Rak – śmierć i życie

Udostępnij dalej

Rak – śmierć i życie

 

Rak zabija, coraz częściej. Mimo ogromu wysiłków, mimo trudnych do policzenia nakładów publicznych i prywatnych, zagrożenie tą chorobą dla ludzi, rośnie a nie maleje, tak że po chorobach układu krążenia staje się ona głównym powodem śmierci ludzi.

Pierwsze rozumienie

Rak to niekontrolowany rozwój i mnożenie się komórek, które są nowe, inne, niż te normalnie istniejące i tworzące organizm człowieka. Taka była pierwsza obserwacja, takie było rozumienie tego procesu, tej choroby w początkach XX wieku. Mamy do czynienia z niekontrolowanym rozwojem czegoś, więc… trzeba to usunąć, usunąć to, co rośnie stale.

Z tego pierwszego obrazu raka, wyrosły sposoby radzenia sobie z nim, usuwania i niszczenia tej nowej tkanki. Usuwanie operacyjne, później przez napromieniowanie, później przez chemioterapię. Wszystkie wynikające z pierwotnego obrazu mnożącej się obcej inwazji.

Drugie rozumienie – mutacja DNA

A jednak ludzie zadawali sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego dochodzi do niekontrolowanego namnażania się komórek? Dzięki postępowi wiedzy w dziedzinie genetyki, rozwijającej się od połowy XX wieku, stwierdzono, że komórki inwazyjne mają inny niż normalne, zmutowany kod genetyczny. Zatem te zmiany, które obserwujemy i określamy słowem rak, były efektem mutacji genetycznych. Jeśli poznamy kod genetyczny człowieka, jeśli będziemy wiedzieć mutacje, których genów są odpowiedzialne za przejście komórek w stan nowotworowy, to znajdziemy lekarstwo, bo naprawimy te mutacje. Nie trzeba już będzie niszczyć czy usuwać zmienionych komórek, co często wiąże się z niszczeniem i uszkadzaniem struktur komórek zdrowych, a wystarczy, że zablokujemy działanie zmutowanych genów.

Pierwsze podejście wg tego modelu okazało się strzałem w dziesiątkę, lek o nazwie imatnimb został opracowany w latach 90 i miał za zadanie leczyć białaczkę szpikową. Efekty jego zastosowania przerosły najśmielsze oczekiwania i ugruntowały wiarę w to, że terapie genetyczne pozwolą „pokonać” chorobę zbierającą coraz większe żniwo.

Imatnib korygował pewną szczególną mutację genomu, sukces jego stosowania przy leczeniu tej formy białaczki był niezaprzeczalny. Stąd był to jeszcze jeden impuls do intensyfikacji pracy nad pełnym poznaniem ludzkiego genomu, co w wyniku ogromnych nakładów sił i środków udało się na początku wieku XXI.

Niestety, pierwotny optymizm, związany z tym projektem przeszedł w zakłopotanie, gdyż okazało się, że genom człowiek nie jest instrukcją, jak organizm jest budowany lecz – to już lepsze porównanie – dość skomplikowanym i niejasnym programem „komputerowym”, którego zastosowanie ma miejsce w procesie życia i rozwoju organizmu. Choć można było znaleźć pewne sekwencje „sprzyjające” zaistnieniu zmian nowotworowych, to nie można było wskazać konkretnegi genu powodującego konkretne rodzaje raka, dla absolutnej większości przypadków.

Nowym podejściem było zgromadzenie wiedzy o istniejących mutacjach w komórkach nowotworowych, tak aby wykryć, wspólną dla nich mutację i ustalić, którego genu działanie należało zmienić, aby konkretny rodzaj choroby wyleczyć. I tu pojawiło się następne „zakłopotanie”, otóż w wielu przypadkach, w zmienionych komórkach obserwowano mutację  nie – jednego genu, tylko np. stu różnych genów. Gdy brano komórki od innego pacjenta z tym samym rodzajem choroby, okazywało się, że jego jego zmienione komórki też mają sto różnych mutacji w genomie, tylko dotyczące innych genów. W ten sposób liczba możliwych kombinacji genetycznych mutacji komórek nowotworowych stawała się tak duża, że wynalezienie i wyprodukowanie leków redukujących działanie każdej z nich, było praktycznie niemożliwe. Katalog tych mutacji, w roku 2018 zawierał już ponad 6 milionów zarejestrowanych mutacji.

W tej sytuacji przemysł medyczny stał się praktycznie bezradny wobec rozwijającej się choroby, lecz miejsce bezradności zastąpiło podnoszenie cen i opracowywanie dalszych leków, których skuteczność polegała np. na średnim wydłużeniu życia o 2,1 miesiąca i koszcie kuracji idącym w setki tysięcy dolarów. Stąd pacjent zamiast żyć 81 lat, mógł żyć 81 lat i 2,1 miesiąca, wydając na kurację 200 tys dolarów. Amerykańska agencja dopuszczająca te leki do stosowania znacznie obniżyła próg wymogu skuteczności działania leku, tak, że nowe leki się pojawiały, jednak ich wpływ na walkę z chorobą, był i pozostaje znikomy, zaś wpływ na stan finansów chorujących osób i ich rodzin, dewastujący. Firmy w sposób stały podnosiły za to ceny leków. Przykładowo, wspomniany lek imatnib podrożał od roku 2000 – 5-krotnie .

Ale dlaczego w ogóle dochodzi do tych mutacji genetycznych, które powodują przekształcanie się komórek w nowotworowe? Po długich poszukiwaniach, lekarze i naukowcy wskazali na cały szereg czynników mogących uszkadzać kod DNA. Był to na przykład dym tytoniowy u palaczy, który jest najsilniejszym znanym obecnie, a powszechnie występującym, czynnikiem wywołującym nowotwory. Mogą nim być wirusy, promieniowanie, stan zapalny organizmu generujący tzw. wolne rodniki. Mogą być cząstki chemikaliów jak azbest.

Ale jak to się dzieje, że  dym tytoniowy uszkadza właśnie te miejsca DNA, gdzie mieszczą się geny odpowiedzialne za zmiany nowotworowe? Naukowcy odpowiedzieli, że te uszkodzenia mają charakter losowy, jednak na zasadzie udziału w loterii, większa ilość uszkodzeń powoduje większe prawdopodobieństwo, że te właśnie geny ulegną uszkodzeniu.

Choroba wszystkich gatunków i organizmów

To co ciekawe, to, że rak jest chorobą niespecyficzną w sensie gatunku organizmu, to znaczy, że występuje, owszem rzadko, ale w praktycznie wszystkich organizmach złożonych, tzn. wielokomórkowych. Nie jest chorobą wyłącznie człowieka, czy naczelnych, czy nawet ssaków. Tego typu zmiany da się obserwować w całkowicie odrębnych gatunkach.

Okazuje się, że istnieją pewne fundamentalne różnice pomiędzy komórką zdrową, a tą zmutowaną. Różnice dostrzegane od samego początku, choć być może nie dostrzegano możliwych, wynikających z nich konsekwencji dla obrazu tego, czym właściwie jest ta choroba.

Fundamentalne funkcjonalne różnice

Komórka zdrowa nie może rosnąć – dzielić się w nieskończoność. Komórka nowotworowa może się dzielić w nieskończoność. Komórka zdrowa jest śmiertelna, po upływie określonego czasu, mierzonego np. liczbą jej podziałów, ginie, umiera. Komórka zmieniona jest – w rozumieniu własnych mechanizmów, a nie np. wpływu z zewnątrz – nieśmiertelna. Komórka zdrowa jest stacjonarna, pozostaje w miejscu, w tkance, gdzie „powinna być”. Komórka zmieniona może się przemieszczać.

Te wszystkie różnice i te wszystkie cechy komórki nowotworowej narzucają odniesienie się do organizmów jednokomórkowych. Otóż to są właśnie różnice między tymi pierwotnymi formami życia – jednokomórkowymi, a formami wyższymi, złożonymi z wielu różnych komórek i tkanek.

Jednokomórkowa forma życia nie ma zaprogramowanego jego okresu, to znaczy wpisanej w siebie śmierci. Może się dzielić i mnożyć w nieskończoność, jeśli tylko znajdzie odpowiednie warunki. I może się przemieszczać, nie jest w żaden sposób „związana” z lokalizacją, poza „poszukiwaniem” miejsca sprzyjającego namnażaniu.

Jednokomórkowe formy życia wykazują więc cechy komórek nowotworowych. Skłania to naukowców, do zmiany postrzegania procesu określanego jako rak. Otóż życie jest stale ewolującym procesem, w trakcie którego dochodzi do kolejnych zmian, dodających nowe zdolności, funkcje, mechanizmy itd.

Trzecie rozumienie – samoobrona i ewolucja

Na początku życie jest zorganizowane i zaprogramowane jako forma właśnie jednokomórkowa. Te schematy, programy, mechanizmy działania w takiej właśnie formie, nie ulegają utracie, wymazaniu, anihilacji, w trakcie ewolucji komórek. Są one „przykrywane”, „cywilizowane”, „korygowane” poprzez następne „warstwy” „programów życia”, układów DNA. Zatem komórki, wskutek tych zmian „cywilizujących”, zaczynają się specjalizować. Zamiast być samowystarczalne i samodzielne, stają się współzależne i współpracujące. Komórki organizmów złożonych, nie mogą istnieć niezależnie od siebie, bo jedne „pracują” na rzecz innych, w niezwykle skomplikowanych systemach podtrzymywania życia, które nazywamy organizmami. Komórki pierwotne, zupełnie przeciwnie, działają ukierunkowane wyłączne na siebie, nie potrzebują innych komórek.

Komórki „zaawansowane” i współpracujące umierają stale i stale w organizmie powstają nowe „ich pokolenia”, np komórki krwi umierają po 4 miesiącach, inne po latach. Z neuronami nie wiadomo. Ale pierwotne struktury życia istnieją nadal w tych komórkach organizmów rozwiniętych, tyle, że na co ogół, nie dochodzi do ich uaktywnienia.

W wyniku długotrwałego, acz nie krytycznego oddziaływania na tkanki organizmu, np. poprzez palenie tytoniu, komórki stają wobec nieustannej presji i niszczącego je oddziaływania. Organizm jako całość, przestaje stanowić dla nich wsparcie i na jakimś najwyższym poziomie zajmuje się napełnianiem płuc tytoniowym dymem, nasycaniem środowiska życia komórek czynnikiem je uszkadzającym, prowadzącym w dłuższym czasie do nieodwołalnej degradacji i śmierci.

Komórki wydają się być „zdane na siebie” w sytuacji bez wyjścia, w stanie stałej niszczącej presji ze strony swojego otoczenia. W tym stanie rzeczy załamują się w nich struktury podtrzymujące genetyczne konstrukcje narzucone na mechanizmy pierwotne, te struktury załamują się, bo dłuższe istnienie w sposób współzależny przestaje być możliwe.

Gdy te struktury „padają”, to uaktywniają się mechanizmy pierwotnego przetrwania, działania jako struktury jednokomórkowej, takiej, która nie zginie, jest nieśmiertelna, żyje sama dla siebie, siebie mnożąc, kosztem wszystkiego na zewnątrz. Nowotwór jest wówczas powrotem do pierwotnego systemu życia, w sytuacji, gdy ten zaawansowany przestaje być możliwy, gdy komórce grozi uszkodzenie i śmierć. Jest buntem przeciw współistnieniu, bo oznacza ono dla zbuntowanych komórek „cierpienie, krzywdę i śmierć”. Wobec tego „buntują się” zaczynając żyć wyłącznie dla siebie, czasem starając się podporządkować i przemienić resztę organizmu, mimo, że w efekcie, prowadzi to do śmierci całości.

Ta zmiana postrzegania tego, czym nowotwór jest, ma fundamentalne znaczenie. Oto bowiem, staje się on nie tyle, funkcją predyspozycji i wad genetycznych, które powstają w przypadkowy sposób, ile reakcją życia na zmianę środowiska. To w zmianie środowiska jest przyczyna, zaś zmiany genetyczne są reakcją na tę przyczynę.

Profesor Thomas Seyfried w swojej książce „Cancer as a Metabolic Disease” pisze, że rak nie jest chorobą genów, mającą genetyczne przyczyny, ale jest chorobą przetwarzania energii, mającą genetyczne skutki. Zdrowe komórki wytwarzają energię poprzez utlenianie. Zazwyczaj chodzi o utlenianie glukozy. Ten proces nazywa się też oddychaniem komórki. Dostarczany do niej tlen łączy ona z glukozą i w efekcie produkuje niezbędną do życia energię w wewnątrzkomórkowych ciałach, zwanych mitochondriami.

image

Ale mogą zachodzić oddziaływania utrudniające proces oddychania komórki. Uszkadzające mitochondria lub utrudniające dopływ tlenu. Wówczas z utleniania komórka przerzuca się na fermentację  Mitochondria zmieniają swoje funkcjonowanie. I to jest jedna wspólna cecha komórek nowotworowych. Co więcej, zamiana jądra komórki nowotworowej, ze zmutowanym DNA na jądro ze  zdrowym DNA, daje w efekcie jej podziału, dwie komórki nowotworowe. Co oznacza, że to wcale nie geny są przyczyną pojawienia się stanu zmienionego. Odwrotnie, przenosząc zmutowane jądro komórki nowotworowej do komórki zdrowej ze zdrowymi mitochondriami, nie otrzymujemy objawów tworzenia tkanki chorej.

Oczywiście pojawić się muszą pytania jakie czynniki wpływają na takie obciążenie komórek organizmu, iż dochodzi w nich do swoistego „buntu”. Przez dziesięciolecia przemysł tytoniowy twierdził, że „Nie ma jasnych dowodów, że…” resztę każdy może sobie dopowiedzieć. Ale przemysł tytoniowy nie działał na rzecz społeczeństwa. On działał na swoją rzecz, na swoją korzyść, nawet jeśli to prowadziło do degradacji zdrowia i życia społeczeństwa. Na co jeszcze nie ma jasnych dowodów dzisiaj?

Twierdzi się, oceniając siłę oddziaływania, że drugim oprócz palenia czynnikiem chorobotwórczym jeśli chodzi o omawianą chorobę cywilizacyjną jest dieta. Gdy siłę wpływu palenia ocenia się na 35%, diety na 30%, to pozostałym czynnikom przypisuje się nikłe jednocyfrowe wartości wpływu na wzrost zagrożenia.

Co do diety, to związane są z nią niekończące się spory i wzajemnie wykluczające się koncepcje. Wydaje się jednak, że obciążeniem organizmu są tłuszcze omega6, fruktoza i nadmiernie wysoki poziom insuliny, który się bierze z częstego spożywania pokarmów o wysokim ładunku (nie indeksie) glikochemicznym. Co jest eksponowane na półkach „dla klientów”? Czy przemysł i handel działa „na rzecz” społeczeństwa?

Brak dotlenienia organizmu związany z rzadszym niż w naturze przebywaniem na świeżym powietrzu również upośledza mitochondria. Brak dobrego natlenienia jest ogólnym czynnikiem ryzyka, także w omawianym obszarze.

Czy życie wykracza poza wymiar organizmu?

Jednak wnioski z procesów zachodzących w żywych komórkach, możemy rozciągnąć dalej. Być może jest tak, że życie, w stały sposób ewoluuje, w kierunku coraz wyżej zorganizowanych, coraz bardziej efektywnych, może też coraz bardziej świadomych form. Być może społeczeństwa ludzkie, a może ludzkość jako całość, są takimi organizmami. Złożonymi z jednostek, które ze sobą współpracują, tak że jedna zajmuje się wychowaniem dzieci, inna szyciem ubrań, jeszcze inna budową rakiet, aż Neil Armstron stanął swoimi nogami na satelicie Ziemi. Ale czy to Neil Armstrong stanął na Księżycu czy to Człowiek na nim stanął? Jako ludzkość, jako społeczeństwo, jako rodzaj życia?

Może religijne idee nie są „nawiedzonymi fikcjami” fantazyjnymi pomysłami, może ilustrują po prostu prawdę o nas, o życiu WSPÓŁ-ZALEŻNYM, o ludzkości. Może w jakimś sensie JESTEŚMY – mówiąc językiem religijnym – „ciałem Chrystusa”, może realnie, choć w trudno dostrzegalny sposób, tworzymy pewien byt – ludzkość/społeczeństwo. W ramach którego, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. W ramach którego nawzajem sobie „służymy” i o siebie dbamy. Wówczas „nawzajem swoje ciężary noście” i owo „miłujcie się wzajemnie„, byłyby wskazaniami efektywnego funkcjonowania pewnego systemu ŻYCIA, a nie tylko moralnymi wezwaniami czy też religijnymi zasadami. A może jedno i drugie i trzecie to to samo?

Może żona ma żyć dla męża, a mąż dla żony? Może powołaniem, innymi słowy funkcją, rodziców jest wychowanie dzieci, za cenę  poświęcenia się temu zadaniu? Może nikt z nas nie żyje dla siebie, bo takie życie to absurd? Może musimy – i to trudno powiedzieć – umrzeć, bo taka jest nasza „rola”. Bo tak trzeba. Bo tak tworzymy zmieniający się i rozwijający, ale ISTNIEJĄCY, organizm, byt wyższego rzędu niż my sami. Wyższego rzędu istnienia, świadomości, życia.

I być może i w tym „systemie życia” pojawiają się „elementy nowotworowe”. Te cofnięcia się w procesie ewolucji. Jednostki, które zaczynają żyć dla samych siebie z pominięciem innych, kosztem innych. Może takie chore „tkanki” zatruwają resztę „społecznego organizmu” toksynami mentalnymi, informacyjnymi. Ideami, które prowadzą do rozprzestrzeniania się choroby, to jest zmiany funkcjonowania elementów organizmu z formy współistniejącej na formę samolubną, egoistyczną, pasożytniczą, nowotworową.

Może są ludzie, którzy chcą żyć wiecznie. Nie umrzeć. Wyjść ponad ŻYCIE, ponad to, co jest u jego źródła. Żyć kosztem innych. Innych zdominować, zamiast im służyć. Wówczas cały organizm stanie w obliczu zagrożenia, bo „opętani chciwością starcy” jak komórki rakowe chcieć będą żyć wiecznie, tylko dla siebie. Wiecznie głodni. Wiecznie pochłaniający. Dokonujący inwazji na życie pozostałych jeśli tylko to będzie możliwe.

Życie i śmierć… I Życie

Stajemy w końcu przed tym wielkim pytaniem, czy ŻYCIE jest przypadkowym efektem przypadkowych fluktuacji cząstek elementarnych, protonów, neutronów, elektronów itd. Tak się „niechcący” ułożyły i zaczęły powtarzać oraz „udoskonalać” to ułożenie? No i czy świadomość ludzka, samoświadomość twoja i moja, jest przypadkowym efektem ułożenia drobin materii?

Zgodnie z badaniami naukowymi, szanse na przypadkowość tych wszystkich procesów są pomijalnie małe. Ale ŻYCIE jest. I wiemy, że jesteśmy. I może musimy umrzeć, by „zrobić miejsce”. By nasze dzieci, wnuki, prawnuki mogły, Boże… aż dech zapiera, gdy się pomyśli, co one może będą mogły. Może istnieje. Istnieje COŚ, co wszystkie te procesy tworzy, ustanawia, nadaje im bieg. Coś, co z chaosu i świadomości pierwotnej zorientowanej na bezpośrednie doznania, wyłania naszą samoświadomość, świadomość tego, że jesteśmy. Może jest jakiś POCZĄTEK i ŹRÓDŁO tego wszystkiego. Może jest tego wszystkiego jakiś CEL, a więc i PRZYCZYNA.

Jeśli tak, to wypada wierzyć, że to, co religia określa jako Bóg, coś z tą naszą świadomością zrobi, po naszej śmierci. Co? Ba!

Ważne czy pozostaniemy z NIĄ, z tym SYSTEMEM, który jest ponad wszystkimi systemami, z tą ŚWIADOMOŚCIĄ, która tworzy RZECZYWISTOŚĆ I ŻYCIE, w zgodzie, w jedności. Ważne, że będziemy CZĘŚCIĄ tworzonego przez nią „ORGANIZMU”. Że będziemy z nią związani. Że nie będziemy jak tej komórki „zbuntowane”, „nowotworowe”, walczące z resztą na śmierć i życie. Odrębne, oddzielne, żyjące dla siebie.

Wówczas, jeśli zamiast buntu zaoferujmy naszym życiem i współistnienie, jeśli taki „Organizm”, „System” wszystko organizujący – ludzie religijni powiedzą  – Bóg, istnieje, to nie mamy się czego bać. Jesteśmy z Nim i w Nim. Poza czasem, ponad przestrzenią. I wszystko wtedy wraca na swoje miejsce. I kto wie, może nawet jakiś pokój.

—————————————————-

Na podstawie:


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *