Jak mówić do Pana Boga,, tuż po Wszystkich Świętych

Udostępnij dalej

Jak mówić do Pana Boga, tuż po Wszystkich Świętych

 

Najczęściej to milczę. Zacinam się, zapominam się i milczę, bo co powiedzieć? Co powiedzieć, jak Bóg wszystko wie? Ksiądz tak mówi, że Bóg wie. Czy ksiądz wie? Szkoły kończył. Seminarium. Święcenia ma. Biskup, uroczyście, te stroje, spływający po ramionach jedwab albo inne, no wiadomo, kolorowe takie, co zwykły człowiek w życiu nie nosi, bo zwykły jest, niegodny, niewłaściwy, a tam, na stopniach ołtarza w najświętszym miejscu, to święte rzeczy się dzieją, więc te święte rzeczy jakoś się w księdza wlewają, jakoś go napełniają, naznaczają, jakoś się w nim układają, oświecają go, poprawiają, więc on się częścią tej świętości staje, tej mądrości, tego co ja nigdy, co my nigdy, nie zobaczymy, nie dowiemy się, bo my tu, zwykli, a on tam, całkiem inaczej.

Więc przez to, że Bóg wie, to człowiek nie wie, co powiedzieć. No bo co mówić komuś, kto wszystko wie? Wie pewnie nawet, co chce się powiedzieć. To co mówić? Lepiej chyba nic. Jeszcze powie człowiek coś nie tak, coś niewłaściwego. Nie wolno do Boga mówić, coś niewłaściwego. Ksiądz od razu marszczy brwi, tam z wysoka, z podwyższenia, z prezbiterium, tak nazywają to podwyższenie. Bo im człowiek bliżej Boga tym wyżej. Też nad innymi trochę. Nie żeby się wywyższał. To nie. Po prostu, jest ponad naszymi sprawami, naszym życiem, jakby z góry trochę, z taką litością nawet na to patrzył i pouczał. Bo ten kto mądry, to poucza przecież. Bo głupi to siedzi cicho i niemo, bo co ma powiedzieć? To ja, jak ten głupi. Cicho i niemo zazwyczaj. Siedzę, znaczy klęczę, czasem siedze też, czasem leże, czasem ide. Nie wiadomo, kiedy człowiekowi przyjdzie do głowy, żeby coś powiedzieć, do Boga.

Ale nawet jak przyjdzie, to człowiek jak kamień. Jak ten głaz. Bardziej słucha niż mówi. Ale czego taki kamień może słuchać? Czy Boga słychać? Tak jak słychać, jak się chłopy w knajpie przemawiają? Jak się młodzi na murku, na dyskotece. Teraz tam więcej przekleństw niż u tych dawnych chłopów. Czy wódki więcej? Chciałoby się, że więcej, bo młodzież zawsze gorsza niż my, co lata mamy. My to co innego. My to dobrzy jesteśmy. Życia człowiek przeżył kawał, jak bruzdę ziemi lemieszem pługa wywaloną, odwróconą na drugą stronę, zostawił za sobą. Więc syty tej roboty, tego zmagania się. Zmęczony trochę, ale jakiś order by chciał, jakoś tak pełny tego potu, bólu, a było i po drodze trochę szczęścia przecież. Nie takiego, jak tych młodych. Dla nich wszystko natychmiast. Rozpuszczalne zupki. Rozpuszczalne przeżycia. w kolorowej torebce koniecznie, prosto do ust albo krwioobiegu, żeby telepnęło takiego, do samego układu nerwowego.

Człowiek to się się cieszył, sam nie wiedząc, że się cieszy. Słonkiem się cieszył. Że złotem zmieszanym z czerwienią jak jakiś pająk pajęczynę między rzęsami, co się skrzy drobinami światła w otchłani nieba, które przecież całkiem zwykłe, znajome, bo dla człowieka wszystko zwykłe i znajome, i te drzewa na skraju drogi, i ta plaża, co ją morze całe życie obmywa, bo co ma robić?, takie jego zadanie. Każdy ma jakieś zadanie, to znaczy życie, bo życie to zadanie, inaczej by człowiek nie żył.

Dla młodych życie to jest problem. To znaczy to jest kanapka z cukrem. Poleje się chleb wodą, posypie cukrem, każdy pamięta, no dobra, teraz nie każdy. Więc ta ręka się wyciąga i już, słodko w gębie i wiśnie się inaczej kołyszą, i niebo bardziej niebieskie. Ale potem nie ma, i te wiśnie dalej są. Czasem czerwone owoce rodzą. Takie krople czerwieni w niebieskim przecież powietrzu. W ustach cierpko i słodko od nich. Czy to ważne? Wszystko ważne i nie ważne – było. Dla młodych wszystko za to ważne teraz. Bardzo ważne. Najważniejsi oni. Cały świat im się zdaje, że dźwigają na sobie. Głodni się zrobili. Ale mądre ludzie mówią, że apetyt, to jest takie słowo od Francuzów, trochę jak nasz głód, że rośnie w miarę jedzenia. Że człowiek im więcej zje, im więcej ma, to się robi bardziej głodny, zamiast odwrotnie. Bo się zdaje, masz więcej, to spokojniejszy taki. To siądziesz na progu, popatrzysz jak kury, pies leży przed budą, bo co będzie latał, jak nie trzeba?

Pies jest mądry. Lata jak musi. Jak go pchnie do przodu obowiązek. Że trzeba owce zalecieć od boku, bo w żyto idą, że obcy ktoś. Jak obcy to pies najbardziej. Nie da obcemu podejść. Nie da przejść. Drze się, a jakby mu dać, to może by się i z zębami rzucił. Bo może trochę jak człowiek. Jak coś kocha, to broni. Zresztą, licho wie, czy pies kocha. Ja myślę, że kocha. Czasem bardziej niż drugi człowiek, co człowiekiem tylko z wierzchu jest, bo im tam w środku naprzerwacali tak, że same nie wiedzą czym są, i deklamują, że są jak zwierzęta. Widział to kto? Jak zwierzęta. Koniec świata normalnie.

To Bóg to wszystko wie lepiej ode mnie i dlatego chyba milczę najczęściej. Poza tym nie wiadomo,, gdzie jest takie miejsce, żeby do Boga mówić. W kościele to człowiek tylko w niedziele, i czasem tylko na tygodniu, wpadnie albo zajrzy. Ksiądz mówił, że to ładnie, że tak trzeba. Ksiądz uczony człowiek… Człowiek bywa też uczony. Są takie, co mówią, że bardziej od księdza nauczone. Ale kto ich nauczył? Że szkoły, profesory. A co tam szkoły i profesory? Takie stroje jak biskup mają? Nie mają. Pana Jezusa przyjmują? A gdzie tam. Kadzidełka jakieś takie se palo, co się od nich podusić można i wymyślają głupoty. A nam trzeba o życiu. O śmierci. Trzeba nam o nas mówić. O Panu Bogu. Bo jak się człowiek naszaleje, natłucze z innymi. Najje tego, co życie ma najwięcej, to znaczy potu i bólu. Jak w ogóle jakoś tę bruzdę liczącą lata odwali i za sobą pozostawi, to przecież mu nie potrzeba już – więcej. Jak tym młodym, co im trzeba więcej. Zawsze więcej. Ciągle więcej. Może wszystkim teraz trzeba więcej? To jedyne, co umią do Boga powiedzieć, to – daj. Ja też czasem tak mówię

W sumie to dla siebie już prawie nie proszę. Prosiłem, ale wiadomo. Proś, proś. Wiadomo. Życie przynosi, co chcesz i co nie chcesz. A czasem tylko to, co nie chcesz. A jak ciągle chcesz, to tylko gorzko się w gardle od tego chcenia robi. Więc z czasem człowiek chce coraz mniej. Ot, tego chleba naszego powszedniego. Dobrze Pan Jezus powiedział. Dobrze uczył. Teraz wielu mądrzejszych od Niego się uważa. Że oni to wiedzą, i o życiu, i o chlebie. Że nowoczesność i nauka. Że postęp.

Chyba najgorsze, to jak taki stary ciągle chce i ciągle głodny. Mnie to żołądek od razu do góry, jak takie pokażą. Mam telewizor. Zresztą, to niby nie telewizor, ale jak telewizor. Obrazy w nim, dźwięki, ekrany. I te twarze, pomarszczone, tych głodnych, co ich już dawno rozdęło, to czego się najedli z życia. A głodni coraz bardziej. I pałają te ich oczy. I ani im w głowie Pan Jezus. Całkiem co innego im tych łbach, coś co im aż przez oczy pała, co ich pcha, rękami ichnimi macha, językami ichnimi mówi, co ich trawi od środka, najgłębszego, najtajniejszego, gdzie już nie ma ciała nawet, ani myśli, tylko samo życie człowieka jak w jakiejś perle poza-przestrzennoczasowo-realnej złożone przez Boga samego i przez Boga samego utrzymywane, pielęgnowane, ożywiane przecież.

Chyba tacy starzy, głodni są najstraszniejsi. Są ja pożar trawiący stodołę. Porywający dach, jedzący ściany. Wszystko się kłębi, aż wybucha gorącem, co jak podejdziesz to spali. Na proch. I może jak do nich się zbliżysz, to też cię spali. Zajmą ci się włosy, zacznie tlić kapota. Skóra zacznie skwierczeć. Ale ty jak osłupiały jakiś, jak zaczarowany jakimiś zaklęciami, co je czarownica nad czarną studnią opętana głupotą wypowiadała. I taki idzie bliżej. Jeszcze bliżej do tego ognia, aż ten ogień zaczyna mu do środka wchodzić i w nim samym płonąć. Lać się niciami przez żyły. I ten ogień tak się przez ludzi przelewa. Nie ogień żaden, tylko sam szatan. Samo zło. Ksiądz wie dobrze i naucza. I Pan Jezus nauczał. Chociaż teraz księża różni. Różnie nauczają. Jakby i niejednego z nich ten ogień dosięgnął. Jakby się gdzieś nim zarazili, zapalili. I głodni się robią. Taki głodny człowiek, to lepiej z daleka. Chodzo po ulicach, internetach, so wszędzie, głodni. I szukają innych, żeby ich zarażać, tym swoim głodem, tym ogniem, co ich trawi. Żeby się im wbić w skórę, w mięśnie, w duszę samą. Żeby im dać to, co nimi rusza, co nimi myśli, co nimi jest.

Stryj mówił, on więcej ogląda, że był taki serial. Serial znaczy film z wielu filmów. Że wypisz wymaluj o takich ludziach. Że wirus. Że ich przemieniał w głodnych a martwych. Że w zasadzie to ten wirus przez nich żył i ich ożywiał, a oni jakieś potworne takie i obrzydliwe, chodzili żeby innym to samo co im ten wirus zrobił, Żeby wszystko było potworne i powykręcane. Ale potem co? Przecież z ognia, ze zła, z wirusa, nowe życie się nie narodzi. Przecież żeby żyć to trzeba co innego. Trzeba rano wstać. Trzeba ten krzyż, co o nim mówił Pan Jezus, na plecy założyć. Łza się niejedenemu i niejednej zakręci, a bywa że i krew, bo krzyż jest ciężki, sękaty, krawędzie nierówne, łatwo skórę tnie, i krew, i boli, a iść trzeba, to człowiek idzie. Bo człowiek musi żyć. Tak długo, jak go życie a nie wirus jakiś ożywia. Jak z Panem Jezusem, a nie z wirusem abo z samym sobą idzie. Zresztą, czy z Panem Jezusem? To Pan Jezus był w knajpie jakśmy w niej pili? Albo w tej nocy, co głupoty człowiekowi, ale i to, co się nie opowiada, bo przecież nie o wszystkim człowiek powinien opowiadać. Bo i po co. Słów tyle, a życie proste. Ból i odpoczynek, praca i co zjeść albo się napić.

To czasem do Pana Boga mówię jak idę. I jak siedzę. Znaczy mówię, nic nie mówiąc, jak powiedziałem. To mówię czy nie wcale? No mówię. Co mówię? Co popadnie. Mówię, że nie wiem, co powiedzieć. To dość często. I jeszcze, że cicho jest. Dobrze się mówi do Pana Boga jak jest cicho. Nie wiem, ale jakoś jak huk albo muzyka taka głośna, że bębnią tam i krzyczą, to do Pana Boga trudno coś powiedzieć. A teraz wszędzie huk, wszędzie krzyk, mówią – zgiełk. Radio, telewizor, komputer, słuchawki, prezentery, prezenterki, polityki, polityczki, działacze, aktywiści, partie i eksperci, i każden jeden i każda jedna też chce coś powiedzieć i każden chce, żeby go usłyszeli, i patrzy czy słuchajo, i gada coraz więcej, coraz głośniej i z tego wszystkiego taki się zgiełk, taki tumult jakiś robi, że do Pana Boga powiedzieć, coś, zupełnie nie sposób, że nawet na myśli to człowiekowi nie przyjdzie i może to taki podstępny plan szatana, żeby człowieka wrzucić w taki harmider myśli, wrzasków, dziania się, żeby do Pana Jezusa jak najdalej, żeby się nie zauważył, jak zaczyna płonąć, jak mu te słowa i obrazy w ręce się wpijają, jak mu wpuszczają ten ogień, co go potem zacznie trawić od środka, jak mu tego wirusa, co potem będzie jego rękami machał, jego językiem obracał, jego myślami pędził, zadaje.

Więc jak cicho. To wtedy można chyba mówić. Nawet jak mówimy „do Pana Boga”, to czy dobrze mówimy? Ksiądz mówi, że dobrze, ale byli takie księża, co mówili, że to tylko słowa, że Bóg nie pan, i samo słowo, to słowo, a nie to, co ono oznacza, a co ono oznacza, to człowiek tak naprawdę nie wie, choćby mówił, że wie i szkoły skończył i święcenia święte i uroczystości, albo nawet miał milion abo miliard wyświetleń, abo prezydent, abo biskup. Mówią, że nie wie. Bo On, Pan Bóg, wszystkim i wszystkim poza. Że żadne słowa ani, co se pomyślimy, do Niego dotrzeć nie może. Ale jakoś trzeba mówić, to co złego jest w „Pan Bóg”? Nic przecież. Przecież człowiek wie, bez tłumaczenia, że Pan Bóg, to nie jest do zrozumienia ani zobaczenia. Ale jak się Go nie widzi, ani nie rozumie, to jak gadać? Po co? Nie wiem. I w tej niewiedzy, jak siedze albo ide, to gadam. mówię.

– Głupiś – mówił sąsiad. – Jest to, co jest, nie ma tego, czego nie ma – I taką mądrą minę robił. Guzik to. Co on tam wie. Że ma chałupę palce lizać? Że odżywiony? Żona ładnie ubrana? Że ma odłożone na przyszłość? Co mu to da, jak każdemu ten sam koniec. Trumna, teraz urna. Ziemia. Ciemność. Koniec. To co on tak naprawdę wie? Co to jego wiedzenie o tym, co jest, warte? Tyle co nic. Bo to wszystko jak ta bruzda ziemi za człowiekiem. A liczy się to, co przed, a nie to, co za. Liczy się to, co w ziemi, ta jej siła, że rodzi. Nowe zboże, nową trawę, nowe drzewa owocowe, co potem stoją i latem rodzą wiśnie, czerwone, które chłopak z dziewczyną zrywają i w usta biorą, aż im ten sok do wnętrza kapie, aż się zapatrzą tak na siebie i wcale nie jakimś wirusem ani ogniem, tylko samym życiem się zapatrzą, samym dawaniem, bo to może życie się przez nich patrzy, tak jak patrzy się na nas przez ziemię, co rodzi, jak się na nas patrzy przez te wisienki, przez te skowronki na niebie, przez krople deszczu, przez słońce, przez wszystkie dni, przez które przechodzimy, przez cały trud, co go lemieszem naszego znoju odwracamy i zostawiamy za sobą.

Więc to życie się patrzy przez nich, na nich, na siebie, jakby jakąś siłą niewymowną zupełnie i pozasłowną było, jakby było w każdym człowieku, starym i młodym, jakby ku sobie samemu zmierzało w innych ludziach, jakby samo siebie rodziło, coraz to nowszym, piękniejszym, jakby rosło jak jakieś wielkie drzewo samo w sobie istniejące i tylko miejscami ten ogień, co jakieś gałęzie albo liście chce trawić. I to drzewo swój sok tym liściom i gałęziom wysyła, ale nie zawsze może im go wysłać tyle, co potrzeba, bo one zarażone, bo się odcinają, bo zaraz popiół i opadają. Ale gdzie mają opadać, jak tylko drzewo istnieje? Chyba nigdzie, to znaczy, że spadać raz jak zaczną, bo popiół już tylko spadać może, to spadają już zawsze, bez końca, bez początku. Ciemno tam musi bardziej niż w nocy. Nawet takiej ciemnej. Tak Pan Jezus mówił. Kto dzisiaj mu wierzy? Mało kto. Ja tam wierzę. To znaczy się staram, bo człowiek wiadomo. Człowiek to jest taki, co sam. Musi wybierać, decydować. Jaką koszule założyć. Czy się za tą dzierlatką obejrzeć. Czy do kościoła, czy do knajpy? Czy zjeść, czy się napić. Człowiek to oddzielne życie. Niby nie jak gałąź, tylko jak taka pszczoła. Co może lecieć, gdzie chce. Robić, co chce. Może taka pszczoła za następnym kwiatem. A wszystkie słodkie i kolorowe. I może tak dalej i dalej, i dalej. Jak te starce z wirusem głodne w nieskończoność, i pędzić tak, i pędzić, aż w końcu padnie.

Może też pszczoła wracać do ula. Gdzie ciepło. Gdzie nowe pszczoły się robią. Gdzie im miód przynosi swoją ciężką pracą. Przecież nie dla siebie, bo pszczoła ile żyje, tyle żyje. Nie długo wcale. Nie tyle, co człowiek. Ale co to długo? Sto lat to długo? To się temu zdaje, co ma dziesięć. O jak masz dziesięć lat, to sto jest jakby w nieskończoności, gdzieś za horyzontem wszystkiego, za drzewami, lasami, jeziorami, drogami, za całym życiem. Gdzieś na innej planecie może nawet. A jak masz tych lat sto, to te sto widzisz jak stół, albo jak pociąg, co nim do miasta się jeździ. Pędzący przez pola, mijający rzeki, rok jak dzień, wszystko przyspiesza, wszystko blisko, więc te sto, wcale dużo ani długo się wtedy nie zdaje.

I ta pszczoła całe swoje życie dla innych wtedy żyje. Bo może wtedy przez nią właśnie życie żyje. Bo życie żyje dla siebie, to znaczy, żeby życie rosło, żeby kwitło, żeby go było więcej i więcej, bo życie to bycie, to jest to, co jest. Tylko, że to, co jest, nie podoba się temu, co żyje przez tych zarażonych, głodem.

I to już chyba koniec. Więc na koniec powiem, że ksiądz mówił, profesor był taki, największy, potem jeszcze taki młody mówił, ale co młody wie? Profesor, to co innego. Więc mówił, że do Pana Boga to trzeba zwykłymi słowami. Takimi najzwyczajniejszymi. Ale to głupie chyba. Bo co ja Mu powiem? Panie Boże, w brzuchu mi burczy? Toż Pan Bóg wie. Bo sam po części tym burczeniem pewnie jest. Powiem, że mi dobrze w życiu, albo źle, co częściej? I to też wie Pan Bóg, bo w każdym ściśnięciu się oczu, a może nawet serca On jest. I zanim zęby wbiją się w wargi, i zanim człowiek w głuche milczenie, co zamiast łez, to On to wszystko widzi. I widzi jak człowiek na karuzeli życia wywija kapeluszem, bo wsiadł właśnie na konia, słońce świeci, wszystko się kręci i radośnie tak.

To chyba jedyne, co można Panu Bogu powiedzieć, to pomodlić się za innych, nigdy za siebie. Żeby się na nich spojrzał. Żeby się za nimi wstawił. Żeby ich napełnił, jak to Pan Jezus mówił, wodą życia. Czyli życiem samym. Tym niezrozumiałym dla nas czymś, co żyje w nas, przez nas, dla nas. Żeby im dał trochę swojej Miłości, to znaczy sekundę wytchnienia, wolności od głodu, od smutku, od ciężaru, który może sami sobie na garb wkładamy, a może wkładają nam go inni, a może to, co nazywamy życie, ale to tylko tak nazywamy. Więc Cię proszę, żebyś się nimi wszystkimi zajął. Żebyś się im bardziej przypatrzył. Żebyś błądzących wsparł. Żebyś upadającym nie dał upaść. Żebyś był otarciem łez dla tych, którzy nie są w stanie już ich zatrzymać, tylko im z oczu płyną, gardła szlochem rozrywają, choćby i cichy ten szloch był, bo ludzie często się wstydzą i szlochają milcząc. Więc się ulituj Panie Boże nad naszą niedolą, bo życie nasze łatwe wcale nie jest. Bo sami schodzimy z tym pługiem w bok, i zamiast ziemię, zaczynamy orać drogę, a przecież tam kamienie, to łatwo i nogę rozbić i sam pług, i potem katastrofa i siada człowiek bezradny i patrzy w to życie i myśli – ja już nic nie potrafię, nic nie mogę. I nie chce dalej iść.

Daj im Panie Boże trochę wiatru i lepszych myśli, żeby wstali, pług podnieśli. Żeby głębszy wdech, bo ileś tych wdechów nam w tym życiu zostało. I żeby znowu. Nie dla siebie, bo dla siebie, to tylko proch człowiek ma, tylko dla życia, dla innych ludzi, dla tej ziemi, co zrodzi nowe wiśnie, dla następnych, żeby znów zrobili krok, potem kolejny. Żeby radło w dłoni. Żeby chwile odpoczynku, a i zabawy. Żebyś ich trzymał, jak ta ziemia trzyma nas i dzięki temu nie spadamy, gdzieś do piekła, do wulkanów, co pod tą ziemią poskrywane.

I na koniec już nic nie mówię. Patrzę, nawet nie oczami, bo co oczy mają zobaczyć, to widzą abo widziały. A człowiek jak na Ciebie patrzy, to patrzy gdzieś indziej. Gdzieś szerzej i dalej. Na samo Życie patrzy. I milczę. Bo wiem. Że ty wiesz. Wszystko.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *