Nocny spacer

Udostępnij dalej

 

Wiemy? Wiemy dlaczego robimy to lub co innego? Czy to zawsze, czy często, to efekt naszych świadomych decyzji?

Wyszedłem, bo było słońce. Może nie do końca dlatego. Gdyby słońca nie było, to bym jednak nie wyszedł. Kolega. Rozmowa. Potem te zakupy. Drobne przecież. Słońce niżej, ale to tylko ładniej, piękniej, soczyściej dla oczu. Więc się jakoś kołysałem krokami, w odbiciach światła w rzece, w horyzoncie sycącym się różami i czerwienią, w przestrzeni dookoła mnie. Wcale nie sądząc i nie zastanawiając się.

Może to łakomstwo? Jakieś pragnienie, żeby się zapomnieć, w pięknie. Żeby więcej i więcej, żeby było tylko to, co olśniewa tak, że nic prócz lśnienia tego nie zostaje.

Wiatr? Był prosto w twarz. Przyścieżkowe rzeźby tym razem nie istniały. Nawet nie sprawdziłem, czy ta niedawno spalona już jest. Po lewej daleko jasny krzyż ustawiony na kościele, światła miasta, most i pytanie, czy iść dalej. W końcu… chyba można. Ładne wszystko, w takich ostatnich promieniach dnia. Żółto-złotych. Ale to grudzień. Noc. Jest szybka, wczesna, więc te dogasające światła na niebie, bardzo prędko gdzieś uleciały i zrobiło się cicho, bo minąłem miasto. Rzeka? Milczała. Czerń. Gęstniała. Stadion po drugiej stronie mocno nieobecny. Tylko napis u szczytu podświetlony. Na boiskach treningowych jakiś krzyk, światło stamtąd, ze sto metrów dalej, aż na ścieżkę padało. Kłuło w oczu, jak popatrzeć. Potem już nic. Ciemność. Każdy krok bardziej gęsty. Miasto jak ocean w czasie odpływu, jakoś się oddalało. Kontury drzew ciemniejsze niż niebo, na którym… rozsypane gwiazdy. Dokładne. Jasne punkty po nim się przesuwające.

Więc zadzierałem tę głowę i zadzierałem. Bo tu, gdy miasto znika, to się pojawia. Co? Wszystko.

I w końcu pustka. Ciemność. Jeszcze w łeb zarwę. W tej gęstej, czarnej zupie, żadnego światła. I tak kilometr. Dalej. Pusto. Serio. W końcu, mały nie jestem. Słaby bardzo też nie – kombinuję. Po kiego komuś ryzyko napadania na taki niepewny łup. Czy pamiętam jeszcze, to znaczy moje ciało, dawne treningi? Może trochę. W rzeczywistości wszystko wychodzi inaczej.

Jakoś w tą ciemność się zapadałem, idąc. Kim jestem? – pytałem sam siebie. Kim jest to, co się przemieszcza, przez gęstniejący wciąż mrok, nicość, pustkę, noc? Tyle lat. Tyle lat. Jakże dziwnych. Pełnych pasji. Pełnych bólu. Znaczonych chwilami, co się skrzą, jak słońce w drogim kamieniu. Kim jest – wracało do mnie – to wędrowanie? To widzenie, gwiazd? Dalekich okien koloru złotego. To czucie wiatru? Czy ja jestem czuciem? Czy może coś czuje przeze mnie? Ale co? Może Życie? Może Życie żyje przeze mnie. Ogląda przeze mnie. Doświadcza przeze mnie. Ale kim jestem wtedy ja?

Z naprzeciwka światło. Światło, to mało powiedziane. To jakiś nóż. Miecz. Przeszywa oczy. Oślepia. Niby tylko rower. Takie teraz robią, te reflektory. Przez chwilę potem kompletne bezwidzenie i znów. Jaśniejszy zarys nawierzchni ścieżki rowerowej, czarne połacie żywopłotu i drzew. Niebo błyszczące gwiazdami. Gdy mnie nie będzie… Tylu ludzi już nie ma. Znałem ich. Ich losy, życie, znaczone czasem bólem, i krzywdą. Więc gdy mnie już nie będzie, one ciągle tam. Więc czym jestem? Jak cholernie krótko – jestem? Tu. Patrzeniem w ciemne niebo. Krokami. Znów do przodu. Tym razem pod katedrą drzew. Tak ją zawsze nazywałem. To znaczy… w lecie. Gdy gałęzie i konary pełne zieleni, splatając się z obu stron nad przejściem, tworzyły właśnie łuki, niczym w wielkiej, naturalnej katedrze. Dziś, nagie, pojedyncze, nad głową. Straszne niemal. Albo nie – smutne. Porzucone jakieś. Jakby się zapomniały, ubrać albo schować. I tak tkwią tam w górze, by budzić zdziwienie – po co?

Właściwie to ta droga mnie kołysała. Chyba wszystkim. Lęk o napaść jakoś mijał. Jeszcze jeden rowerzysta, tym razem zza pleców, więc mnie nie oślepił i znów… Ile to właściwie kilometrów będzie nad to jezioro? Z domu mam około trzynaście. Idę w sumie szybko. Kołyszę się od tych kroków, myśląc, że kołysze mnie droga. A może mam trochę racji? Może my i wszystko, co nas otacza, czego doświadczamy, z czym wchodzimy w dowolną interakcję, to jakaś jedność, całość, nieodłączna zupełnie? Wtedy i my – bylibyśmy potrzebni. Choćby tej nocy rozgwieżdżonej, żeby ją zobaczyć, widzieć, dostrzegać. Rozglądam się. Przeczesuję niebo wzrokiem. Nie ma. Nie ma pyzatej, bezczelnej twarzy księżyca. Więc ciemno. A jak ciemno to i jakoś szerzej. Przestrzenniej. Bo trudno wzrokiem złapać granice. Przedmioty. Ukonkretnić rzeczywistość. Poskładać ją w myślne figury. Posiadać, wewnątrz siebie. Może w takich chwilach, inaczej niż w życiu, przestajemy właśnie posiadać to, co wokół. Może stajemy się posiadani? Przez świat. Przez wszechświat. Zamiast być jego centrum, stajemy się… Może się nie stajemy? Bo właściwie… gdzie jest pokój? Pokój serca – tak go nazywają. Pokój duszy?

Więc gdy już nikogo. I noc dookoła. I czasu nie ma. Tylko kroki albo płynięcie, przez czas i przestrzeń, to można odczuć, że pokój jest poza. Poza nami i ponad nami. To znaczy poza tym, co myśli i wie, i ponad tym. A jednocześnie nie przestajemy być. Nie będąc tym, co myśli i wie. I wtedy pokój zaczyna się rozprzestrzeniać, zaczyna żyć. I próbujemy go ująć, ogarnąć, wypowiedzieć, ale wtedy go nie ma. Więc znów ten rytm kroków. Jeden, dwa, jeden… I wtedy…

Ławki, jak to płeć żeńska zapraszały, by usiąść. A pewnie. Odpocząć. Ale nie. Nie teraz. Potem. Kiedyś. Gdy człowieka coś pali, nie należy odpoczywać. Trzeba iść, bo tam… ono. Bliżej z każdym krokiem. A jak wrócić? Daleko będzie. Może w bok. Może ku osiedlu, które za rzeką i drzewami. Tam autobus. Jasne wnętrze. Maska na twarzy. Dojechać na miejsce. Szybciej i bez kłopotu. Cywilizowanie.

Drzewo z prawej strony poznałem. Zawsze je poznaję. To mirabelka. Teraz będąca plątaniną czerni. Więc już niedaleko. Woda mineralna w plecaku zmarzła, więc łyk trzymałem trochę w ustach. Zimna jak cholera. W końcu przełknąłem, bo ileż można tak trzymać? Podniosłem oczy. Ten charakterystyczny zygzak z gwiazd nade mną. Nie znam nazwy. Ale kształt jego znam. Miałem parę lat, jak jeździliśmy na wieś. Tam jeszcze czarniejsze niebo. Jeszcze bliższe gwiazdy. I ten zygzak, jak wóz, duży czy mały moje oczy zawsze wyławiały z kosmosu nade mną. Wiatr wiał od przodu, to jak zrobiłem wydech, to zaparowały mi okulary. Spuściłem głowę. Jeszcze łagodny skręt w lewo. Przejście pod wiaduktem.

Woda z jeziora wypływa przez grodzie tamy. Spada z wysokości jakichś dwóch metrów do rzeki, robiąc spory szum. Lubię ten szum. Może lubią go ryby albo glony. Albo to, co żyje w rzece. Teraz już tylko schody. Jedne, drugie. W końcu jestem.

Jezioro jest czarne. Jak smoła. To, co blisko widoczne, bo przy grodziach są latarnie. Dalej wzrok się gubi, niknie. Taka nicość i otchłań. Bezdenna. Kto wie. Może i wieczność. I nieskończoność. Bo jak coś nie jest konkretne, a jednak jest. To nie jest ujęte. To ujmować to można na nieskończoną ilość sposobów. Więc stoję i patrzę, a wiatr dmie mi prosto w twarz. Tłucze falami o betonem wyścielony brzeg. I tak patrzymy na siebie. Ja i ciemność. Poprzylepiali jej etykiety. Że zła. Że się czai w niej. Że groźna. Inaczej ją widzę. Inaczej ją czuję. Może jest opiekuńcza? Może osłania? Może jest ciepła? Może musi istnieć, żeby z niej, u progu dnia, wszystko się mogło wynurzyć? Może TŁO, jest nie mniej ważne od tego, co na pierwszym planie? Może to, co słabe, usłużne, cofnięte i mniejsze, nie jest wcale mniejsze od tego, co na tronie, na ekranie, na stanowisku, co głośne i rozpychające się? Może taka rola nocy, która jak suknia matki z wiersza Gałczyńskiego?

Odwróciłem się i schodzę. Tym razem wiatr w plecy, więc od razu ciszej. I plecak mam, więc cieplej. I znów bratam się. Z nocą, osamotnieniem, pustką. Ale to nie jest wcale. Osamotnienie polegające na samotności. To osamotnienie polegające na obecności, której na co dzień nie sposób zobaczyć ani doświadczyć. Kształty drzew, wyrysowane czarną kreską na tle nieba, przywodzą mi na myśl eukaliptusy, które widziałem w Hiszpanii. W ogóle próbuję coś podśpiewywać. Nieśmiało oczywiście. Bo… naturalnie. Bo nie chcę na nikim robić wrażenia. Niczego ogłaszać. Z niczym się narzucać. Chcę tylko… żeby chwilę pobyła, ta piosenka.

Potem już cisza. I ciepło. I znów. Tylko noc.

Czasem człowiek chciałby od nowa. Żeby wszystko zapomnieć, zostawić. Może to nie jest złe wcale pragnienie. Może ładowanie w świadomość, w pamięć, w posiadanie, wszystkiego, co dobre i wszystkiego, co złe, w końcu nas przytłacza. Przytłacza w tym sensie, że przeszkadza. Odczuwać. Dostrzegać. Być w… W tym, co jest.

Nogi jakby zaczynały zwracać uwagę, że za szybko szedłem. Krok mam mniej pewny. Ławki znów się uśmiechają swoim ciemnym uśmiechem. Ale to nie ich wina tylko braku latarni albo choćby księżyca. Przystaję i analizuję. Kilkaset metrów w bok i znajdę przystanek. E… idę dalej. Nie jest źle. Nie przystaję i nie siadam. Ta dieta w sumie mi służy.

Myśli znów cichną. Noc mnie otula. Dalekie wieżowce po prostu są. Migające światła samolotu. W nocy wszystko się spłaszcza. Jakby geometria miała inny kształt niż normalnie. Robię dwa podejścia, które za dnia są podejściami. Tutaj, w tej ciemności żadnych podejść nie ma. Po prostu idzie się. Dodatkowo, widzę znów stadion. Ale zupełnie nie na mojej drodze. Jakbym go miał minąć z przeciwnej niż powinienem strony. Ale droga wygina się w nocy i jednak mijam go, jak powinienem. I znów to pytanie – kim jestem. Może niepotrzebne. Może ta próba, ten wysiłek, uchwycenia odpowiedzi sam w sobie przeszkadza. W byciu właśnie. W byciu sobą. Takim jakim się jest. Bez określeń. Definicji. Wzorów społecznych i intelektualnych.

Światła miasta są ciepłe. Samochody pracowite. Sygnalizacja na skrzyżowaniach kolorowa. Krzyż, na kościele który mijałem, idąc w przeciwną stronę, teraz jakby cały z tego światła. Albo go podświetlają albo… Czy on kogoś obchodzi? Strasznie dużo z nim nieporozumień związanych. Strasznie dużo nadziei. Strasznie dużo nauk.

Rzeka, ledwie widoczna, odbija trochę światła miasta. Jeszcze dwóch rowerzystów. Jakiś biegacz, co w butach ma diody czerwone. Z daleka idiotycznie to wygląda. Ciągle idę i ponieważ zwolniłem, to idzie mi się równo, dobrze, spokojnie. Już głęboka noc. Grudniowa. Ostatnie podejście do osiedla. Parę kroków. Dom. Czy ten spacer mnie czegoś nauczył? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Czasem taka wiedza jest tylko obciążeniem. Myślę, że czasem… wystarczy być. I może na tym polega Życie…

 

 

 

 


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.