Kościół wobec wandemii

Udostępnij dalej

Kościół wobec wandemii

 

Mówiąc kościół, mam na myśli kościół katolicki. Kościół jako słowo, może mieć wiele znaczeń, także i to całkiem powszechne oznaczące wszystkich wierzących. Jak zatem kościół zachował się wobec wandemii? Czy „zdał egzamin”? Czy dorósł do zadania? Jakie wnioski można z tego wszystkiego wyciągnąć?

We wszystkich kulturach świata, ale także i na kartach Ewangelii, znajduje się to przesłanie, że czyny mają znaczenie, słowa zaś tego samego znaczenia nie mają. Słowa to przestrzeń płynna. Przestrzeń zapowiedzi, niedotrzymywanych, tłumaczeń i wymówek, tworzonych dla ubrania czynów w jakieś takie ubranie, które zasłaniałoby ich nagość.

Więc rządzący nami, mają dla nas wiele słów. Codziennie, co godzinę, co piętnaście minut, potok niczym z uszkodzonej oczyszczalni ścieków wlewa się do umysłów Polaków. Potok słów. Potok tłumaczeń. Potok narracji, czyli opowieści o rzeczywistości. W tej narracji zaczynamy żyć. Ludzie zawsze mieli tendencje do życia w „narracjach”, dlatego właśnie, ta przestroga – chcesz znać prawdę? – Patrz na czyny.

Więc zaborcy nie zamknęli kościołów. Nawet wojna i okupacja nie postawiła tamy pielgrzymkom. Komuniści byli bezradni wobec wiary i jej manifestowania. Nikt i nic nie mógł powstrzymać tego narodu przed świadomym, społecznym, publicznym wyznawaniem i praktykowaniem katolickiej wiary. Aż przyszedł – strach to właściwie pisać – polski rząd.

Oczywiście, że nie chciał i to wcale nie on. To tamten, owamten, doktor. A tak naprawdę, to przecież pandemia, to wirus te kościoły zamknął. To on pchnął niezwyciężone zastępy policji obywatelskiej, które powstrzymały Łowicką Pielgrzymkę na Jasną Górę – po raz pierwszy od ponad 300 lat.

W moim mieście jest kościół. Kościół, który lubię i jakoś z nim jestem związany. Jego wieża wysoka, widać niemal z każdego punktu. W samy środku komunizmu, ówczesny proboszcz, na powitanie kopii obrazu Matki Boskiej zainstalował na jego wieży, z czterech stron neon. Gdy wieczór i gasło niebo, i miasto się kryło pod kożuchem nocy, w tej ciemności, skąd nie popatrzeć, widniało wyraźne AVE. I tak trwało dziesiątki lat. I komunistyczna władza nie potrafiła usunąć tego wezwania, tego symbolu z pejzażu miasta. Po przemianach w końcu przyszedł nowy proboszcz. Katolicki. I to właśnie proboszcz zdjął ten napis. W jego miejsce zainstalowano anteny telefonii komórkowej.

Nie tak dawno, księża, cóż księża, papież nawet, zamykali kościoły dla wiernych. Bo zaraza. Mordercza. Bo rozporządzenie. Władzy. Bo to z troski, o wiernych. Bo przecież do kościoła można chodzić – duchowo. I ogłoszono, że komunię też duchowo. I wszystko duchowo. I nie było Świąt Wielkiej Nocy. To znaczy były – duchowo. I spełnia się w ten sposób wielki postulat świata, by religia była duchowa, to znaczy, by każdy, odizolowany w swoim mieszkaniu, sam na sam z obejmującym go potokiem medialnym, duchowo swoją religię praktykował. Żeby to była jego – prywatna sprawa. Niech nie brudzi przestrzeni publicznej. Niech nie naraża, innych.

Nasza władza niewątpliwie aspiruje do bycia religijną. Oto bowiem uzasadnieniem ustawy staje się – w ustach człowieka, który akceptował wezwanie „Polskę zbaw” – argument moralny. Ta władza określa już, co jest moralne, a co nie. Władza wchodzi w kompetencje kościoła i to skutecznie.

Tymczasem kościoły znów zostają znów przez władzę – pół-zamykane. Znowu są rozporządzenia. Znów ta niepewność – czy będą święta? Ludzie osamotnieni w domach. Słabe wspólnoty jeszcze bardziej rozrywane przez rządzących ludźmi panów w garniturach. Tych patriotycznych, bogobojnych, tych od piątki dla zwierząt i zwycięskiego odcięcia ludziom dostępu do wspólnotowego wyznawania, że Jezus Chrystus jest panem życia i śmierci każdego z nas. Że umrzemy. Że nic na to się nie da poradzić. Że każda chwila tego życia jest po prostu krokiem na drodze do jego utraty. Że On, na nas czeka. Że jest życiem, że je nam wróci.

Ale to tylko dzisiaj opowieści. Biskupi spałowani aferami pedofilskimi, ogładzeni funduszami wspólnotowymi, radia katolickie wzruszone przychylnością władzy, co wpada na imprezy i kołysze się w takt śpiewając. Kościół, dawny Kościół, który w szeregu sporów i konfliktów wypracował sobie pozycję niezależną od świeckiej władzy. Kościół którego papieży więzili królowie, do którego cesarz przychodził w pokutnym worze. Ten kościół usiadł.

Usiadł w trzech wymiarach. W wymiarach najistotniejszych.

Po pierwsze usiadł w wymiarze wiary. Wiara przestała być czymś dosłownym, realnym, namacalnym. Zresztą czemuż się dziwić skoro księża i biskupi potrafili wyczyniać „takie” rzeczy. Więc na cóż te obrzędy? A ci księża, co kończą ze sobą? Więc jakby ta wiara lekko wzięta w nawias. Jezus nad przed władzą ani chorobą nie obroni. No bo jak? To musimy „usiąść”.

Po drugie kościół usiadł w wymiarze racjonalnym. W odróżnieniu od mistycznych tendencji prawosławia, emocjonalności i praktyczności protestantów, katolicyzm był zawsze ostoją rozumu i racjonalnego postrzegania życia, świata i wiary. Wydaje się, że śpiewanie w kościołach hymnu „Od powietrza, głodu, ognia i wojny” w kontekście „zarazy”, wskutek której umiera mniej ludzi w Polsce niż rok czy dwa temu, stanowi bezpośrednie uderzenie w rozsądek, w rozum, w racjonalne podchodzenie do spraw rzeczywistości. Liczy się ślepa, emocjonalna uległość. Liczy się strach i troska. Liczy się posłuszeństwo. Ale nie Bogu, tylko władzy świeckiej.

Po trzecie kościół usiadł w przestrzeni relacji międzyludzkich. To nigdy nie była specjalnie mocna strona polskiego kościoła, ale jednak jakaś była. Instytucjonalizacja obrzędów, takie czy inne wspólnoty. Cykliczne bycie razem wiernych. To wszystko, w szczególności dla osób samotnych lub pozbawionych rodziny, było szalenie ważnym elementem życia. Zwłaszcza, gdy łączyło się z wyznawaniem wiary w to, że Bóg jest z nami. Jest także poprzez ludzi. Bo „gdzie dwóch albo trzech w imię moje”, Pan Jezus mówił o gromadzeniu się. Więc ta usłużna wobec władzy zgoda na odtrącenie wiernych, to zamknięcie kościołów, tę tkankę relacji międzyludzkich  – rozbija.

Musimy wybaczyć. Wybaczyć księżom. Zrozumieć ich. Ale może powinniśmy ich dopingować. Może się za nich modlić. Nie jest to dla nich łatwe wobec najskuteczniejszego ataku na życie religijne w historii Polski. Nie jest to łatwe, bo pozycja kościoła jest zupełnie inna niż wiek czy wieki temu. Ale powrotu do żywej wiary, do racjonalności działań, do niepodległości w stosunku do świeckiej władzy, do tkania relacji między ludźmi, wypada kościołowi życzyć.

Przeciwko sobie religia ma dzisiaj ciemny strach, judzenie do nienawiści i potok oskarżeń wobec każdego, kto nie w pełni posłuszny wydającym rozporządzenia. Czy da się to wszystko jakoś pozbierać? Trudno powiedzieć. Racjonalnie rzecz ujmując, zjazd w dół jest prawdopodobny. Ale ekstrapolacje względem rzeczywistości często zawodzą. Więc…. może będzie dobrze.

 

—————————————————————————————
Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.


Udostępnij dalej

One thought on “Kościół wobec wandemii

  1. „Musimy wybaczyć. Wybaczyć księżom.”

    Panie Zbyszku, Pan był we Wojsku. Ksiądz to Pana dowódca. Proszę nie ulegać niemieckiej antypolskiej propagandzie. Niemcy zrobią wszystko, aby Polska znikła z mapy swiata. Ale to oznacza również Pana zniknięcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *