Czas skończyć z przeżytkiem, jakim jest małżeństwo

Udostępnij dalej

Czas skończyć z przeżytkiem, jakim jest małżeństwo

 

Dlaczego właściwie ludzie nie mogą żyć jak chcą? Dlaczego w ogóle zastanawiamy się, czy wprowadzić „związki partnerskie” „unión concubinaria” czyli zalegalizować konkubinaty? Ludzie nie chcą zawierać ślubu, nawet cywilnego. Chcą po prostu żyć razem i mieć przysługujące z tego tytułu prawa, do dziedziczenia, do wspólnego rozliczania się, itd. Czy naprawdę to komuś przeszkadza?

Mogą mieć w takim związku dzieci. Nie potrzebują do tego „małżeństwa”. Dzisiaj te małżeństwa stają się najzwyczajniej niepraktyczne, dlatego więcej osób się rozwodzi niż je zawiera. A z rozwodem, takim od małżeństwa jest całe mnóstwo rzeczywistych problemów. Konkubinat co innego. Przestaliśmy się kochać, dogadywać, pasować. Możemy iść dalej. Mieć następnych partnerów. Żyć jako single. Teraz jest nowy świat, nowa „normalność”, pora się obudzić.

Chodzi o to, że miłość nie wybiera. I mężczyzna może zapragnąć mężczyzny, żeby ten drugi wkładał mu w odbyt, to co mu tam wkłada. Albo heteroseksualnie. Człowiek potrzebuje wolności. Swobody. Praw. Jeśli ludzie się kochają, to dlaczego odmawiać im związków partnerskich, małżeństw (***) homoseksualnych, konkubinatów? Ich miłość jest jakaś gorsza? Mamy oceniać sposób zaspokajania ich popędów seksualnych?

Najlepiej będzie skasować małżeństwo jako takie, w tej postaci jaką znamy z przeszłości. To przysięganie albo ślubowanie sobie przed całą społecznością, te obietnice, że „na całe życie”. Te błogosławieństwa – „bądźcie płodni”. Przecież nie o płodność wcale chodzi! Na przeludnionej Ziemi, którą ludzie zadeptują ośmioma miliardami par stóp, dalsze mnożenie się i płodność, to akt wandalizmu i nieodpowiedzialności.

Ludzie nie dlatego łączą się w pary, żeby płodzić dzieci. Tu, jakże trafnie, wpisują się ze swoim przesłaniem ruchy wyzwolenia kobiet: „moje ciało mój wybór”, „nie będę krową rozpłodową!”, „kobieta nie jest od tego, żeby rodzić dzieci!”. No bo nie jest. Kobieta ma też prawo do kariery zawodowej, zastrzeżonej do tej pory dla mężczyzn. Ma prawo wspinać się po szczeblach korporacyjnej drabiny na sam szczyt. Kobieta też jest człowiekiem, a nie inkubatorem!

Pewnych wątpliwości nabrać można jednak, jeśli człowiek przyjrzy się historii. Dobrze, że we współczesnym świecie człowiek przygląda się wyłącznie temu, co administrator danego kanału medialnego wystawi mu przed oczy. Nie musi sobie w ten sposób zaprzątać uwagi głupimi sprawami. Cudowną rolę pełnią ci administratorzy – cywilizacyjną. Kształtują nowego człowieka. Na miarę. Oczekiwań.

Więc w historii ludzie zawierali małżeństwa. Zawierali je, choć bywało, iż mogli się kochać i współżyć jak tylko chcieli. Nie krępowała ich w tym zakresie posępna polityka Kościoła Katolickiego, bo go nie było. A jednak – żenili się! Ona i on. Żenili się na zawsze, nie na chwilę lub do czasu. Zdrada była w pogańskim Rzymie potępiana. W Chinach podobnie. Co ma do tego Kościół Katolicki? On powtórzył, ugruntował i utrwalił zasady stosowane przez ludzi od dawna.

Więc DLACZEGO ludzie łączyli się w trwałe małżeństwa i dlaczego miały one specjalny status, praktycznie we wszystkich kulturach? Tak tak, zawsze są wyjątki potwierdzające regułę, jeśłi chodzi o ludzkie zachowania.

Czy to była potrzeba doświadczania przyjemności seksualnej? Nie. Czy przyczyną było, iż dwoje się kochało? Nie. Bywało, że nie za bardzo się znali przed małżeństwem. Choć przecież przynajmy, że i te czynniki odgrywały czasem swoją rolę. A jednak, jak pisze Stephanie Coontz  w swojej książce „Jak miłość podbiła małżeństwo”, na przestrzeni dziejów miłość przychodziła – jeśli w ogóle – po zawarciu ślubu. Nie zawierało się go w celu skonsumowania przeżywanego uczucia. Więc – po co?

Otóż po prostu dlatego, że ze zbliżenia kobiety i mężczyzny rodziły się dzieci. Istnieje jakiś, trudny do bezpośredniego wskazania, ale zupełnie realny ZWIĄZEK pomiędzy biologicznymi rodzicami i dzieckiem. Pewna „gleba” emocji i współgrania. Właściwie poprzez opiekę, troskę i wychowanie dzieci, ludzie przekazywali życie. Ale nie tylko to – biologiczne. Przekazywali własnym dzieciom – siebie.

Nawet nie potrafimy jasno opisać, co to znaczy – przekazać siebie. Potrafimy odczuwać, to co odczuwa każdy rodzic, gdy malutkie dziecko zaplecie swoje rączki na jego szyi i się przytuli. Czy nadal potrafimy? A przecież wtedy – „świat odjeżdża”. Przecież tak naprawdę najsilniejsze relacje miłości występują między rodzicami a dziećmi właśnie.

Ten proces ochrony, kształcenia, pielęgnowania i wreszcie zrywania więzi, by  młody człowiek poszedł samodzielnie już w życie, bo tworzył swoje, niosąc w nie i następujący po nim szereg pokoleń, to, cośmy  mu dali, tuląc jego płacz, wzbudzając jego śmiech, troszcząc się o jego przyszłość i dobro. Tak naprawdę przekazujemy dzieciom siebie, to, co w nas najlepsze. Dzięki nim, w jakimś sensie trwamy, to znaczy życie, które jest w nas, dalej trwa. nić, którą tkaliśmy własnymi wyborami, czynami, cierpieniem i uniesieniem, wplata się w następujące po nas generacje. Najbardziej przez dzieci.

Ale czy to jest tylko taka poezja i beletrystyka. Domniemywanie, owszem czasem człowieka dotykające, ale będące de facto ględzeniem i wyobrażaniem sobie sentymentalnych związków i prawidłowości? Jak to ocenić? Czy są jakieś FAKTY. FAKTY naukowe, które mogłyby coś nam powiedzieć, na temat tej fundamentalnej dla rodzaju ludzkiego relacji, pomiedzy rodzicami i dziećmi?

Okazuje się, że takie fakty są. Tylko – jak zwykle – ciężka łapa selekcjonerów treści, pracowicie usuwa je sprzed oczu ludzi. Lepsze są wezwania do subiektywności, paranoiczne już spory polityczne, ciągły strumień nowości, tak że oprócz nowości istniejących jeden dzień, nie ma już miejsca w świadomości człowieka na cokolwiek więcej.

Martin Daly i Margo Wilson już dawno temu prowadzili badania na temat zależności pomiędzy środowiskiem domowym a częstością takich zjawisk jak maltretowanie, dręczenie i wykorzystywanie dzieci. „Przypadki maltretowania oraz interwencje policyjne były rzadsze w rodzinach złożonych z dwojga naturalnych rodziców i dzieci” – piszą w swoim opracowaniu. „Dzieci żyjące z dorosłymi w nowych związkach, to znaczy z jednym naturalnym rodzicem i następnym partnerem, były narażone na krzywdzenie – i tu uwaga i można usiąść – 40 razy częściej, niż w przypadku posiadania dwojga biologicznych rodziców„. Należy pamiętać, że to badanie było pojedyncze i z 1985 roku.

Zbiorcze zestawienie różnych badań naukowych z przełomu wieków potwierdza jednak te informacje. Czytamy w nim, że:

  • Najbezpieczniejszym środowiskiem dla dziecka jest małżeństwo jego naturalnych rodziców.
  • Następnym na skali bezpieczeństwa środowiskiem, jest drugie małżeństwo matki.
  • Krzywdzenie dziecka jest bardziej prawdopodobne, gdy jest ono wychowywane przez samotną matkę lub ojca.
  • Co jest szokujące, dzieci są równie często krzywdzone (jak w przypadku samotnego wychowywania) gdy biologiczni rodzice mieszkają razem bez małżeństwa – konkubinat.
  • Najgroźniejszym środowiskiem dla dziecka jest rozwiedziona matka mieszkająca bez ślubu z następnym mężczyzną.

Rosną razem takie wskaźniki jak liczba rozwodów, liczba dzieci żyjących w rodzinach częściowych, liczba molestowań i skrzywdzeń dzieci.

A tak wygląda to na wykresie na podstawie badań z 2010 roku. Oto zależność krzywdzenia fizycznego (pobicia i dręczenie) od struktury „gospodarstwa domowego”:

image

Dziecko w środowisku naturalnych rodziców żyjących w konkubinacie, jest 4 razy bardziej narażone na przemoc. Dziecko w ponownym związku matki z „partnerem”, jest DZIESIĘĆ RAZY bardziej narażone na krzywdzenie, niż w biologicznym małżeństwie. Drugi wykres obrazuje wykorzystywanie seksualne:

image

Tutaj dane są jeszcze bardziej PRZERAŻAJĄCE. Po prostu, brak małżeństwa dwojga rodziców przekłada się na WIELOKROTNIE częstsze krzywdzenie dzieci.

Jeśli chodzi o mężczyzn, to ich agresywne wobec dzieci zachowania, są często pochodną traumy z ich własnego dzieciństwa, gdy sami byli krzywdzeni. Drogą gwałtownych zachowań, w swoim odbiorze, zachowują lub  odzyskują kontrolę na relacją między nimi a członkami rodziny.

Co jest zdumiewające i w opozycji do powszechnie ugruntowanych w społeczeństwie stereotypów, to matki częściej prezentują agresję wobec dzieci niż mężczyźni. Jeśli nie posiadają wystarczającego oparcia w środowisku zewnętrznym, wymagają od dzieci postaw dorosłych i opiekuńczych, traktując je jak osoby niemal dojrzałe. Nie otrzymując tego, reagują wycofaniem się z emocjonalnej relacji z dzieckiem i gniewem.

Istnieją wyraźnie prawidłowości, wskazujące, na przenoszenie zachowań przemocowych i agresywnych wobec dzieci, pomiędzy pokoleniami. Dzieci, które nie otrzymały wystarczającej porcji miłości od matki i uwagi od ojca, będą miały tendencję w przyszłości do krzywdzenia własnych dzieci, co prowadzi do propagacji zachowań i wzorców patologicznych.

Diana Zuckerman na łamach „National Center for Health Research” przedstawia szczegółowe dane:

„Rezulataty badań z 2009 roku (2 297 rodzin) pokazują, że w rodzinach bez mężczyzny w domu lub gdy mężczyzna nie jest biologicznym ojcem dzieci częściej dochodzi do interwencji związanych z przemocą wobec dzieci, niż w rodzinach złożonych z dwojga naturalnych rodziców.

Wszystkie formy krzywdzenia dzieci występowały od 8 do 10 razy częściej, w przypadku porównania małżeństwa biologicznych rodziców i sytuacji, gdy tylko jedna osoba w związku jest rodzicem naturalnym.

Na 192 tysiące przypadków krzywdzenia dzieci, badanych w 18 stanach USA, stwierdzono, że – co znów może szkodować – w 46% przypadków sprawcami byli mężczyźni, ale w 54% to kobiety krzywdziły dzieci. Wśród mężczyzn dopuszczających się występków wobec dzieci, biologiczni ojcowie stanowili 51%. Wśród kobiet sprawczyń przemocy wobec dzieci ich biologiczne matki, stanowiły 86% sprawczyń.

„Tradycyjne małżeństwo to piękna rzecz, ale dla mnie jest to nieważne, bo ślub to po prostu rozpoczęcie wspólnego życia” – opowiada Alison, żyjąca od 4 lat w konkubinacie i wychowująca dwójkę dzieci ze swoim przyjacielem. „Żyjąc z dwojgiem dzieci, kotem i psem, właściwie jesteśmy małżeństwem” – relacjonuje Jennifer, samotna matka, która właśnie zakończyła 9 letnie wspólne mieszkanie (konkubinat) ze swoim partnerem, ojcem 3 latka. „Czuliśmy się bezpiecznie w takim związku – relacjonuje dalej – bez całego tego ślubu, obrączek, wspólnego nazwiska”.

I jakkolwiek dorośli wydają się zadowoleni z takiej formy relacji, to pozostaje pytanie o dzieci. O ich los. O ich dalsze życie. Bo wszystkie badania wskazują, że doświadczając agresji, krzywdy i lekceważenia, na trwale tracą pewne zdolności i cechy charakteru. Łatwiej dochodzi w ich przypadku do zachowań aspołecznych, autodestrukcyjnych i… agresywnych.

Nastawienie na własną przyjemność, własny rozwój, własny „sukces”, wpajane ludziom przez media, pomija tych, którzy głosu nie mają. Tych najmniejszych. Liczą się potrzeby dorosłych i ich wrażenia. Ich „bezpieczeństwo”, ich ciała. „Moje ciało, mój wybór!” – wykrzykują wyedukowane przez medialnego Behemota panie, domagając się prawa do zlecania mordowania tych swoich dzieci, które noszą jeszcze w sobie. A przeciez niepotrzebnie. Władze niektórych krajów w Europie wyszły już naprzeciw oczekiwaniom ludzi, i dziecko można zabić po jego urodzeniu. Nazywa się to wtedy eutanazja, tak – na dzieciach, zamiast aborcja.

Dzieci głosu nie mają. Rosną czasem w atmosferze opuszczenia, lekceważenia, bezzasadnej przemocy. Rosną i kumulują w sobie gniew. Przekonanie, że na ludzi nie można liczyć. Że ludzie zasługują na wyrażenie tego gniewu. Na sprawiedliwość to znaczy odpłatę. I tak potworna propaganda deprecjonująca wartość macierzyństwa, wpierająca dorosłym dążenie do „szczęścia” identyfikowanego jako przyjemność, odkłada się w kolejnych pojawiających się pokoleniach ludzi, nas wszystkich prowadzi w krainę cienia. Gdzie ani pomyśleć, ani się zbratać. Tylko ten pieprzony ekran i po*ebani eksperci, od subiektywności, praw jednostki i podmiany znaczeń słów.

Generał zakonu Jezuitów, jeszcze bardziej kontrowersyjny od papieża z tego zakonu pochodzącego, poddał w jednym z wywiadów w wątpliwość istnienie diabła jako osobowego zła. Wysunął sugestię, że to symboliczny opis zła w ogóle. Ale jeśli tak, to komu służą wszyscy ci, którzy przyczyniają się do obserwowanych zmian społecznych?


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *