Esej na weekend o “ja” wybaczaniu i egoizmie w religii

 

Język polski jest genialny pod względem używanych sformułowań i przechowywanych znaczeń, przekraczających to, co świadomie rozumiemy, gdy ich używamy. Religie natomiast są stricte egoistyczne, nastawione na szczęście i sukces jednostki je wyznającej.

– Robię to dla innych, robię to dla Boga – mówi osoba religijna. – Nie, robisz to dla siebie. Robisz to dla innych, bo czujesz się dzięki temu lepiej. To twoja forma realizacji egoizmu – odpowie osoba niereligijna, która sama, wszystko robi dla siebie i jasno widzi ten sam schemat u osoby religijnej, tylko przykryty wytłumaczeniami i racjonalizacjami.

I wypada tu przyznać osobom niereligijnym czy wręcz ateistom, że w sumie mają rację. Że religie są strategiami osobistego szczęścia i sukcesu, tylko formułowanymi nieco inaczej niż bezpośrednio egoistyczne strategie. W obu przypadkach, człowieka altruistycznego oraz człowieka egoistycznego, obie osoby tak naprawdę dążą do SWOJEGO WŁASNEGO dobrobytu i na SWÓJ WŁASNY dobrobyt są nastawione. Różnica leży jedynie w metodzie i skutkach przez tą metodę wywoływanych.

Dość jasno mówi na ten temat chrześcijaństwo operując pojęciem skarbca, który każdy człowiek posiada. Spichlerza, w którym każdy człowiek gromadzi. Dlaczego w ogóle ludzie tworzą spichlerze? Cóż… Tworzą je w jednym celu, mianowicie po to, aby nie tylko TERAZ mieć się DOBRZE, ale by się mieć DOBRZE w PRZYSZŁOŚCI.

O to właśnie chodzi. O strategie odłożonej gratyfikacji. Można poczuć się dobrze zażywając heroinę, ale to nie gwarantuje dobrego samopoczucia i stanu w przyszłości. Życie człowieka jest ciągiem zachowań, działań, doświadczeń i stanów, i człowiek szczególnie wyraźnie, choć zwierzęta też do pewnego stopnia, widzi swoje życie w całości, łącznie z przyszłością. Sukcesem człowieka nie jest sukces jednostkowy. Sukces teraz. Sukcesem człowieka jest jego całe życie, ze szczególnym uwzględnieniem przyszłości. To PRZYSZŁOŚĆ jest rozstrzygająca, a nie “Carpe diem” czyli “Chwytaj dzień”.

Więc życie ludzkie wymaga takich strategii, które złożone z rozciągniętych na całe życie, podejmowanych w różnych kontekstach znaczeniowych, działań, gwarantują przetrwanie, sumarycznie biorąc pozytywnie odbierane życie i ostatecznie sukces w PRZYSZŁOŚCI. I tutaj dla wyboru takich strategii kluczowe jest, co za ową PRZYSZŁOŚĆ człowiek uważa.

Jeśli prawdziwym jest pogląd ateistów i materialistów, że świadomość człowieka jest emanacją lub wytworem procesów biologiczno-fizycznych zachodzących w mózgu, to przyszłość definitywnie kończy się wraz ze śmiercią człowieka. Potem nie ma ani bólu, ani przyjemności, ani strachu, ani odwagi, ani przerażenia i cierpienia, ani ekstazy i wolności. Potem po prostu – NIE MA i już. Stąd strategie życia materialistów nie mogą brać pod uwagę PRZYSZŁOŚCI w znaczeniu istnienia świadomości w jakiejkolwiek formie PO śmierci.

Z drugiej strony osoba, która uważa, że materializm nie wyjaśnia zagadnienia świadomości, i nie chodzi tu wyłącznie o chrześcijan, ale także o inne religie. Osoba, która uważa, że istnieje jakaś forma istnienia, która jest uprzednia w stosunku do materii i energii. Taka osoba będzie miała inną strategię życia, inne zasady, osiągania celu rozumianego jako powodzenie w PRZYSZŁOŚCI.

Ale czy altruizm, empatia, miłość rozumiana właśnie jako współodczuwanie i praktyczna solidarność z innymi ludźmi, to wyłącznie strategie osobistego sukcesu z perspektywy pozamaterialnego postrzegania rzeczywistości i świadomości?

Sami wiemy, że… NIE. Że są, były osoby absolutnie w nic nie wierzące, przekonane o tym, że śmierć kończy wszystko, a jednocześnie wykazujące piękne postawy altruistyczne, nacechowane empatią, można powiedzieć miłością do ludzi. Czy taka postawa jest wówczas nadal realizacją strategii sukcesu osobistego?

Wypada odpowiedzieć, że TAK. I może to następować na dwóch drogach, na dwa sposoby. Po pierwsze, człowiek nie żyje sam. Zawsze żyje z innymi, więc jest od innych zależny. Sukces człowieka, zależy więc zarówno od relacji z innymi, jak i od sukcesu owych innych, bowiem gdy grupa, społeczność, której członkiem jest człowiek, zamiast sukcesu zacznie ponosić porażki, to inne grupy skalę tych porażek zwiększą i ostatecznie byt tego człowieka zostanie zagrożony. Więc zdrowie, siła, sukces grupy leży w interesie pojedynczego jej członka. Stąd strategie altruistyczne wzmacniające innych, po pierwsze podnoszą siłę grupy, po drugie wracają w postaci podobnych strategii i powodowanych nimi zachowań do człowieka, wzmacniając jego samego.

Drugi sposób lub powód altruistycznych zachowań u ateisty, materialisty wynika z pozaświadomego odczucia zjawisk opisanych w poprzednim akapicie. To znaczy, że materialista CZUJE, że robi dobrze, będąc rzetelnym, solidarnym, uczciwym, empatycznym człowiekiem nacechowanym dobrą wolą wobec innych. On to czuje, to znaczy wie “nie wiedząc”, że takie zachowania prowadzą do jego osobistego sukcesu rozumianego jako sukces nie pojedynczego dnia czy zdarzenia, ale jako sukces całego życia w jego całej rozciągłości.

Dwa znaczenia słowa “egoista”

Tak więc ZARZUT jaki czynią ateiści wierzącym, że wy to tak naprawdę robicie dla siebie, więc jesteście – znów, tak naprawdę – egoistami jest niesłuszny. Każdy jest egoistą, w tym sensie, że dąży do własnego dobra i szczęścia. Przeciwieństwem tak rozumianego egoizmu, jest nihilizm bądź zło, a więc dążenie do niszczenia – przerwania istnienia, lub dążenie do krzywdy – powodowania bólu i cierpienia.

Ale słowo egoista ma w języku i rozumieniu ludzi inne znaczenie, bardziej konkretne, niż osoba nastawiona na swój sukces i szczęście. Znaczenie to w realnym życiu określa osobę nastawioną na jej dobro Z POMINIĘCIEM DOBRA innych lub nawet ZA CENĘ dobra innych. I to właśnie jest faktyczna różnica między egoistą a nieegoistą, stosunek do dobra innych, a nie nastawienie na własny dobrobyt. Stąd egoiści są dla innych niebezpieczni. Mogą istnieć wyłącznie w roli pasożytów. Narośli. Nie będzie istnieć i nie przetrwa społeczeństwo złożone wyłącznie z egoistów. Tutaj leży całe mrożące krew w żyłach – jeśli spojrzeć na efekty – kłamstwo “wolnego rynku” w wersji patoliberalnej, a zatem przekonanie, że jeśli każdy będzie egoistycznie – tu w znaczeniu pomijania dobra innych – dążył wyłącznie do własnej korzyści, to wszyscy odniosą korzyści z takiego stanu rzeczy. Nie. Nie odniosą. A głupie przytaczanie sukcesu “kapitalizmu”, w tym w Stanach Zjednoczonych, nie bierze pod uwagę szeregu czynników, w tym przede wszystkim tego, że w owym okresie kardynalną rolę modyfikującą jeszcze postawy i zachowania odgrywała moralność i etyka, i wiara chrześcijańska. Dopiero egoizm w rozumieniu dążenia do sukcesu własnego w POŁĄCZCENIU ze zbiorem zasad i wartości odzwierciedlających zasady wspólnotowe, a co więcej metafizyczne, daje konstrukcję społeczną o wysokiej efektywności, zapewniającej sukces wszystkim

Wybaczanie

Jedną więc ze strategi, o dziwo, egoistycznych jest – WYBACZANIE. Tak. Nie wybaczamy innym, ze względu na nich. Nie wybaczamy innym ze względu na zasady i wartości. Wybaczamy innym, ze względu na siebie, na swój dobrostan, na swoją pomyślność.

Absolutnie genialnie ilustruje to język polski sformułowaniem “chować urazę” do kogoś. Czy chowasz urazę, za to ci zrobił? Tak oczywiście. Żeby go cholera wzięła, żeby go szlak trafił, żeby zapłacił za swoje czyny. Cóż… jeśli chowasz urazę, to co właściwie robisz? Otóż… utrzymujesz, podtrzymujesz, stwarzasz i odtwarzasz w sobie – ranę, ból, uraz.

To tak jakby ktoś ci złamał nogę, przebił nożem rękę czy brzuch i teraz ty niesiesz ten uraz, tę ranę przez dni i godziny twojego życia. Podtrzymujesz ją, żeby nie zniknęła, nie przepadła. Trzymasz w środku siebie owo uszkodzenie, które stale emanuje bólem, które stale przynosi ci cierpienie. Nie wybaczając, myślisz, że krzywdzisz lub jakoś odpłacasz drugiemu. Gdy tymczasem prawda jest odwrotna. Krzywdzisz i urażasz samego siebie, z chęci zadania bólu i odpłacenia twojemu krzywdzicielowi. To nie jest dobra strategia. Dlatego należy wybaczać. Należy wybaczać ze względu na egoistyczne podejście do samego siebie.

Niestety na postawę wybaczania nałożyła się znów błędna interpretacja głupców i złych ludzi, iż polega ono na darowaniu wszelkich kar lub zamiaru ukarania, lub odmowy wzajemnej relacji itd. Nic podobnego. Ci, co tak mówią, że wybaczyć, znaczy przywrócić stan spraw sprzed wyrządzenia zła, przez krzywdziciela, są w błędzie. Zło musimy karać, a dobro musimy nagradzać, jeśli chcemy, żeby dobro między nami i wokół nas rozkwitało, a zło zanikało. Jeśli nie będzie tu z naszej strony żelaznej konsekwencji i jej miejsce zajmie “gruba kreska idioty”, to skutkiem będzie plenienie się zła.

Martwić się

Drugim fantastycznym przykładem geniuszu polskiego języka jest formułowanie dotyczące negatywnych odczuć na temat przyszłości, a czasem i przeszłości. Otóż w języku polskim mówimy “martwić się”. Martwić się tym, tamtym. Martwić się, że… Popularnie odbieramy to stwierdzenie, jako sygnalizację złego samopoczucia w związku z projekcją dotyczącą możliwych stanów otoczenia, rzeczywistości, biegu zdarzeń. W istocie, słowami mówimy tę wielką i ważną rzecz – czynimy samych siebie MARTWYMI.

Życie w swoim rozwoju związane jest z pozytywnymi odczuciami na temat przyszłości. Jak antylopa i tak pewnie ucieknie, to lew jej nie będzie gonił, albo będzie gonił byle jak. Nie upoluje i w końcu naprawdę umrze z głodu. Jak przyszłość postrzegamy negatywnie, jak się “martwimy”, to organizm pluje kortyzolem po tkankach i organach wewnętrznych, siada oszołomiony na tyłku układ odpornościowy, krew odpływa z miejsca myślenia i kombinacji, procesy trawienia i przetwarzania energii zwalniają, więcej dostają mięśnie, ale to tylko w krótkim przypadku oddziaływania kortyzolu, gdy jest emitowany na widok właśnie lwa, przed którym trzeba spie…..  ile sił w nogach lub walczyć do ostatniej jego kropli krwi.

Więc “chować urazy” oraz “martwić się”, to piękne przejawy mądrości kultury i polskiego języka, które powinny nam zwracać uwagę na to, jak dbać o siebie. Bo przecież wszyscy tego chcemy. Czego? Słońca. Ciepła. Radości. Wspólnoty. Śmiechu. Zdrowia. Dobra. Bycia razem. I… nade wszystko życia. Teraz i potem.

“Ja”

Ale owo potem, jak wcześniej się napisało, zależy od perspektywy. Zależy też od perspektywy postrzegania samego siebie. Wielkie religie przekazują tę sugestię  i intuicję, że nie jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy. Że “ja”, to, co odczuwamy jako “ja”, co widzimy jako “ja”, co znamy jako “ja”, to nie jesteśmy – my. Że my, to coś daleko więcej niż “ja”. Że “ja” to tylko forma istnienia nas. Forma jak garnitur, jak ubranie. Że nie należy mylić garnituru z człowiekiem.

Dobitnie wyraża to buddyzm, głosząc, że “ja” to po prostu złudzenie, projekcja. Dlatego zaleca wyjście poza to złudzenie. Nirwana nie jest nicością, choć nie jest niczym, o czym dałoby się pomyśleć.

Podobnie mówi chrześcijaństwo słowami Pana Jezusa. “Kto chce zachować swoje życie – straci je”. Więc siebie, “ja”, zachować nie możemy. Takie usiłowanie jest skazane na porażkę. Co więcej – “Kto chce iść za mną niech się zaprze”. Nie się zaprze czego? “Niech się zaprze samego siebie”.  Chrześcijaństwo podobnie jak buddyzm przekazuje prawdę o nietrwałości “ja”. W miejsce anihilacji “ja” proponuje miłość, a więc całkowite związanie się z kimś drugim, z drugą osobą, z drugą stroną. W przypadku chrześcijaństwa chodzi o całkowite związanie się z Bogiem, ale to nie znaczy, ze starszym mężczyzną, który fruwa nad nami z kodeksem przepisów, w oparciu o który będzie nas sądził, posyłając do szczęścia lub skazują na wieczne cierpienie. Chodzi o całkowite związanie się z Bogiem, to znaczy niewyrażalnym, słowami i myślami, źródłem życia, samego istnienia, źródłem istnienia nas samych, którego intencją jest to – abyśmy byli, abyśmy byli w najlepszy dla nas sposób. Abyśmy istnieli.

Tak więc niematerialiści uważają, że istnieje inna sfera, inny rodzaj istnienia. Ta sfera, która w naszym już fizycznie doświadczalnym życia też się przejawia i z nim “interferuje”. To z niej pochodzą natchnienia artystów, odczucia piękna u ludzi, dążenie do prawdy, zachwyt, genialne i przełomowe wynalazki. Wiersze i symfonie. A może to tylko projekcje i nirwana nie istnieje, a św. Paweł nie opisywał rzeczywistości w swoim liście “Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty – czy w ciele – nie wiem, czy poza ciałem – też nie wiem, Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że ten człowiek – czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, , Bóg to wie – został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać.”

Jakie to wszystko ma praktyczne znaczenie dla nas, dzisiaj, teraz? Pewnie takie, żeby się “nie martwić”, bo nasz język nas informuje, że to działanie nihilistyczne i głupie. Że dla własnego, egoistycznego w rozumieniu troski o swoje istnienie i swój dobrobyt, dobra, nie powinniśmy “chować urazy”. Że troska o siebie jest naturalna i dobra, ale nasze dobro nie kończy się dzisiaj, za chwilę, tylko chcemy go dla całego naszego życia, a to znaczy także dla innych, bo dobrze będzie nam, gdy innym nie będzie źle. I tak te proste, przechowywane czasem w języku wskazówki, mogą się jakoś łączyć z wielkimi intuicjami na temat rzeczywistości i pomagać nam w wyborach takich działań, które przyniosą nam sukces, szczęście, dobro. Nam. I nie tylko nam. Bo życie chce trwać, tworzyć i się rozwijać. Bo coś owo “życie” do tego popycha, napędza, prowadzi. Zatem nie martwmy się, nie chowajmy urazy. Bądźmy dobrzy dla innych. No i… piękne to wszystko!

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *