#15: Jednodniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej – z wizytą w raju

Udostępnij dalej

 

Mój jednodniowy post przebiega strasznie bez sensacji. Może jem coraz mniej, bo mi się nie chce. Szczególnej niechęci nabrałem póki co, do gotowanego. Smakuje mi tylko surowe i to w niewielkich ilościach. Pewnie mnie wyniosą. No ale… wszyscy niemal wynalazcy albo propagatorzy diet przedwcześnie się deportowali z tego świata.

Jem dwa, a czasem jeden posiłek w ciągu dnia. Śniadanie to niezmiennie porcja tartej marchewki, zazwyczaj uzupełniania tym i owym, a raz – dzisiaj –  mi się nie chciało, więc zjem za jakiś czas sałatę albo kapustę, albo w ogóle zrobię sobie obiad.

Nie liczę kalorii, ale jest ich chyba bardzo mało. Trochę czytam albo oglądam coś na temat żywienia, żeby się dokształcić. Samopoczucie mam dobre, nastrój przeciętny, wydajność organizmu w porządku, w ciągu 4 dni zrobiłem jakieś 140 km na rowerze, co jak dla mnie jest wyczynem i raczej – też z racji pogody – nie mam zamiaru go powtarzać.

Czy chudnę? Tak – chudnę. Straciłem ok 6 kg od początku postu. To dość dużo, ale jak znam mechanizmy, jakie wtedy w organizmie zachodzą, to na początku spadek wagi jest większy, potem, w miarę upływu czasu, waga spada wolniej.

Codziennie jem jakiegoś owoca. W zasadzie tylko jabłka, bo dostałem ekologiczne, prosto z działki, więc kupione w markecie grapefruity leżą i mają pretensje. No ale co ja im zrobię, jak nadmiar mam w zasięgu ręki. Ten nadmiar to chyba mamy w każdej niemal dziedzinie. Przez niego dewaluacji ulega wiele spraw. Świadomość łapie sto rzeczy na raz. Jesteśmy wszędzie i nigdzie, bo trudno to poskładać razem, trudno naprawdę przeżyć, do końca zrozumieć, w pełni się zanurzyć.

Więc kierowany tymi przesłankami i jakimś podskórnym marazmem, może wskutek bezkonfliktowego poszczenia, wybrałem się do raju.

Mój raj ma wymiary 10 na 5 metrów. Mieści się „kawałek” od mojego domu. Można tam dojechać, dojść – trochę długo. Wsiadłem na rower. Wiadomo, słońce, ludzie, droga. Nad głową katedry z drzew, pomieszanie światła i cienia, migoczące sklepienia.

Raj istnieje. Od zawsze. Wszystkie święte skrypty, pisma, zwoje o nim mówią. Tylko, że mówią o raju, który przeminął albo który dopiero będzie, kiedyś tam, za sto, tysiąc, milion lat. Do kitu z takim rajem. Ludzie chcą raju teraz, choć na chwilę, choć na moment. Mówi się nam, że bez raju można żyć. Nie można. Jeśli spróbujemy, to piekło otworzy się w nas, i… zacznie wsysać. Co? Najpierw innych, potem nas samych, aż wessie wszystko i zostanie tylko ból, i niezaspokojenie.

Więc każdy potrzebuje raju, miejsca, sytuacji, zdarzenia – nie z tego świata. Gdzie prawa tego świata nie obowiązują. Gdzie jego zwyczaje nie docierają. Gdzie jego „prawdy” nie istnieją. I można go odnaleźć, czasem w innych ludziach. A czasem, zaszyty w trzcinach, drzewach, gdzieś nad jeziorem…

Mostek już próchnieje. Szczebelki łączące z brzegiem odpadły. Zrobiłem krok. Mam długie nogi. Potem po drżących deskach. Te kilka, może dziesięć metrów. I wszystko zostało z tyłu. Słońce. Słońce pamiętam bardzo dokładnie. Było wszędzie. Może szczególnie na skrzydłach ważki, która tuż obok mnie, tańczyła to w tę, to w drugą stronę. Zaraz – dwie następne. Pierwsza niebieska, te dwie, złączone jak „pociąg”, całe czerwone. Przysiadły niedaleko na szczebelku molo. Morze trzcin wokół. Cisza. Zacząłem patrzeć na wodę. Po niej, jakieś pajęczaki, sam nie wiem co, coś biegało. Żaba, kucnąłem, wyciągnąłem komórkę do zdjęcia, ale – chlup. Umknęła. Niebo przeźroczyście niebieskie. Trzciny – ich pałki właśnie „wybuchły” i w powietrzu setki maleńkich spadochronów.

Na powierzchni wody jakiś dziwny dywan z malutkich zielonych listków. Coś tam się pod nim ruszało, nie wiem co, bo właśnie znowu te ważki. Ta miała kolor szary. Pewnie straciła gdzieś swój pierwotny, więc teraz już nie może się niczym pochwalić. Taka ważka żyje… do jesieni. Czyli prawie już. Jeszcze tańczy i szuka, a za chwilę już jej nie będzie. I tak możemy obserwować, całe ich życie, w tej powodzi światła, zieleni, powietrza, wody. Czy nasze życie też można tak obserwować? Żyjemy – zdaje się nam długo, ale to tylko z naszej perspektywy. Tak naprawdę przemijamy… bardzo szybko. Więc tu, w raju… będą następne ważki. Będą następne trzciny. I gdy nas… nie będzie, ktoś przyjdzie w to miejsce i będzie się może gapił, w odbicia słońca w wodzie, przyglądał żabom pluskającym, skaczącym, tym wszystkim owadom i roślinom. I może będzie pytał sam siebie – jaki to ma sens? Jak to jest? Że to wszystko  przemija i jednocześnie to wszystko trwa? Co to jest… życie? Skąd się wzięło? Żałosne głupoty, że z przypadku, już sobie darowaliśmy.

Ale czy taka ważka, widzi – to wszystko? A ślimak pracowicie poruszający się po trzcinie? Czy istnieje dla  nich błękit? I ta powódź światła? I ten cud życia, tutaj, teraz, zawsze? Czy trzeba właśnie człowieka? Bo inaczej, to tylko jakieś schematyczne obrazy w oczach tych zwierząt. Może patrząc – tworzymy. Raje, ludzi, piekła, nieba? Może jesteśmy współ-twórcami?

Właściwie to przemawiała do mnie zieleń, która… ze wszystkich stron trzcinami na wysokość człowieka. I cisza pełna dźwięku. I pomyślałem sobie, że mógłbym tu być. Jak długo? Zawsze. Bo to życie, tutaj, jest. Istnieje gęsto. Dziwacznie. Namacalnie. Budziłbym się z dniem. Czasem pochmurnym, czasem słonecznym. Byłbym ruchem fal wody. Milionem zielonych perełkowatych liści, lasem trzcin, nieskończoną wielością życia. Przeglądałbym się w tym wszystkim. Rosłyby pędy trzcin, wiatr, wcale by nie szalał i czekałbym tak… na następnego człowieka. Ile? Może nawet tysiąc lat, całą nieskończoność, nie ważne. Tak myślę, że istnieje ktoś lub coś, co na nas czeka… Ile? Nie ważne. Ważne, że jesteśmy „czekani”, potrzebni.

Droga przez las też była ładna. Nie wiem, ile byłem w raju, bo tam, czas, nie płynie. Dziwna sprawa. Nie ma go, czasu, a wszystko się dzieje. Jakby zawieszone były wszystkie prawa fizyki, matematyki, logiki i czego tam jeszcze. Pedałowałem wytrwale. Na przejściu – to godzinę później – było czerwone. Dziewczyny z komórkami, chłopaki z komórkami. Zmiana światła. Naprzód. I nie wiem, zdaje mi się, że… nadal tam jestem. Że jesteśmy tam, gdzie umieściliśmy nasze serce. W tych spotkaniach i chwilach, w tych miejscach zaczarowanych, w których otwieraliśmy na oścież, sami nie wiedząc co. Więc i ja jestem, i będę, w moim raju. Będę tak jak w Santiago. Chciałem napisać dalekim, ale przecież to nieprawda. Nie tylko czas, ale i odległość w raju nie istnieje. Mam nadzieję, że każdy z  nas taki raj dla siebie znajdzie. A kto wie… może się kiedyś wszyscy w takim raju spotkamy i… odnajdziemy. Będzie, że ach…

Można już włączyć muzykę…:


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *