Dwa słowa o języku (taki żart, z tym dwa :)

Udostępnij dalej

Dwa słowa o języku (taki żart, z tym dwa :)

 

– To mama… – mówi matka do dziecka, przekazując mu po raz pierwszy ZNACZENIE wymawianego słowa. Dziecko nie od razu, ale po pewnym czasie zaczyna „rozumieć” co to ZNACZY mama. Uczy się tego też przez interakcje. Wie z czasem, że gdy zawoła „Mama”, to pojawi się, to źródło ciepła, miłości i bezpieczeństwa. Lepiej owo „źródło” pozna i nie jest to już żadne źródło, ani zbiór wrażeń, to JEST mama.

Stąd wykształcił się w różnych kulturach pogląd, że nazywanie jest – do pewnego stopnia – stwarzaniem, bo człowiek potrzebuje się odnosić, choćby w myślach, do elementów rzeczywistości, a nie może, jeśli nie zostały – NAZWANE.

Więc język pełni funkcję REPREZENTOWANIA świata. Takiej reprezentacji podlegają zarówno fizyczne elementy rzeczywistości materialnej, jak i wewnętrzne emocje i uczucia. Język jest systemem REPREZENTACJI rzeczywistości. W istocie żyjemy zarówno w rzeczywistości tej doświadczalnej, jak i w rzeczywistości JĘZYKA, w rzeczywistości MYŚLI.Może nawet częściej i bardziej w tej drugiej?

Więc drugą funkcją języka jest MYŚLENIE. Myślimy zawsze językiem, to znaczy znakami wskazującymi na pojęcia, na elementy rzeczywistości, którą możemy „pomyśleć”.

Jeśli język jest ustalony, to znaczy wiemy, co ZNACZY (a więc na co wskazuje) dane słowo, to z takich słów możemy konstruować długie wzajemne związki i przy ich pomocy, „zrozumieć” świat. A zrozumieć, to znaczy poznać przyczyny, przewidzieć skutki, rozpoznać prawidłowości. Więc o ile sam język REPREZENTUJE istniejącą rzeczywistość, to myślenie – a więc konstrukcje tego języka – reprezentują przebiegi zmian i prawidłowości doświadczanej rzeczywistości. Jej sens. Związki logiczne, przyczynowe itd.

Trzecią funkcją języka jest owo wypowiadanie przez dziecko słowa „Mama”, a czasem „Tata”. W ten sposób dziecko przekazuje nie tyle dźwięk albo znak, ale to, co ów znak (słowo) wskazuje. A więc pragnienie, by pojawiła się… ona, on. Dziecko komunikuje się z rodzicami pojęciami, które umie nazwać. Aby komunikacja była więc możliwa trzeba, by słowa dla każdej strony komunikacji, znaczyły „to samo”, wskazywały na to samo pojęcie, znane obu stronom.

Język generalnie tworzony był zawsze oddolnie. Z niepoliczalnej przestrzeni wymienianych między ludźmi słów, dźwięków, idących za nimi – uwspólnianych – znaczeń. Jeden człowiek mówił do drugiego, czasem do kilku, może kilkudziesięciu. Słowa pojawiały się w tej przestrzeni, niosły ze sobą pojęcia. I gdy więcej i więcej – a z natury rzeczy był to proces powolny – występowało powtórzeń, to dane słowo i znaczenie jakie niosło ze sobą, stawało się częścią reprezentacji świata, ludzi znających dany język.

Kluczowe dla zrozumienia mechanizmów tworzenia się i ewoluowania języka jest zauważenie istnienia przestrzeni, w której dochodziło do „kreacji” słów i pojęć. To była przestrzeń między konkretnymi ludźmi. W rozmowie, potem w listach, potem jeszcze w książkach, w końcu w gazetach. Ale najpierw, przez tysiące lat – w rozmowie, w ramach osobistego kontaktu.

Teraz nastąpiła zmiana. Zmiana techniczna. Słowa zostały przeniesione z tej przestrzeni pomiędzy ludźmi, z obszaru nad którym mieli kontrolę, do przestrzeni nowej. Wskutek powstania mediów, bardzo nieliczna grupa osób, może w przestrzeni istnienia i odbioru słów, „wypowiedzieć” słowa z mocą miliardów powtórzeń. Nie ma oddolnego, ewolucyjnego procesu, bazującego na doświadczeniach jednostkowych, na przekazywaniu owych doświadczeń i ich opisów, i tworzeniu w ten sposób znaków-słów, które wszyscy rozumieją.

Pojawiła się nieznana dawniej możliwość ingerowania w język. Zmiany znaczenia słów. Rozmycia znaczenia słów. Tworzenia ad hoc, nie na mocy uwspólniania doświadczeń, tylko na mocy rezonansu w medialnej przestrzeni, słów i pojęć, których znaczenia nie pochodzą z wrażeń ludzi, z ich percepcji rzeczywistości, ale pochodzą z ustalonej przez kogoś jasnej lub mętnej definicji i skojarzeń.

Weźmy na przykład konkrety, powszechnie funkcjonujące w przestrzeni języka.

Młody człowiek, jakieś 25 lat, brodaty, w krótkiej koszulce podchodzi do dziewcząt w miasteczku akademickim w USA. Pyta:

– Jeśli ja powiem wam, że jestem kobietą, to za kogo będziecie mnie uważać?
– Za kobietę! – Dziewczyny odpowiadają ze śmiechem, ale nie szyderczym lub ironicznym, tylko takim akceptującym i dowodzącym, że mówią szczerze.
– A gdybym powiedział, że czuję się Chinką?
– To uważałybyśmy ciebie za Chinkę – odpowiada jedna z nich, ale śmiech przestaje być już tak wyluzowany.
– A gdybym powiedział, że mam dwa metry dwadzieścia centymetrów?….

Powyższy przykład pokazuje, co się dzieje ze słowami i ludźmi. Pokazuje, że źródłem ZNACZENIA słów, przestaje być doświadczenie, w drodze uzgodnień komunikacyjnych przenoszone do języka, ale zupełnie apriorycznie narzucona treść.

Gdy minister zdrowia oświadcza, że epidemia w Polsce jest faktem, to co to oznacza? Co oznacza słowo epidemia? Czy to, że w Polsce umiera mniej ludzi niż rok temu? To jest epidemia? Jakie jest znaczenie tego słowa? Skąd ono się bierze? Co to jest – „epidemia”?

Okazuje się, że jest to, znak/słowo/dźwięk, którego JEDYNYM ŹRÓDŁEM znaczenia jest werbalna deklaracja ministra oraz mediów. Dlaczego w Polsce jest epidemia? Bo pojedynczy człowiek – minister zdrowia tak powiedział, a w przestrzeni przekazywania słów, właściciele tej przestrzeni powtórzyli jego stwierdzenie siedemset pięćdziesiąt jeden bilionów razy. Wujek Joachim był prorokiem.

Do tej władzy, jaką umożliwiło stworzenie przestrzeni mediów i zmonopolizowanie jej przez małe grono osób i podmiotów, dochodzą starania o ogólne rozmycie i subiektywizację znaczenia słów. Dzięki przekonaniu ludzi o „subiektywności” znaczenia słów, ludzie uzyskują „wolność” tworzenia ocen i własnych osądów, jednocześnie żadne znaczenie, żadnego słowa nie jest już wiążące, nie jest uzasadnione. Ludzie więc w komunikatach do innych (w rozmowach) posługują się na ogół stwierdzeniami orzekającymi, których przedmiotem nie jest wcale jakaś zewnętrzna rzeczywistość, tylko ich subiektywne wnioskowanie o tej rzeczywistości.

– Mówi Pan, że… – rozpoczynała każdą z kilkudziesięciu wypowiedzi kierowanych do Jordana Petersona pani Kathy Newman.
– Nie. Wiem dobrze, co mówię i co powiedziałem – za każdym razem prostował Kanadyjczyk.

Więc ta zmiana – przeniesienie „brzmienia słów” z przestrzeni między konkretnymi ludźmi, do przestrzeni elektronicznych mass mediów, w tym społecznościowych, w tym internetu, stworzyła możliwości, jakich nigdy nie było. Wąska grupa osób uzyskała możliwość agresji na język. Tworzenia, podmiany i rozmywania znaczeń słów.

A ponieważ język jest reprezentacją rzeczywistości, ponieważ językiem myślimy, ponieważ językiem się komunikujemy, to te trzy sfery, podlegają wpływom zmian wprowadzanych w języku.

Jeśli obie strony stosują subiektywizację znaczeń słów, to efektywna rozmowa nie jest możliwa. Bo nie to samo znaczy, zdanie dla jednego i drugiego. Jeśli znaczenia słów przestają być jasne, jeśli ulegają rozmyciu, to nie da się konstruować przy ich użyciu żadnych wniosków, w których formułujący je człowiek mógłby pokładać ufność, mógłby ufać własnemu zdaniu, niezależnie od tego co słyszy.Więc destrukcja języka pociąga za sobą destrukcję zdolności samodzielnej oceny rzeczywistości.

Jeśli znaczenie słów zostaje przekręcone, to zmienia się rzeczywistość, przynajmniej w jej wymiarze ludzkim, i oto odmowa akceptacji iż mężczyzna to kobieta, staje się mową nienawiści. Jedna z wielu infekcji nie powodująca zwiększenia śmiertelności w kraju, staje się w nim epidemią, a więc rzeczywistością, więc kraj reaguje na „rzeczywistość słów” i jego władze obdzierają społeczeństwo na 100 mld już zupełnie realnych złotych, a ludzie chodzą w maskach w lecie. Dlaczego? Bo „jest” „epidemia”.

Ludzie poddawani nieustannej agresji lingwistycznej – naturalny wstręt do okazywanych sobie „awansów” przez dwóch panów, staje się krzywdzącą ich homofobią, czyli nieuzasadnionym lękiem – nie są w stanie już myśleć samodzielnie. Na podstawie fikcyjnych lub pokrętnych znaczeń i słów, tworzy się rzeczywistość prawną, realną rzeczywistość życia ludzi.

Słowa, których używają, mają „podmyte fundamenty”, przestrzeń ich wymiany, co chwila powtarza obowiązujące, czasem sprzeczne ze ustalonym, znaczenia. Komunikacja przechodzi w narastający konflikt, bo nie ma płaszczyzny ani sposobu uzgodnienia poglądów. I ostatecznie władcy słów kształtują rzeczywistość, nową rzeczywistość, jakąś pokraczną i przerażającą w swej fikcyjności – nową normalność pandemicznego szaleństwa. Robią to buńczucznie, z otwartą przyłbicą, bo władają słowami, którymi myślą ludzie, którzy są wskutek tego – bezbronni.

Złowieszcza konstatacja A. Camusa „zawsze nadchodzi godzina w historii, kiedy ten, co ośmiela się powiedzieć, że dwa i dwa to cztery, jest karany śmiercią” jak nigdy może uzyskać zdolność realizacji w skali świata. Jeszcze nie literalnie, ale już”aksamitnie”. Nie chodzi o śmierć fizyczną, ale o wyłącznie, wyciszenie, ukaranie, „spuszczenie w kanał”, w niebyt w przestrzeni, w której najwięcej słów.

Mówienie prawdy, używanie prawdziwego, naturalnego, pierwotnego – zapisanego kulturą – znaczenia słów, staje się powoli aktem buntu, rebelią, podlegającą takiej czy innej formie represji, reedukacji, kary. Tylko spolegliwość i żarliwa gotowość do myślenia schematami i treściami zatwierdzonymi przez właścicieli warstwy mediów, dać może pozytywny „feedback” i pewność, że nie zostanie się „wyautowanym”. Trzeba czujnie śledzić, bieżącą dopuszczalność znaczeń słów. Nie ma kobiet, są ludzie, którym przydarza się okres. Nie ma małżeństw, są pary. Pan i panna młoda, to już niedopuszczalne nadużycie. Prawda? Cóż to jest prawda? – zapytał Poncjusz Piłat. Multimedialny Behemot ma wiele oczu, patrzy na nas z uśmiechem.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *