Bezbronni wobec polityki rządu, umieramy coraz częściej… bezimiennie

Udostępnij dalej

Bezbronni wobec polityki rządu, umieramy coraz częściej… bezimiennie

 

Wielkimi ustami współczesnej rzeczywistości są media. Opisywane różnymi skrótami i określeniami, jak Main Stream Media, kształtują to, jakie słowa i jakie myśli są w ludziach. Jakie treści mogą, a jakie nie mogą być wyrażane. Kto dociera do ludzi, a kto, dotrzeć do nich nie potrafi, niechby mówił nie wiadomo co. Media są władzą myśli, władzą ludzi, rządzą nami. Może dlatego, głos umierających na skutek polityki rządowej mającej wg ogłoszeń rządu i medialnego przekazu ratować nas przed straszną pandemią, pozostaje niemy, głuchy, niesłyszalny.

Groźna w istocie propaganda medialna i rządowa, powtarzana przez covidowych czekistów z naboru i z wyboru, nie waha się miotać potwornych oskarżeń wobec tych, co kwestionują rządowe poczynania i politykę, robiąc to słowami „Macie krew ludzi na rękach„. I jest głośna. Tymczasem sprawy idą właśnie tak, jak rząd je kształtuje, wymaga, zarządza, a nie tak jak woleliby ci, co myślą, że to szkodliwe wymagania, zarządzenia.

Więc liczby ludzkich dramatów nikt nie liczy. Umierających z powodu po****nych pomysłów i decyzji panów w garniturach nikt nie liczy. „Nie ma taka rubryka” dla ich tragedii. Dla nich jest gumka, która wytrze o nich pamięć, by nie brudzili swoim losem białych kołnierzyków gwiazd mediów i polityki.

Nieme tragedie ofiar systemu

Tymczasem pani Danuta przyjechała na szpitalny oddział ratunkowy z ostrym bólem brzucha, typowymi objawami ostrego zapalenia wyrostka. Sprawa standardowa, choć groźna, ale tylko w przypadku braku reakcji. Ale… na oddział nie została przyjęta. Bo procedury. Więc pobrano od niej próbkę do testowania na Covid i chora czekała dalej na SORze i cierpiała. I cierpiała. A lekarze czekali. Czekali na wynik testu na Covid, bo może zakażona, bo procedury. Trwało to 12 godzin. 12 godzin bez pomocy. Ale wynik nie nadszedł. Więc dalej cierpiała. Następnych 12 godzin w przedsionku szpitala, gdzie lekarze, urządzenia, służba zdrowia, na wyciągnięcie ręki, ale żadna z rąk będących obok lekarzy do pani Danuty się nie wyciągnęła. I czekała i cierpiała dalej. Następne 12 godzin. Ile można? Ile można cierpieć? Ile można odtrącać możliwość udzielenia pomocy. Po 36 godzinach na SORze zapalenie wyrostka doprowadziło do śmierci kobiety, której lekarze, będący tuż obok, nie udzielili pomocy. Ach… przyszedł wynik testu na SARS-CoV-2, po jej śmierci. Był ujemny.

Ale twarze polityków zadowolone. Zapowiadają nowe obostrzenia. Nowe procedury „ratujące życie”. Herosi. Tymczasem dla tych zwykłych, tych bezimiennych, bo imiona wybierają media a nasze zostaną zapomniane, służba zdrowia stała się po prostu wrogiem albo nieosiągalnym dobrem. Bo procedury, bo „pandemia” – czytaj – rozporządzenia rządu. Bo strach wśród lekarzy i polityków, żeby nie podpaść, bo tworzenie przysłowiowej – uwaga wulgaryzm – „blachy na dupę” oraz wygoda.

Mirosław Gontarski był człowiekiem renesansowym. Wrocławski poeta, dziennikarz, nauczyciel, filozof. Miał 60 lat. Czy to dużo? Czy już zdążył napisać wszystko to, co chciał napisać? Jaką treść przyozdobiło jego nazwisko? Otóż jego ostatni wpis jest chyba najbardziej wstrząsający, jest takim niemym oskarżeniem, człowieka na dole, wobec ohydnego systemu, który mając gębę wypchaną frazesami, fałszami i manipulacjami, w rzeczywistości ludzi na dole w pewnym sensie skazuje. W poniedziałek, 12 października, Gontarski napisał na Facebooku:

„Jestem chory. Nikt mi nie chce pomoc. Pogotowie nie. Przychodnie nie. Załamałem się”.

Dwa dni później, umarł.

Czy to naprawdę trzeba komentować? Czy gładkousty premier i wspierająca go opozycja wraz z pułkiem medialnych adminów i funkcjonariuszy zająkną się na te tematy? Nie. Dalsze obostrzenia, w celu „ratowania”.

61-latek z Prudnika zmarł w karetce. Karetka stała przed szpitalem w Nysie. Zapadł na zdrowiu, zabrała go karetka, ale stała pod szpitalem, ponad godzinna reanimacja – nadal w karetce – zakończyła się porażką. W tej karetce przed tym szpitalem umarł. Czekali. Szpital w Nysie ma problemy kadrowe, bo w szkole był wśród dzieci wyszły pozytywne testy i lekarze na kwarantannie. Czekała.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Ale media głównie milczą na ten temat. Milczą w tym sensie, że tego typu informacje są „przykrywane” nawałnicą strachu, presji, kolejnych manipulacji o tym, że liczba pozytywnych testów, to liczba zachorowań, że to, że tamto.

System opieki zdrowotnej

Tymczasem system opieki zdrowotnej naprawdę w Polsce się rozlatuje. Szpitale stają. Pacjenci umierają. To ponoć wina pandemii. Tylko, że są państwa, gdzie przypadków zachorowań jest dużo więcej niż w Polsce, i do takiego stanu nie dochodzi, że karetka zgłasza się dyspozytorowi i dostaje informacje, że trzeba czekać do jutra. Dlaczego właściwie tak się dzieje? Jak do tego doszło?

Pierwszym wytłumaczeniem jest to, że pandemia. Codziennie dziesiątki tysięcy ludzi zachorowują, już ponad 20 tysięcy leży chorych w szpitalach na Covid. Więc nie ma miejsc. W systemie opieki zdrowotnej, który ma ok 200 tysięcy łóżek.

Gdyby chcieć to wytłumaczyć inaczej, trzeba by zrobić dwa założenia, z których każde może być mylne i każde jest oskarżeniem.

Testy

Po pierwsze rząd i lekarze stosuje być może niewłaściwe narzędzia do stwierdzania czy ktoś jest zakażony czy też nie. Służba zdrowia stosuje tzw. testy PCR, które pokazują w efekcie procedury uzyskiwania wyniku, wynik zero-jedynkowy, tzn. czy ktoś jest, czy nie jest zakażony.

To czego rząd NIE ROBI, to nie weryfikuje jakości tych testów. Bazuje całkowicie na ich wynikach, a nawet nie wiemy, od jakich firm te testy, a firmy też wiadomo, np. Wielka Brytania odrzuciła kiedyś dużą partię zakupionych testów, bo okazało się, że są…. uwaga… skażone koronawirusem.

Co może nawet ważniejsze od przetestowania narzędzi do mierzenia rozsiewania się infekcji, to wiedza o tym, że tak naprawę test PCR nie jest testem ZERO-JEDYNKOWYM, choć końcowa odpowiedź właśnie taka jest. Nie jest takim testem, bowiem odpowiedź, czyli wynik, jest z kolei wynikiem ustawienia pewnego progu czułości (powiększenia) zwanego skrótowo CT.

CT to parametr krytyczny. To tak jakby sprawdzać czy na zewnątrz pada deszcz. Jesteśmy kilka kondygnacji pod ziemią i chcemy wiedzieć czy pada. W tym celu wypuszczamy próbnik, który testuje zawartość wody w powietrzu. Duże lub małe krople padając na aparaturę dają wynik przesyłany do nas. Wiemy, że pada. Ale można ustawić czułość urządzenia tak, żeby zaczęło wykrywać pojedyncze atomy wody w powietrzu i wtedy właściwie zawsze moglibyśmy otrzymywać wynik pozytywny – pada.

W jakimś sensie podobna jest rola CT, stopnia czułości (powiększenia) testu PCR. Otóż przeskalowanie testu, ustawienie zbyt wysokiego progu CT, powoduje, że test daje wynik pozytywny, pomimo, że faktycznie o pozytywnym wyniku nie można mówić, to znaczy, że w osobie, od której pobrano materiał do testowania NIE ZACHODZI PROCES NAMNAŻANIA SIĘ WIRUSA, to znaczy, że ta osoba, NIE JEST ZAKAŻONA. Co wykrywa test z przeskalowanym CT? „Pojedyncze atomy wody”, jakieś drobiny, na podstawie których ocena, że pochodzą od osoby zakażonej – jest nonsensem.

Jakie zatem wartości CT w testach PCR pozwalają stwierdzić, że wynik pozytywny faktycznie wskazuje na zakażenie? Guru wszystkich mediów i Covidian A.Faucci powiada, że to 35. Że wyniki pozytywne uzyskane z testu przy CT powyżej 35 nie mogą być brane jako pozytywne.

Anthony Fauci on PCR: “if you get a cycle threshold of 35 or more that the chances of it being replication competent are minuscule…you almost never can culture virus from a 37 threshold cycle. So I think if somebody comes in there with 37/38 even 36 you gotta say it’s just dead nucleotides period.”

Jestem w szoku, że wynik uzyskiwany przy progu 40-krotnego powiększenia (CT), ktoś mógł uważać za pozytywnymówi Juliet Morrison, a wirusolog na University of California.

– To mi się po prostu nie mieści w głowie, że wartości progu powiększeń, nie były podawane przy wynikach testów
– stwierdza Angela Rasmussen, wirusolog na Columbia University in New York.

Jakie CT mają ustawione testy używane w Polsce? Pan Bóg raczy wiedzieć. To wiedza tym, którzy umierają w oczekiwaniu na leczenie, którym nie chce pomóc jak Gontarskiemu ani pogotowie, ani przychodnie, niepotrzebna. Zbędna. Groźna.

Dostępność opieki zdrowotnej i „hospitalizacje”

Stosowanie więc testów z wysokim progiem CT, dawać będzie zawsze zawyżoną liczbę zakażeń. Jeśli w Polsce stosuje się jak w Stanach testy z progiem na poziomie 37 do 40, to ich pozytywne wyniki w znacznym stopniu mogą być mylne. Uzyskamy w ten sposób wielką rzeszę „zakażonych”. Wysokie liczby, do których co kilka dni będzie się odwoływał premier, w oparciu o które będzie podejmował decyzje, o zamykaniu ludzi, społeczeństwa, służby zdrowia, gospodarki.

#1. Uzyskamy jednakże coś jeszcze. Dwie sprawy. Po pierwsze uzyskamy ogrom ludzi, w tym lekarzy i ratowników medycznych, na kwarantannie – bo ktoś, gdzieś miał wynik pozytywny. W ten sposób stosowanie testów z zbyt wysokim CT i przy stworzonych zasadach, drastycznie obniża dostępność czynności ratunkowych i procedur medycznych dla obywateli. „A karetka stała przed szpitalem godzinami, aż pacjent umarł. Czekali. Szpital ma problemy kadrowe. Kwarantanna.”

#2. Po drugie zawyżony próg CT spowoduje falę „chorych”, którzy być może zablokują, szpitale. Zablokują je, bo chorobą Covid, nie zajmują się zwykłe szpitale, tylko szpitale jednoimienne, wydzielone, oddzielone. Aby takie wygenerowane procedurami zablokowanie szpitali było możliwe, to oprócz stosowania testów z zawyżonym CT, trzeba by kierować do nich pacjentów, którzy są „bezobjawowi lub nisko-objawowi. Czy rzeczywiście taka praktyka została przyjęta przez rząd i „służbę” zdrowia? Mamy prawo przypuszczać, że tak.

Dowód pierwszy: Wypowiedź dyrektora szpitala w Busko-Zdrój z 2 października br.

(…) przed nami okres zachorowań na grypę itp. Zatem liczba chorych będzie rosła a nie malała.  Uważam, że leczenie w szpitalach pacjentów z Covid – 19 tak zwanych bezobjawowych lub skąpoobjawowych, to niepotrzebne zajmowanie szpitalnych łóżek. Pacjenci skąpoobjawowi lub bezobjawowi powinni być izolowani np. w miejscu zamieszkania. Także leczenie tych pacjentów może odbywać się w domu. Dopiero przy nasilaniu się objawów takich jak np. wysoka temperatura należy podjąć leczenie szpitalne. Obecnie prezentowany powszechnie w kraju ,,kierunek” leczenia właściwie wszystkich pacjentów z dodatnim wynikiem, nawet tych, którzy czują się dobrze to prosta droga do załamania ,,od dawna chorego systemu ochrony zdrowia”

https://www.facebook.com/grzegorz.lasak.9/posts/4408854542489891

Dowód drugi: Wypowiedzi pacjentów hospitalizowanych na Covid na oddziale zakaźnym-covidowym.

Do czynienia mamy z nagraniem wideo. Nie ma pewności, czy nie jest to tzw. fejk, ale pokazywanie własnych twarzy, przez więcej niż jedną osobę, szczegółów dotyczących zdrowia i procedur, widok otoczenia czyli wnętrza szpitala na żywo, wszystko to stwarza podstawy do potraktowania nagrania jako prawdziwego.

-Ja leżę tu od dwóch tygodni. Zero objawów. Zero niczego. Tutaj Dawid to samo, leżał na płucnym. Bez objawów tak samo, jak i ja. (…) Są tu ludzie, którzy potrzebują pomocy. Nie otrzymują tej pomocy. Nie leczą ich na to, z czym tak naprawdę przyjechali. Z wewnętrznego przywieźli mnie z Kostrzyna, gdzie dostawałem kroplówki na zapalenie ostre trzustki. Przywieźli mnie tutaj. Leżę tutaj dwa tygodnie. Nie dostałem ani jednej kroplóweczki, ani żadnego leku na trzustkę. Tak że w tej sytuacji, tutaj nie leczą chorób, które ludzie przyjeżdżają, tylko z objawami Covidu. Tak że to jest straszne, bo tutaj ludzie umierają. Codziennie karawany przyjeżdżają.”

Są więc przesłanki do tego, by dopuszczać możliwość, że rząd wybrał błędne podejście do strategii radzenia sobie z Covid. Stosując do testowania ludzi testy o (być może – brak danych) zawyżonym progu CT, powoduje braki personelu medycznego i błędne nadmierne ilościowo wskazania osób zakażonych. Z kolei kierując chorych na inne choroby, u których uzyskano pozytywny wynik testu i w dodatku nie mających objawów Covid lub niewielkie objawy, do szpitali jednoimiennych, pozbawia tych chorych potrzebnej im opieki i terapii i jednocześnie zapełnia w całkiem nieuzasadniony sposób, miejsca przeznaczone do leczenia poważnych przypadków Covid. – „To jest straszne, ludzie umierają” –  mówi pacjent zamknięty na takim oddziale, który cierpi na zapalenie trzustki, ale nie jest leczony w tym kierunku. To samo z innymi. A karawany przyjeżdżają. A premier zapowiada nowe miejsca i nowe obostrzenia. I kolejne kwarantanny.

Być może rząd powinien poważnie i głęboko przemyśleć wdrożone procedury i sposoby postępowania. Pamiętać należy o tym, że podstawową preferencją ludzi jest ich osobiste bezpieczeństwo. Więc politycy kupują sobie to bezpieczeństwo wdrażając kolejne, głębsze stopnie paraliżowania społeczeństwa, służby zdrowia i gospodarki. Dzięki temu media niczego im nie zarzucą, więc są bezpieczni. Lekarze kupują sobie bezpieczeństwo kierując „na wszelki wypadek” osobę z pozytywnym testem do szpitala, bo jakby nie skierowali a umarła, to „byłoby na nich”. Inny lekarz chętnie kieruje na respirator (więc rośnie zużycie) bo gdyby nie skierował, a pacjent umarł, to miałby problemy, a tak… tylko 10-20 procent z podłączonych do respiratora przeżywa, ale kierujący na tą terapię są bezpieczni od negatywnych ocen, bo „chcieli dobrze”.

System ledwo zipie. Wszyscy – używając języka podwórkowego – dbają o własne dupy, nikogo nie obchodzą ci na samym dole, dobro ludzi i rzeczywista sprawność całego systemu. Każdy dba o WŁASNE bezpieczeństwo i żeby dobrze „wypaść”, a nad wszystkim unosi się dywan medialnej propagandy, która przyćmiła już dokonania komunizmu, w terroryzowaniu ludzi, we wprowadzaniu ich w błąd, w kreowaniu zaprogramowanych postaw, w sterowaniu emocjami.

Zostać wypada z pytaniem, czy ktoś się obudzi? Czy ktoś tupnie nogą albo stuknie się w głowę? Czy ktoś pochyli się nad tymi, których statystyki nie obejmują, albo co gorsza, których statystyki kwalifikują jako ofiary Covid, co pacjent szpitala właśnie opowiada, że przyjeżdżają z pozytywnym wynikiem choć objawów covid brak, że są pozbawieni leczenia na choroby, na które chorują. Że umierają. A w efekcie zamiast uznać, że są ofiarami polityki rządu i procedur w służbie zdrowia, ich zgony kwalifikowane są przez rządzących i media jako straszliwej pandemii, którym winni są po części ci, co wątpią w przyjętą politykę i strategię.

Więc czy ktoś się stuknie w głowę i pójdzie do niej po rozum? Oto jest pytanie.

 


Zdjęcie na zasadzie cytatu


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *