Nie ma społeczeństwa, ani narodu…

Udostępnij dalej

Nie ma społeczeństwa, ani narodu…

 

Długie i nudne. Zdecydowanie odradzam

Narody i społeczeństwa bywały. Bywały w historii najdawniejszej, bywały w historii niedawnej, ale nie zawsze istniały. Pierwszą formą narodu i społeczeństwa był chyba ród. Szeroko rozbudowana rodzina, stopniowo się rozrastała. Jej cechą konstytutywną było: jesteś w środku albo na/z zewnątrz. Bycie w środku oznaczało bezpieczeństwo i wsparcie od członków rodu. Bycie na zewnątrz, jak to na zewnątrz, łatwo konflikt, nieufność i tak dalej.

Z rodów wykształciły się plemiona. Jeszcze większe społeczności, które znów, miały wspólne pochodzenie, które wewnątrz oferowały solidarność, które były „uwarstwione” hierarchią wśród swych członków oraz rolami, które były do spełnienia.

Mechanizm zawsze był ten sam, co w pierwotnej rodzinie: hierarchia taka czy inna, podział ról pomiędzy członków, wewnętrzna solidarność w szczególności w obliczu obcych, innych, ale także w obliczu przeciwności „losu”. Taka społeczność była zawsze rodzajem ORGANIZMU. Tak jak organizm miała system identyfikacji swój/obcy, tak jak organizm miała zróżnicowanie funkcji, tak jak w ciele żywego stworzenia/systemu, jedne elementy funkcjonowały na rzecz innych, po to, aby całość mogła przetrwać i efektywnie się rozwijać.

W wielkich organizmach państwowych, republikach, cesarstwach, królestwach, powiązanie pochodzenia zastępowały inne rodzaje powiązań. Z konieczności były to powiązania natury „niefizycznej” a więc leżące w sferze wartości, wyobraźni, percepcji – jednym słowem psychiki. Elementami lub wartościami łączącymi ludzi były:

  • religia
  • osoba władcy
  • podzielany generalny światopogląd
  • dostrzeganie w państwie odbicia wyznawanych wartości

Renesans narodów jako podmiotów, które powinny mieć swoje państwa rozpoczął się od Francji, generalnie na potrzeby poboru powszechnego i tworzenia masowej armii. Hasła narodowe były tą „energią”, która pomogła Francji zbudować armię odnoszącą szereg sukcesów w starciu z monarchiami. Dodatkowo, było to konieczne, gdyż Francja z monarchią zerwała, ścinając głowę króla oraz zrezygnowała z religii, która była drugim spoiwem społeczeństwa. Bez religii trudno było mówić o światopoglądzie, więc odwołano się do nacjonalizmu jako idei plemienia, zatem „my Francuzi”, kontra „my Niemcy”, ale już nie „my Austro-Węgrzy”, bo albo Austriacy albo Węgrzy.

Od wiosny ludów trwa festiwal nacjonalizmu, który de facto czyni naród bytem świętym, odwołaniem do niego ostatecznym, kryterium najwyższym. To narodowość ma być tym, co łączy i dotkliwie się Europejczycy o tym przekonali, tocząc wojny narodowe właśnie, gdzie nie występuje król przeciw królowi, tylko naród przeciw narodowi, a taka wojna ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Stąd Europa, która zawsze spływała krwią, zaczęła nią broczyć w stopniu trudnym do utrzymania.

Ale czy coś złego jest w tym, że „my Polacy” się ze sobą identyfikujemy? Mamy przecież podobne pochodzenie, podobne obyczaje, ten sam język niemal. Uroda Europy właśnie na tym polega, że różne od siebie narody ją zamieszkują. Każdy ma nieco inny charakter, każdy wnosi coś unikalnego to tego pięknego miejsca na świecie.

Trzeba jednak zwrócić uwagę na dwa aspekty tego stanu rzeczy, dwie strony medalu. Oto część państw, polityków i społeczności odwołuje się otwarcie do idei narodu, podkreślając jej najwyższą wartość. Część tę wartość tonuje, obniża, wskazując na potrzebę otwartości, różnicowania, przyjmowania masowych imigracji z zewnątrz, integrowania się z innymi, polegającego na zamianie części atrybutów narodowości na atrybuty (symbolikę) ponadnarodową.

W chwili obecnej nawet w tych państwach, które otwarcie wyznają nadrzędność idei narodowej, owo wyznawanie przebiega i istnieje głównie w sferze komunikacji między warstwą polityków a społeczeństwem oczekującym takich właśnie deklaracji. Odwołanie się do narodu stało się elementem politycznej religii, która wcale narodu nie tworzy, która istnieje równolegle do realnej rzeczywistości społecznej, bardzo przypominającej tą, w państwach abstrahujących od nacjonalizmu (tutaj pojmowanego pozytywnie).

W czym problem

Głównym problemem sprawiajacymi, że współczesne państwa przestają być organizmami społecznymi, to jest bytami zdolnymi do ustanawiania celów i ich realizacji, do wyrażania swojej samoświadomości w postaci zamierzonych działań jest destrukcja niemal wszystkich elementów tworzących taki organizm:

1. Wpojono ludziom prymat egoizmu nad służbą. To głębokie psychologiczne przekształcenie, które swój początek bierze w deklaracji, iż każdy ma prawo dążyć do „swojego” szczęścia. Ugruntowane teoriami „wolnego rynku”, w którym „każda wolna transakcja jest korzystna” i w którym każda strona dąży do maksymalizacji swoich przychodów i minimalizacji kosztów.

Lapidarna trafność wniosku Krzysztofa Karonia aż poraża: „Ideałem zachowań wolnego rynku jest bezkarna kradzież”. To nie jest zabawa w słowa, to są gigantyczne w skutkach konsekwencje przyjmowanych aksjomatów/ wartości/ podstawowych przekonań.

2. Z wpojonego ludziom egoizmu wynikają:

  • zachowania nieuczciwe, nierzetelne
  • narastający we wszystkich wymiarach życia konflikt

Zachowania nierzetelne eliminują stopniowo z życia społeczeństwa zachowania rzetelne, których podejmowanie staje się powoli poświęceniem, to znaczy przynosi prezentującemu taką postawę straty. Z kolei aby potencjalne straty z interakcji z nierzetelnymi członkami społeczeństwa sobie odrobić, człowiek sam jest motywowany do zachowań egoistycznych i nierzetelnych, bo trzeba jakoś przeżyć, a czasem nawet „godnie”.

Konflikt rodzi się bo ludzie konkurują o dobro, które jest ich, a nie kogoś innego. Dodatkowe judzenie przez MSM sprawia, że wspólnota rodziny przestaje być możliwa do utrzymania, że dzieci nie czują się związane z rodzicami, chyba, że na zasadzie oczekiwań i roszczeń. Rodzą się konflikty między grupami społecznymi, a w szczególności w obszarze religijnie (a więc w kategoriach ostatecznych i najważniejszych) pojmowanej polityki.

Wszystkie te konflikty mają jeden skutek. Niszczą wzajemną solidarność. Niszczą wzajemne związki. Prowadzą do podziału i atomizacji tego, co w warunkach społeczeństwa jako organizmu, nawzajem sobie służyło, współpracowało, budowało właśnie organizm. Teraz oczy sobie, serce sobie, wątroba sobie, a nerki mają inne cele i zdanie.

3. Programowemu i realnemu odrzuceniu uległa religia. W warunkach Zachodu, chodzi o chrześcijaństwo. Nawet tam, gdzie istnieje ono nadal w formie zorganizowanej, to przestało być przeżywanym na poważnie obrazem rzeczywistości, stało się „uprzejmą i miłą bajką”, wyznawaną całkowicie powierzchownie, przyjmującą niechrześcijańskie wpływy i elementy.

Odrzucenie religii to odrzucenie lepiszcza wspólnoty, odrzucenie języka, w którym dochodziło do uwspólnienia i zgody co do wartości. Odrzucenie religii, to „wyzwolenie się z łańcuchów” i wolność. Tylko, że serce w człowieku wcale nie jest wolne, a skóra również nie. Religia, wbrew prostackim ujęciom, była językiem sensu rzeczywistości. Ona ów sens, sens życia człowieka, sens życia pokoleń wyjasniała, ujawniała, przedstawiała. Była wspólnym wszystkim członkom społeczności językiem opisującym to, co najważniejsze. To w tym języku wyrażano to, co jest dobre, to, co jest złe, to co święte i to co podłe. W tym języku następowało uwspólnienie wartości, a przez to światopoglądu i postaw życiowych.

4. Ideał wolności i niezależności osobistej stał sie miernikiem i wyznacznikiem człowieczeństwa. Na tyle jesteś człowiekiem, na ile jesteś niezależna i wolna – dziś naucza kobiety milionowy internetowy kaznodzieja. Ale nie tylko kobiety. Wszyscy mają być wolni i niezależni. Więc trzeba się uwolnić od krępujących

  • relacji
  • wzorców kulturowych
  • ról społecznych

Liczę się ja. Mój brzuch. Moje samopoczucie. Moja kariera (to często o mężczyznach). Moja przyjemność. Liczę się ja. W imię tego ideału liberalizmu, odrzucone zostają wzorce kulturowe, bo one wolność ograniczają. I tak jest rzeczywiście. Kultura ogranicza wolność, tak samo jak dłuto rzeźbiarza ogranicza kamień. Ogranicza kobietę wzorzec bycia łagodną, teraz wzorcem jest agresja, ta chamska i prymitywna: „Wypierdalać!”. Ogranicza mężczyznę wzorzec ojca i męża. Teraz chce mieć więcej, kobiet/wrażeń/przyjemności. Więc szuka. Ograniczają nas zasady. Ograniczają nas role. Ideał wolności rozsadza je wszystkie, ale równolegle ATOMIZUJE ludzi. Bo bycie w realnej relacji wiąże się zawsze z jakimś poświęceniem. Z ograniczeniami. Z wypełnianiem ról. Stajemy się wolni, ale coraz częściej samotni i to nie w wymiarze filozoficznego tekstu, ale zupełnie fizycznie mierzalnych wskaźników.

5. Ponieważ wzorce i role odrzucone są w imię wolności i egoizmu, to utracie ulega hierarchia. Wszyscy stają się „równi”. A w takich warunkach, w miejsce hierarchii wynikajacej z ról i wzorców, pojawia się hierarchia oparta w jedynej mogącej być zastosowaną sferze – w sile. Więc w związkach mamy nieustanne siłowanie się partnerów i silniejszy ustanawia hierarchię. W społeczeństwie zarówno w wymiarze jednostkowym jak i bytów zbiorowych, siła wyrażenia swojego interesu tworzy hierarchię, choć jawnie będziemy temu zaprzeczać.

6. Ostatnim elementem organizmu społecznego, który podlega destrukcji jest samoidentyfikacja swój/obcy. Z wyjątkowym natężeniem wpaja się ludziom „wartość różnorodności” (diversity), co w języku konkretnych działań przekłada się na „iniekcji” do organizmu społeczeństwa dużych grup o innym pochodzeniu, kodzie kulturowym, samoidentyfikacji. Wielkie ruchy migracyjne zwłaszcza w Europie, ideologicznie ludziom wpajane jako wartość, fizycznie wymuszane na skutek rozmaitych procesów, prowadzą do sytuacji, że dawna samoidentyfikacja swój/obcy i rodząca się z niej solidarność, przestaje istnieć. Swój/obcy jest złem. Identyfikacją staje się brak identyfikacji. Co oznacza brak granic organizmu, co oznacza jego rozkład, do postaci plazmy, która może się częściowo przenikać z innymi plazmami, częściami funkcjonować, częściami nie.

Finalnie znajdujemy się w stanie, gdy ludzie żyjący razem ze soba w państwach przestają już tworzyć społeczeństwa jako takie. Przestają tworzyć byty, zdolne do podążania za wyznaczanymi przez nie same celami. Przestają być systemami wzajemnej solidarności, uzupełniajacych się nawzajem ról, wzorców postaw i zachowań, w oparciu o które funkcjonuje społeczeństwo.

W to miejsce mamy zbiorowiska skupionych na sobie, zatomizowanych ludzi, najczęściej wchodzących w rozmaite konflikty od poziomu osobistego aż po zbiorowy. W miejsce wzajemnej solidarności mamy wzajemną konkurencję, a często wrogość. Każdy jest rywalem każdego. Drogą do „szczęścia” i do zaspokojenia swego „ja” staje się konsumpcja, a ta jest możliwa poprzez UŻYWANIE INNYCH, do jej zaspokajania.

Zachowania dawnego typu, a więc wspólnotowe, łączące, rzetelne, stają się na zasadzie sprzężenia zwrotnego krzywdzące dla tego, kto je prezentuje. Dlatego nikt, nikogo nie obchodzi, chyba że w tym zakresie, ile można z niego wyciągnąć dla siebie. Mundurowi strajkujący dla siebie myśleli, że dzięki posiadanej sile, zdobędą coś dla siebie. I tak się działo. Tak samo lekarze i pielęgniarki. Tak samo nauczyciele. Tak samo – to w szczególności – politycy. Ich naprawdę g***o obchodzi los ludzi. A to dlatego, że – i bądźmy tu szczerzy – ludzi g***o obchodzi los polityków – niech sami dbają o siebie.  No to dbają i na zasadzie hierarchii siły, która staje się jedyną możliwą, oddają usługi silniejszym od siebie, co kończy się degradacją  państw i społeczeństw.

Obok siebie masz rywala, kapusia, wroga, konkurenta, przeciwnika, nie człowieka. Oczywiście, że istnieją nadal, koleżeństwa i przyjaźnie, ale ich rozmiar i obszar wydaje się ulegać stałej atrofii, tak samo jak stałość rodziny. Państwa są rozdzierane konfliktami. Zatomizowani i wyalienowani ludzie orientują się, że o dziwo, pojawiają się siły, które ich wykorzystują. Szczęście? Staje się ulotne, niczym królik, którego się wiecznie goni i nigdy nie dogania.

Organizmy społeczne się rozpadają. Nie dlatego, że przypadek albo taki los dziejów. Ani narody, ani państwa ponadnarodowe nie tworzą już społeczności. Nie tworzą, bo ludzie odrzucili to, co budowało organizm, z jego barierami, mechanizmami obronnymi, zdolnością do walki i przeciwstawienia się zagrożeniom. Teraz, wolni i „niezależni” zostają poddani takiej presji, której wcześniej sobie nie wyobrażali. Największa jest skierowana na ich myślenie i psychikę. I trochę szkoda. Narodu. Społeczeństwa. Czegoś co Poeta nazywał Miasto. I trzeba będzie budować od początku, od gorzkiej prawdy, od trawy, chyba że nas stąd, jak Neandertalczyków, wymiotą, bo już nie istniejemy jako my, choć zaklinamy to słowo w różnych deklinacjach, istniejemy tak naprawdę jako zbiór ja, a to nie jest organizm i można z nami, wow…. wszystko! Tylko umiejętnie.

Warto też przeczytać notkę blogera hrponimirski {TUTAJ}

————————————-

Zdjęcie na prawach cytatu zgodnie z ustawą


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *