3 obrazki, Nowa nadzieja i Boże Narodzenie

Udostępnij dalej

3 obrazki, Nowa nadzieja i Boże Narodzenie

 1. Kino

Kino nazywało się „Kosmos” i takie było. Największe w mieście, trzydzieści parę rzędów po trzydzieści parę miejsc, ostro spadających w dół przed wielkim ekranem. Taka niemal świątynia, czegoś innego. Byłem chłopcem. Wieczór. Budynek kina z futurystycznym dachem i kształtem. Potem śmigały świetlne miecze, ryczał Chewbacca, młody Skywalker albo Yoda podnosił siłą woli statek, Luke walczył z najgroźniejszym przeciwnikiem, który miał jego twarz.

Potem znów ulice w wypływającym z kina tłumie i życie, to samo, w sumie trochę szare, bo to był komunizm, socjalizm, jak zwał tak zwał ten upiorny ustrój. A jednak, chodziło się w nim do kina. I filmy wtedy, były inne, bo rozrywka nie była wyprana, jak teraz, z człowieczeństwa, z odniesień do wielkich marzeń, prawd ludzkości. Do wielkich motywów, które wywierały wpływ na życie ludzi. Ten film miał podtytuł „Nowa nadzieja”.

2. „Dobra energia”

– Heej! – zabrzmiało ze sceny. Byłem z całą rodziną, ale na chwilę „artystka” skupiła na sobie całą moją uwagę. Sprawnie się poruszała, stadion się jej przyglądał, światła błyszczały i błyskały. –  Chcecie więcej dobrej energii?! – zawołała rozentuzjazmowana. Jakiej energii? – pomyślałem wtedy.  – No to jedziemy – zawołała i zaczęła śpiewać. Dobrze śpiewała, była znacznie lepsza na żywo niż w telewizji. Fajnie się ją oglądało, ale z tyłu głowy, miałem ciągle to małe szyderstwo, na temat „dobrej energii” rozdysponowywanej przez „artystkę”.

Potem w życiu doszedłem do wniosku, że zła energia jednak istnieje. Są, czasem w bliższym otoczeniu, ludzie, którzy po prostu, w jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób, emanują złą energią. Każdym swoim gestem, każdym słowem, wieloletnimi strategiami postępowania, tworzą, inicjują, wzmagają negatywizm. To, co złe. To, co dołuje innych. To, co sprawia, że ludzie więdną, zamiast rozkwitać, że ich twarz szarzeje i smutnieje, zamiast rozjaśniać się uśmiechem.

Jakby istniał. Gdzieś, sam nie wiem gdzie. Ocean czerni. Wlewający się najpierw w ludzi, przesączający się przez ich umysły, żyły, ubrania, oczy i wlewający się poprzez nie w rzeczywistość, w rzeczywistość ludzi. Więc, pomyślałem, może i ta „dobra energia” istnieje. Bo są ludzie, z którymi po prostu czujemy się dobrze. Czasem czujemy to w mgnieniu oka. Czasem wolniej. Jakby rzeczywiście biła od nich „dobra energia”. Jakby „wibrowali” nią.

3. Narodziny

To wie każdy. Każdy kto miał, ma własne dziecko. Wie, że nie istnieje w polu ludzkiego doświadczenia nic bardziej czystego, nic bardziej pięknego, nic bardziej dotykającego najgłębszej istoty człowieka, jak miłość dziecka. Dziecko przynosi na świat ze sobą to właśnie. Tą możliwość wejrzenia w miłość poprzez jego oczy, poprzez jego istnienie, jeszcze nieświadome samego siebie. Doświadczenie objęcia małych rąk, przylgnięcia, razem, wychodzi daleko poza zakres możliwy do opisania językiem.

Teraz. Czas… nie jest dobry. Ostatnio napadła na mnie kobieta, która po chodniku z prawej na lewą, tak że mało nie zepchnęła mnie w krzaki. Mężczyzna w sklepie wykazał się agresją, bo nie podążyłem do kasy, gdy on tego chciał. Skala napięcia w ludziach, jakiejś niedobrej „wibracji”, którą prościej nazwać stresem, zdaje się przekraczać punkt zapalny. Zło, ten ocean czerni, zaczyna ściemniać rzeczywistość, ściemniać ludzi, ściemniać przyszłość. Wcale nie na żarty. Bezmiar tragedii i indywidualnej rozpaczy, choć nie wyświetlany na ekranach, potęguje zza kurtyny tę brunatną falę negatywizmu.

„Odnowiciele” chrześcijaństwa chcą powrotu, powrotu do pierwszych chrześcijan, wtedy dopiero będzie dobrze. Medialni kaznodzieje, portalowi zakonnicy i aktywiści, nie mogą się doczekać, by anulować wszystko to, co było potem. Ale to dopiero później, chrześcijanie zaczęli obchodzić Boże Narodzenie. Z czasem, może trochę z musu, stało się one tak mocno obudowane obrzędowością, że trochę ona przysłoniła jego sens i treść.

A to jest wielki obraz i wielka treść. Oto bowiem świętujemy Boga, nie w obrazie ostatecznego zwycięstwa na krzyżu, świętujemy Go zupełnie inaczej. I dobrze, bo to właśnie jest nam potrzebne. Bo to też oddaje i uzupełnia prawdę o wymiarze naszego życia i istnienia. Świętujemy Go w narodzinach dziecka. Świętujemy jego przyjście na świat, przerwanie bariery pomiędzy oceanem światła, skąd przychodził, a ludzką, naszą rzeczywistością. Świętujemy to, że nieznana nam Miłość, się zmaterializowała, stała się w naszym, tu i teraz świecie. Przyszła do nas.

Tak, to trochę prawda. Jezus nie przyszedł do bogatych i zadowolonych. Te zarzuty wobec chrześcijaństwa, że jest religią ludzi słabych i z dolnych warstw społeczeństwa, zawierają ziarno prawdy. Bo „Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie”. Jezus identyfikował się ze słabymi i poniżonymi. Z cierpiącymi i odrzuconymi. Przestrzegał, przed pokładaniem zaufania we własną „szczęśliwą kartę”. Bo… też prawda jest taka, że większość z nas, niesie na sobie, jakiś „krzyż”. Jedni większy, drudzy mniejszy.

Więc w rzeczywistości owego cierpienia lub dyskomfortu, która niemal każdego z nas dotyka. W rzeczywistości, można już powiedzieć, tsunami ciemnego zła, które zalewa teraźniejszość osobistą i tą ogólną. W obliczu wsączającej się poprzez ludzi czerni, która kaleczy widnokrąg przyszłości i ludzki byt. Przypominamy sobie o dziecku. Dziecku „stamtąd”, które narodziło się na Ziemi. Które przynosi ze sobą, wszystko, właśnie „stamtąd”, z bezmiaru światła „A światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”.

I staje się Bóg, w osobie dziecka, tą naszą Nową Nadzieją, może nawet jedyną Nadzieją. Nadzieją, której braknie czasem nawet wielkim, której braknie tysiącom Polaków rocznie, którzy wybierają sznur, gaz, dowolną inną drogę, by wyjść z życia zalanego czernią i rozpaczą. Której braknie tym, co się sprzedali, popadli w zgorzknienie i cynizm, w negatywizm albo w nacechowane rezygnacją trwanie lub autodestrukcję. Nowa nadzieja może się narodzić w nas, niezależnie od wszystkiego, co wokół, niezależnie od wszystkich naszych skaz, porażek i ciemności.

„Bóg się rodzi, moc truchleje”. On jest. Poza wszystkim, a jednocześnie z nami. Na wyciągnięcie ręki, na gest serca, na decyzję by w Nim, miast siebie, miast bliźnich, miast świata, złożyć swoją nadzieję. Bo jest miłością. Która nas od zawsze pragnęła. Która jest z nami, z nami się cieszy, z nami cierpi. Która na nas czeka. Niech się święci, już wkrótce… Boże Narodzenie.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.