młodszy zapleciony na szyi ojca, nie wiem, w jakimś oddaniu, schronieniu, cały jest tym zapleceniem. W końcu starszy zaczyna robić dziwne gesty w stosunku do dorosłych. Krzyżuje swoje przedramiona i potem całkiem się odwraca i chowa głowę. Ponownie. I jeszcze raz. To wszystko wygląda, jakby mówił – Tak? To nie ma między nami więzi. Odrzucam i przerywam relację z wami. Jestem sam.

Po paru minutach ojciec sadza “ukojonego” młodszego obok konfesjonału i pociąga starszego. Ten się początkowo buntuje, ale potem staje przodem do ojca, jakoś się przytulając. Jaja. Jak on tak stoi? Przodem? Ręka ojca przeczesuje włosy syna. Potem… i ten wędruje na chwilę do góry, na ręce. Potem… zestawiony na ziemię leci do brata, głaszcze go, przyjaźnie zagaduje. Młodszy teraz chyba zazdrosny, bo naburmuszony, nie chce wziąć monety, by wrzucić na tacę. Ojciec kuca, mizia go po nosie i policzku. Rozwesela. Młodszy bierze pieniążek, ale ksiądz musi się aż pochylić, bo mały brzdąc ciągle, śmiesznie w sumie, marszczy brwi i odgrywa naburmuszonego. A może jest?

Czasem zadajemy sobie pytanie dlaczego tyle zła jest na świecie. Pytamy się o to, widząc jego zalew, jak w każdym obszarze życia go przybywa, do jakich strasznych owoców prowadzi, jak wszystko upada, rozpada się. Jak śmierć, kłamstwo, wykorzystywanie ludzi, wojna. I czasem stajemy oniemieni. Tak się dalej nie da – pojawia się myśl. Tak dalej nie można. I w sercu człowieka pojawia się uścisk. A potem pesymizm. A potem zło, to znaczy przekonanie, że inni to zło. Że to wszystko “kurwy i błoto”. Te słowa pojawiają się  i przestają być straszne w ludzkim wnętrzu, a może odpowiadają rzeczywistości? Skąd tyle zła?

Tymczasem zagadka zła wydaje się odwrotna. To znaczy pytanie należy zadać na odwrót. Bo to zawsze chodzi o fundamentalny obraz świata. Jean-Jacques Rousseau twierdził, że świat z natury jest dobry. Że zło na ten świat zawitało z błędami ludzi. I to jest pierwszy ogólnie uznawany pogląd, że dobry świat jest skażony przez zło. Zło które się rozrasta, potężnieje, grozi. Drugi pogląd jest taki: że świat jest z natury zły. Z natury, to nie znaczy z pochodzenia, tylko z powszechności istniejących mechanizmów. To zło jest immanentą “naturą” świata. Dobro zaś, jest zaskoczeniem. Nie dającą się złu nigdy do końca usunąć aberracją. Dziwadłem, które nie powinno już nigdy istnieć, a jest. Nie powinno, bo w historii ludzi, a o złu i dobru mówimy w kontekście ludzi, zło wielokrotnie władało światem. I jednak. Wciąż. Ojciec bierze na ręce syna. Patrzy na niego. Troszczy się.

Ale co to jest dobro i co to jest zło? Bo to się łatwo szafuje, takimi słowami. Bo zło właśnie, rzeczywistość i słowa, nieustannie przekręca. Przyjmijmy, że dobro, to wszystko to, co prowadzi do rozwoju, rozkwitu, życia i wzrostu. Ale zło podobnie przecież, prowadzi do rozwoju, rozkwitu, życia i wzrostu! Ale różnica jest jedna. Fundamentalna. I jest to różnica między dobrem a złem. Dobro szuka rozwoju i rozkwitu na równi tego, w którym jest, jak i wszystkich innych wokół. Zło, przeciwnie, szuka wzrostu tylko tego, w którym jest, za cenę podporządkowania, zniszczenia, kontrolowania i wykorzystywania pozostałych.

Dobro jest udziałem w harmonii, w “melodii”, która łączy niezliczoną ilość różnych nut w jedną olśniewającą całość. Zło jest wybiciem się jednych nut nad inne, tak by indywidualnie zakrólować, pochłonąć, wessać do swego wnętrza, całą resztę symfonii życia i istnienia.

Więc miał rację ksiądz, mówiący w czasie kazania, że zło się bierze z żądzy dominacji nad innym, z postrzegania innych jako niższych i nie chodzi tu o naturalne hierarchie w różnych dziedzinach, chodzi o fundamentalne wartościowanie ludzi. Zaczyna się od człowieka, który innych traktuje “z buta”. Kończy się na czołgach i rakietach, które wybuchają ogniem w oczach dzieci i zabierają ich życie.

Ja jestem dobry – pojawia się w przekonaniu człowieka. Inni są źli. Czy aby na pewno? Czy aby na pewno wojna toczy się między dobrymi i złymi ludźmi? A może ona toczy się w każdym człowieku? Zupełnie naprawdę, dosłownie, teraz właśnie, we mnie, w tobie? – Dlaczego nazywasz mnie dobrym? –  pytał Jezus z Nazaretu. – Nikt nie jest dobry, tylko Ojciec w Niebie.

Odrzucamy tą szokującą wypowiedź Pana Jezusa. Bo niepoważna. Bo to tylko taki “humbug”. Przejęzyczenie. Przypowieść, którą należy inaczej rozumieć, to znaczy na nasz sposób, zgodny z tym, co w nas.

Ale w nas trwa wojna. Ścierają się te dwie siły, tendencje, intencje. I rozkwitamy, wierząc w ludzi, widząc jasną przyszłość, współ ciesząc się z innymi. I obumieramy, widząc podłość ludzi, brak przyszłości, to znaczy prawdziwie dającego nadzieję w niej światła.

W filmie Akira Kurosawy “Rashomon“, w finałowej scenie, kłamliwy i zły wieśniak bierze na ręce bezbronne, porzucone dziecko. Decyduje się je wychować. Tak japoński reżyser siedemdziesiąt lat temu, opowiadał rzeczywistość ludzi.

Zanurzona w egoizmie, narcyzmie, wzajemnym konflikcie i zajadłości Polska, pokazuje światu piękną i heroiczną twarz człowieczeństwa właśnie poprzez Polaków. Otwierających się na tych, co uciekają przed wojną.

Dlaczego na świecie jest tyle zła?

Rząd Polski, który przez dwa lata tańczył taniec opętaniec, prowadzący do strasznej, bo zwykle samotnej śmierci dziesiątków tysięcy ludzi, nagle wykazuje się bezprzykładną odwagą i szlachetnej natury rozwagą, broniąc kraju i nas wszystkich przed zbrodnią wojny, a kto wie, może i świata przed wybuchem III wojny, do której parły siły zła, schowane za fałszywymi słowami, ludźmi, fasadami.

Nikt nie jest dobry. Ale też nikt nie jest zły, w tym przynajmniej sensie, że zawsze i wszędzie jest nieusuwalna zupełnie iskra dobra. Ona może być dokładnie zawalona klamotami zła. Ale jest. I tu pojawia się zupełnie zdumiewająca konstatacja, że do tego właśnie dobra można i należy się zwracać. Że przez takie zwracanie się, w nas samych dobro zaczyna jaśnieć. Że dobrze jest modlić się “za nieprzyjaciół”, jak to wskazywał Jezus. Za tych, co czynią źle. Co, w naszym rozumieniu “są źli”.

Nie znaczy to, co promowane niestety przez niektórych duchownych, że nie należy się przeciwstawiać złu. Nie znaczy to, że zło w ludziach, razem z nimi, należy akceptować. Akceptacja zła i człowieka, który je czyni innym jest stanięciem po stronie zła. Nie. ” – Nie przyszedłem na ziemię, przynieść pokój  – mówił Pan Jezus – ale miecz”.

Stąd powołani jesteśmy. Powołani. Powołuje się do wojska, ma się powołanie. Idzie się. Na wojnę. Powołani jesteśmy wszyscy do wzięcia udziału w tym wielkim konflikcie. Między dobrem a złem. Musimy się opowiedzieć. Albo za samo – odczuwaniem, samo – zaspokajaniem, samo – realizacją i samo – szczęściem. Albo za współ – odczuwaniem, współ – zaspokajaniem, współ – realizacją. Możemy być częścią “melodii” dobra albo, za namową zła, próbować całą melodię zdominować, w siebie wchłonąć, być niezależną od wszystkich nutą, dla której inne są mniej warte niż ona sama.

Mówią, że dobro bierze się od kobiet. Że to one właśnie są kolebką ludzkości, każdego z nas. Bo to one mówią do nas, gdy żadnych słów nie rozumiemy. Przenikają nasze jestestwo, gdy żadne treści do nas nie docierają. Napełniają nas tym, co jest w nich, gdy świat, nie ma na nas wpływu. Każda kobieta kształtuje człowieka. W tym najbardziej pierwotnym, fundamentalnym i podstawowym sensie. W sensie zdolności do miłości, współ-odczuwania, współ-radości, współ-istnienia.

Może dlatego przeciw kobietom i tym najsłabszym zwrócona jest najsilniej ofensywa zła. Fala ciemności, która kwestionuje prawo najmniejszego do życia. Kwestionuje je, bo zakłóca “prawa kobiet”. Bo przecież…: – ten szczegół, i tamta szczególna sytuacja – głosi kłamstwo zła. Bo przepalony użyciem i wyżyciem hollywodzki, oskarowy gwiazdor, pomimo wszystkiego, co zrobił, do końca stał bez wątpliwości, po stronie swojej matki, siedemnastoletniej dziewczyny, której mówiono, nie bądź głupia, życie przed tobą, usuń to dziecko. Nie usunęła. Dała mu życie. Na przekór wszystkiemu. Temu odwiecznemu “smokowi” sączącemu jad w duszę ludzi.

I zobaczyłem jeszcze raz tę scenę z kościoła, gdzie przez kilkadziesiąt minut rozgrywała się tragikomedia dwóch brzdąców i ich rodziców. I dopiero teraz zobaczyłem, że matka… ani razu, nie zwróciła się do chłopaków. Żadnego z nich nie przytuliła. Żadnego nie wzięła na ręce. Dlaczego? Może była chora. Trudno powiedzieć. Ale nawet wtedy, mogła. Przygarnąć. Ale nie. Stała. Może jest tak, że dobro, troska, cierpliwość musi przetrwać w mężczyznach? Bo kobiety stały się zbyt wyniosłe. Zbyt zajęte sobą. Swoją godnością i wartością. Może uwierzyły, że wartość jest na stanowisku szefa korporacji, a bycie matką i tą, która “tworzy” dom, to poniżające w istocie lub mniej warte zajęcie? Może uwierzyły w to, że żyje się dla samej siebie lub celem życia jest z niego korzystanie?

Ale to nieprawda. Bo nikt nie jest dobry ani zły. Bo są wspaniałe kobiety. Mądre. Z osiągnięciami w nauce, gospodarce, polityce. Z tymi ważniejszymi osiągnięciami w tworzeniu ludzkości, w pierwotnym dawaniu miłości małym, bezbronnym ludziom, którzy dzięki temu w życiu, będą mogli się pochylić, wziąć dziecko na ręce, pomóc uciekającym przed wojną. Zło i dobro jest w każdym z nas. I nieustannie toczy się wojna, a pokój, to tylko pozór i czas na pracę, żeby gdy zło się pojawi, nie być bezbronnym.

Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Te wielkie słowa z chrześcijańskiej ewangelii są dobrą nowiną w czasie nocy. Wyrażają tę prawdę, że dobro jest nieusuwalne. Że niezależnie od natężenia, potworności i powszechności zła, dobro będzie, będzie istnieć, promieniować na ludzi, bo ono ludzi chce, bo potrzebuje ich rozkwitu, bo nie od nich pochodzi, tylko nie wiadomo skąd. Nie wiemy, część z nas – wierzy. Więc wierzmy w dobro. I módlmy się. Za nieprzyjaciół naszych. Bo tak odwołujemy się do dobra. Które jest w nich i w nas. Stajemy po jego stronie. Stajemy się nieusuwalną częścią najpiękniejszej melodii świata. Życia współistniejącego, współodczuwającego – Miłości. Taki wybór. Takie powołanie. Takie zadanie. W sumie całkiem niezłe.

——————————————————————————-
Zdjęcie na zasadzie cytatu

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *