Pandemia forever…

Udostępnij dalej

Pandemia forever…

 

„Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
Obyś był zimny albo gorący!
A tak, skoro jesteś letni
i ani gorący, ani zimny,
chcę cię wyrzucić z mych ust”

Życie się toczy, powiadają swoim torem. Tak naprawdę toczy się setkami, tysiącami codziennych i niecodziennych spraw, z którymi się zmagamy, o które się ocieramy, z którymi musimy żyć. Noce i dni, niczym z „Nad Niemnem” tworzą rzekę. Tworzą – nasze życie. Ile w nim było zakrętów? Ile olśnień? Ile utonięć i wodospadów? Pewnie każdy ma swój rachunek, swoje rany, swoje ordery. Niesiemy to wszystko ze sobą, przez świat, to jest przez czas, to jest przez, to wszystko dookoła nas.

I bywa, że się przyzwyczajamy, mnie się nasze ubranie, mną się nasze marzenia, zaczynamy „chodzić po ziemi”, nie tak, jak wtedy, gdy mieliśmy …. lat. Poznajemy życie, jako brutalną rzeczywistość tysiąca kompromisów, jako grę zachowań, w którą można wygrać albo przegrać. Więc gramy, na co dzień, szukając może już nie tego wielkiego, ale choć trochę, szczęścia. A jeśli nie szczęścia, to sensu. A jeśli nie sensu, to ulgi. A jeśli nie ulgi, to… zapomnienia lub nie daj Boże – niszczenia.

Świat nas „formatuje”, to znaczy zmienia. Nie można ocalić, prawie nie można, tego, co było dawniej. Tego pierwotnego zachwytu, tej szczerości, tego oniemienia i zaufania. Nie można, bo podłość jest za progiem, jeszcze krok i… jesteśmy z nią twarzą w twarz, a wtedy, wiedzą ci, co ją spotkali, kończą się żarty. Dla niektórych na zawsze, dla innych, ciężkim kalectwem emocji, dla jeszcze innych przejściowym unurzaniem w błocie cierpienia i bólu, kłopotów i problemów.

Ale głównie dopada nas zwyczajność i jakaś taka przyziemność, żeby nie powiedzieć małość. I stajemy się właśnie – letni. No bo co? Świata nie zawojujesz. Nie podbijesz. Bądźmy szczerzy – tisze budiesz, dlasze jediesz.

Stajemy się częścią kompromisu z kompromisem, to znaczy zwiększamy entropię istnienia, to znaczy, czego pojąć nie możemy, stajemy po stronie rozpadu, przeciw życiu, które jest niekończącą się eksplozją, niekończącym się tworzeniem, ciągle czegoś nowego.

Więc szkoła, praca, dom. Czasem dom. Więc trochę przyjemności, tych poprawnych i tych innych, dla niektórych. Więc czasem walka, żeby dostać się na to stanowisko, na tą pozycję. Więc trochę zapomnienia, aż do szpiku kości, bo trzeba dalej, bo kolejny dzień. Ale… rzeczywistość ciemnieje. Robi się szara, niebo ciężkie, zarysy przyszłości niewyraźne, wiatr groźby szumi w naszych uszach i już nawet koniec ulicy nie bardzo widać w dziwnej nawałnicy, która przewala się przez miasto, przez miejsce w czasie, w historii, w przestrzeni, gdzie mieszkamy, z całym naszym bagażem, zapomnianych nadziei i wyważonych konstatacji. Licho nawet wie, co to konstatacje.

Ludzie, też widać ich niewyraźnie, bo wiatr jest ciemny i jakiś piasek, kurz, niesie się wraz z nim. Czepiają się tego i owego, żeby nie dać się porwać. Ktoś zamyka okna. Inny pędzi samochodem, może przez tłum. Może przejedzie kilku, kilkunastu. Zamęt – chyba tak to wypada określić, opowiedzieć, opisać tę rzeczywistość, która przecież wlewa się do wnętrza ludzi. I wychodzą. I kłamią urzędowo, dostojnie, medialnie, patriotycznie. Tak jakby ten ciemny wiatr był kłamstwem przetkany, jakby jego elementy wciskały się we włosy, pod koszulę, może nawet dostawały do krwioobiegu.

Więc ludzie szaleją. Zwracają się przeciwko sobie. Zwracają się do siebie samych, ku sobie. Słysząc wycie, ci co otworzyli przed nim swoje płaszcze, gniew mają przeciw innym. I złośliwą satysfakcję. Że mogą coś zrobić. Komuś złego.

W kasynie, przy głównej ulicy kręci się koło fortuny. Jest także kalejdoskop. Można w nim zobaczyć wszystko. Nawet przebłyski prawdy, o początku tej nawałnicy. Można się napić, ogrzać na moment. Potem zamykają i znów, na zewnątrz, jednym, z czepiających się poręczy, z pochylających się niżej. Byle nie dać się porwać.

Czy potrafimy przetrwać ten wiatr? Czy to kiedyś minie? Czy „pandemia” się skończy? Czy aby słowne podobieństwo: pandemia i pandemonium, czegoś sobą nie reprezentuje? Bo neony nadziei ledwie widać. Bo ludzie mają twarze koloru popiołu. Przynajmniej tak to wygląda, na ulicy, którą wieje „wiatr”.

Więc może to jest po prostu szansa. Szansa dla nas. Żebyśmy zrozumieli.

Żebyśmy zrozumieli, o co chodzi. O co chodzi w życiu. Że na kompromisach możemy dojechać. Do śmierci. Wcześniej czy później i może tak właśnie zaplanowane jest nasze życie. Sformatowane, przez architektów tej pogody. Może dotrze do nas, że jedyną ostoją w tym pandemicznym wietrze może być drugi człowiek. Albo my dla drugiego człowieka. Że rozpad jest częścią życia. Ale tylko wtedy, gdy spotyka się go twarzą w twarz, a nie ucieka przed nim całe życie, by koniec końców, polec, konsumując upragnione istnienie, zamiast się nim stając.

Więc drugi człowiek, jest wszystkim – głosi napis w zeszycie, który otwarł się niechcący. A jeśli nawet, w danej chwili i momencie, okaże się, że sami jesteśmy, bo kasyno opustoszało i wszystko kryje kurz, to możemy wtedy przyjąć. Co? Wszystko. To znaczy, zrezygnować z siebie, albo raczej z tego uporczywego czepiania się. Tej rozpaczliwej obrony.

Możemy wtedy wrócić. Do tego, co najważniejsze. Do tego, co najcenniejsze. Do największych naszych marzeń. Tych wyklętych, tych niespełnionych, tych którym tyle zarzutów sami postawiliśmy. Tych, które zdradziliśmy niewiarą, która jest przecież ceną za kompromis, pozwalający trwać. Tylko, że trwanie w tej pandemii, trochę na nic.

Więc gdy z kurzu zaczniemy ocierać powieki i policzki, i rękawem przetrzemy lustro naprzeciw nas, to może, kto wie, zobaczymy wreszcie swoją twarz? – Za ostatni grosz, kupię dziś chociaż dzień, z dawnych dni – śpiewali jedni tacy.

Więc może jedynym co pozostaje, to męstwo. To świadomość, że być może – nic z tego. Ale mimo to, z całą tą świadomością, to podniesienie z worka niebytu tego, co w nas najlepsze. Rozgrzeszenie siebie z całego tego okresu, gdzie wcale nie chcieliśmy tego oglądać. Więc może to jest taki wielki powrót do samych siebie, poprzez siebie utratę. I może, co mało prawdopodobne, trafi się nam szansa, by być dla drugiego… aż strach powiedzieć – znalezieniem. By być dla siebie – znalezieniem. I wtedy rozgrzeje się nasze serce. I uśmiech choć na chwilę. I z tym ciepłem w środku, będziemy przez najbliższe minuty, może godziny albo dni, może metry albo mile…

Może zdamy sobie sprawę, że możemy być na powrót – gorący. W ten właśnie, ryzykowny i ludzki sposób. I tą drogą iść do Tego, od którego wyszła owa zapowiedź. Owa przestroga. Że letniość, zwyczajność, przyziemność, skompromisowane do końca życie, które z gorzką satysfakcją na co dzień „wygrywamy”. Że to wszystko, w ten sposób, to tylko ciężar, który nas kiedyś może przywalić, gdy droga się urwie.

To w sumie piękne, że życie każdego to swego rodzaju dramat. Że rola nasza niebanalna, unikalna, jedyna taka na całym bożym świecie. Że możemy jednak – wszystko. Choć wcale nie to, co się nam wydawało, gdyśmy byli letni. Że jakoś się możemy dokopać, do czego? Znów te pytania. Do zasobów tej głupiej, niemożliwej, miłości. Że kto wie. Może na chwilę możemy się nią stać albo pozwolić przez siebie popatrzeć jej na świat. I w jej wzroku, to chyba tylko taka możliwość, nawałnica ścichnie, przestanie, a choćby i oaza jakaś. I wtedy Miłość nas nie wypluje. Bo będziemy jej częścią. Przeciw wyciu. Przeciw nawale. Przeciw hymnowi bylejakości i kłamstwa. Przeciw – w sumie to przecież jasne – śmierci.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *