Życie i świat „Androidów” – czy jesteśmy robotami?

Udostępnij dalej

Życie

 

Jestem zboczony. Najnormalniej. Najoczywiściej. W sposób rzucający się w oczy. Do takiego wniosku doszedłem, oglądając po raz czwarty ten sam film „Łowcę Androidów” z 1982 roku. Normalni ludzie tego nie robią. Oglądają to, co mają podane. Kluczowy wymóg – coś „nowego”. Tylko… czy to aby jest nowe…?

Początek wgniata w fotel, potem jest lepiej i głębiej, a scena pierwszego spotkania z Rachel przejdzie do historii kina na zawsze. W drugiej części „Blade Runner 2048”  próbowano replikować scenerię, ale jest ona nie do powtórzenia. To zachodzące słońce, to światło rozpływające się ostro-mglistymi strugami przez przestrzeń. Ona, maksymalnie uporządkowana, on, uporządkowany luzacko, sceptycznie, sowa, beże i pomarańcze, pytania, oczy, które mówią o człowieku.

Wcześniej wyszedłem na spacer. Po świątecznych posiedzeniach, życzeniach, spotkaniach i konsumpcji, organizm, czy to, co nim jest, zdecydował, że idzie na spacer. Nic takiego. Parę kilometrów. Pochmurno. Ludzie. W maskach i bez maski, co rzadziej. Na niebie, na polach nad rzeką wrony. Dziesiątki, setki – to w powietrzu – wron. Wielka chmura czarnych kształtów przelatuje nade mną. Zadzieram głowę. Duże i małe. Poruszają skrzydłami.

Na końcu były dwie, a może dwa, nie rozróżniam płci. Stado już przeleciało, a te dwa niedobitki „pedałowały” goniąc peleton. Stado skręca, one też. Ludzie? Pojedynczo i grupami. Tłoku nie ma, raczej z rzadka, ale się spotyka. Dwupoziomowy most przez rzekę. Można górą, można dołem. Pani pali papierosa. Ma obcisłe spodnie i minioną dawno już urodę. Ja się duszę, przyspieszam, co mam wdychać ten syf.

W drodze powrotnej zapalają się lampy. I znów pomarańcze budzę moje cieplejsze skojarzenia. Te kolory, ze spotkania Rachel. Więc może, tylko może… jesteśmy wszyscy androidami. No bo co, jeśli androidy mogłyby się rozmnażać, replikować? Gdyby dać im tę niezwykłą możliwość, ten niezwykły mechanizm, umożliwiający tworzenie następnego organizmu, unikalnego, niepodobnego, z procedurą losowania jego przyszłego kształtu i postaci?

Gdy ogląda się wizualizacje, wcale nie fikcyjne, tylko budowane na podstawie elektronowych obrazów, to jasno widać, że elementy komórek to… maszyny. Przyjęliśmy uważać życie za swego rodzaju magię, za coś „nie z tego świata”, nie mające odpowiednika. Coś co jest w każdym swoim elemencie funkcjonowania „nie mechaniczne” tylko żywe, bo „mechaniczne” znaczy martwe. A gdyby tak „mechaniczne” mogło być żywe?

Białka obracają cyklicznie jak elementy urządzenia. Ich ruchy biorą się i polegają na przekazywaniu między nimi ładunków elektrycznych – elektronów. Z tych właśnie mechanizmów biorą się ruchy oczu, dłoni, serca. Tworzenie nowych białek na podstawie DNA to też proces „mechaniczny”. Jest „urządzenie” zbudowane z atomów, jest pasek mRNA wcześniej skopiowany w jądrze z DNA, wskutek – znów – procesów wynikających z różnic ładunków elektrycznych, następuje budowa nowej cząsteczki odwzorowująca plan znajdujący się w mRNA.

Ale co z emocjami? Nawet jeśli bicie serca i procesy biologiczne, są natury „mechanicznej”, a więc zasilanym stałym dopływem energii procesem pracy i przemian, to co z psychiką? Czy strach, miłość, lęk, pożądanie mają naturę „biologiczną”? Magiczną? Duchową? Czy są pochodzenia materialnego?

To właśnie sugerują badania nad wpływem hormonów i neuroprzekaźników na ludzkie emocje, odczucia, uczucia. Samica może się podobać samcowi, ale bez testosteronu „walącego mu” po neuronach, nie będzie się starał o kopulację, co sprawdzono na szczurach. Tak samo zwrotnie, w przypadku samic, tendencję do współżycia reguluje estrogen.

Gdy serotonina dociera do receptorów komórek układu nerwowego, człowiek odczuwa spokój, spełnienie, zadowolenie, szczęście. Gdy dociera do nich dopamina, pojawia się przyjemność, chęć do działania, motywacja. Zrobiono na żywo taki eksperyment. Wyprodukowano lek na otyłość, który blokował receptory dopaminy w neuronach. Ludzie mieli wtedy tracić zainteresowanie jedzeniem, bo przestawało ono im sprawiać przyjemność. Rezulataty – lek był wprowadzony do stosowania w UE – były rewelacyjne. Ludzie tracili wagę. Mniej jedli. Niestety wystąpiły skutki uboczne „mechanicznego” blokowania białkowych maszyn, reagujących w komórkach na substancję chemiczną – dopaminę. Ludzie zaczęli mieć „czarne myśli”. Stawali się pesymistami. Wpadali w depresję. Chyba 20% populacji, która przyjęła lek, to były przypadki depresji o stopniu klinicznym, a wiele z nich zakończyło się samobójstwami. Więc jak to jest z naszymi emocjami? Można by znów siebie zapytać.

Więc może jesteśmy „androidami”. Owszem, nie ma na naszych kościach czy jakichś innych częściach ciała „numeru”, jaki „producent” by tam umieścił. Ale do czego ten „numer” miałby być potrzebny”? Poczynamy się wskutek mechanizmu „tańca genów”, gdy dwie komórki płciowe spotkają się ze sobą. Potem się ustawicznie rozwijamy wskutek procesów, przecież powtarzalnych i w ogólnym sensie – mechanicznych. Przeżywamy emocje, to znaczy stany pobudzeń neuronów, różnymi substancjami, które to stany, tak są zaplanowane, albo taką funkcję pełnią, byśmy przedłużali zarówno trwanie linii produkcyjnej – gatunku, jak i trwanie swoje własne, bieżące. Jak odróżnilibyśmy się od maszyn, androidów?

Deckard posługuje się w „Blade Runner” testem, by odróżnić człowieka od maszyny. Test rozpoznaje reakcje emocjonalne. Ale czy weryfikacja emocji naprawdę jest wystarczająca? Gdyby androidy posiadały reakcje emocjonalne takie jak my właśnie, to czy dałoby się ich od nas odróżnić? I znów – może jesteśmy „androidami”, to jest niezwykłymi systemami, w sumie maszynami. To znaczy –  życiem.

No ale co ze świadomością? Z pamięcią. Zresztą, przecież uczucia też nie są czystą pochodną hormonów i neuroprzekaźników, a więc zbioru cząstek chemicznych produkowanych przez nasze organy, to jest mini fabryki takich substancji. Aby ta „produkcja” weszła w życie, musi być sygnał, polecenie, rozkaz. A ten właśnie płynie ze świadomości. Strach, przerażenie, poczucie bezpieczeństwa, zauroczenia, spokój itd. wynikają z tego, co nasza świadomość dostrzega i jak to ocenia. Zresztą, sama świadomość to największy problem mechanistycznego podejścia do człowieka. Tak zwany „twardy problem”. Niewyjaśnialny tak naprawdę przez naukę.

Może świadomość jest jakiejś innej „natury” niż jednak ciało, ze wszystkimi jego mechanizmami. Może nie jest epifenomenem (przejawem) fizycznej pracy mózgu, jednego z naszych organów. Może to jest „software”, a ciało to „hardware”? Bylibyśmy wówczas robotami-komputerami. Ale kwestie programu, wg. którego działalibyśmy, byłoby POZA warstwą „kabli i połączeń”.

Gdy człowiek wchodzi w tłum, jego świadomość ulega modyfikacji, a przecież – fizycznie w nim się nic nie zmienia. Psychologia wzorców i archetypów bazująca na pracy Junga, pola mofrogenetyczne Shaldreka, szereg zjawisk wskazuje na to, że świadomość jest „ponad-lokalna” a być może nawet „ponad-czasowa”. Ale istnieje. Jesteśmy świadomi – samych siebie, świata, rzeczywistości.

Chyba najbardziej dosłowną alegorią losów świadomości, a może i ludzi, był inny film o androidach – czy przemysł i artyści eksplorują te tematy pod pozorem działalności artystyczno-rozrywkowej? – „Westworld”. W finale drugiego sezonu – uwaga zdradzam fabułę – androidy umierają. Ale umierają tylko fizycznie. Ich ciała spadają w przepaść rozbijając się gdzieś na dole, ale ich świadomość jest „wczytywana” do nowego świata, nowego „wszechświata”, do „nowej ziemi i nowej rzeczywistości”. Gdzie będą mogli żyć wiecznie. Gdzie będą bezpieczni i wolni. Gdzie będzie szczęście zamiast ograniczających i krzywdzących je uwarunkowań „pierwszej rzeczywistości”.

„W domu mego Ojca jest mieszkań wiele” – pada obietnica w świętej księdze chrześcijaństwa. Obietnica wyrażona przez Boga, który stał się człowiekiem. Nie na niby, nie przejściowo, tylko naprawdę. Jakby kładąc pieczęć na tym bycie, którym jest człowiek.

Ale… dlaczego umieramy? „To bad, he won’t live. But who does?” – pyta tajemniczy kolega Deckarda w „Łowcy Androidów”, komentując śmierć jednego z nich. W naszym organizmie umiera każdego dnia od 10 do 50 miliardów komórek. Naukowcy się różnią, a może tylko media, w ocenie dokładnej liczby. A jednak te żywe mikroorganizmy, umierają, w ogromnej liczbie. W to miejsce powstaje taka sama liczba nowych komórek, rodzą się, jak ludzie… Komórki krwi żyją cztery miesiące, potem umierają i na ich miejsce powstają nowe. My… istniejemy dalej. Gdyby nie to obumieranie i rodzenie się naszych komórek, byśmy nie przetrwali. Komórki ulegają uszkodzeniom, zużyciu. Zresztą potrzebne są nowe, o pewnych nowy, zależnych od wieku funkcjonalnościach. Zachodzi stałe tworzenie – kopiowanie komórek. Ale przy każdorazowym wykonaniu kopii, przy utworzeniu zupełnie nowej komórki – z których każda jest mikrofabryką, w której zachodzi masa procesów „życiowych” – skróceniu ulega pewien „ogon”. Telomer. Zbiór atomów na końcu chromosomu, który przez swoje skracanie się, stanowi… tak, licznik życia. Mamy w sobie wbudowaną śmierć. Gdy licznik dojdzie do końca, nie będzie dalszych podziałów, dalszych nowych komórek, to będzie koniec.

I nie ma znaczenia, czy to będą cztery lata jak w liczniku wbudowanym w filmowe androidy Ridleya Scotta, czy to będzie nawet ponad 110 lat. Licznik jest wbudowany i pracuje. Nie ma od niego odwołania. Choć… są marzenia.

Ale dlaczego właściwie organizmy żywe nie miałyby żyć wiecznie? Dlaczego te pierwsze w formie pojedynczych komórek, jakie powstały na ziemi miliard lat temu, nie miałyby trwać sobie w nieskończoność? Oczywiście o ile ni zniszczy ich lawa, susza, powódź itd. Czemu trylobity, organizmy, których skamieliny możemy do dziś odnajdywać w skałach wapiennych, nie mogły żyć do tej pory? Dinozaury. Dawne rośliny. Nie tylko organizmy, ale całe gatunki. Może po prostu… wtedy… życie by się… nie rozwijało? Może zostałoby na poziomie tych pierwotnych form i się… zakorkowało. I nie byłoby podniebnych ptaków, smukłej pumy, ale przede wszystkim człowieka jako rodzaju, gatunku. A gdyby nikt z ludzi nigdy nie umierał? Dlaczego nasze komórki, dlaczego organizmy, dlaczego nawet gatunki obumierają i powstają nowe? Czy to możliwe, że i my tworzymy jakiegoś rodzaju „organizm”, proces, który się rozwija, dojrzewa zmierza? I swoim życiem ten proces, może Życie przez wielkie „Ż”, współtworzymy, już nie tylko – jak wcześniej – na poziomie „mechanicznej biologii”, ale też na poziomie świadomości? Może po prostu jesteśmy częścią, czegoś większego, nieporównywalnego, czego świadomością swoją w żaden sposób nie potrafimy objąć? Może dlatego pojawiamy się, umieramy i pojawiamy się znowu… jako odrębni ludzie, jako niezbędni członkowie tego – Niezwykłego, tego – POZA, w nas się przejawiającego, przez nas istniejącego i się rozwijającego?

Gdy wracałem do domu rząd latarni, wijąc się łukami nad rzeką, świecił na pomarańczowo. Takie zawieszone w czarnym powietrzu kulki światła. Droga przez noc. Budynki z daleka przyglądały mi się oknami. W każdym niemal światło, za oknem ludzie. Właśnie się cieszący sobą. Ucztujący albo wypoczywający. Tworzący właśnie wielkie plany na przyszłość albo martwiący się o nią. Kroki miałem rytmiczne, właściwie to nogi same szły, bo przecież wcale się nimi nie zajmowałem, a przemieszczałem się, w czasie i przestrzeni. Potem już świat, bliscy i rzeczywistość. I ta wdzięczność za to, że… jestem.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *