Długie i luźne gadanie o… moralności

Udostępnij dalej

Długie i luźne gadanie o… moralności

 

Nie ma żadnej moralności. Wszystko wolno, tak długo, jak nie krzywdzi się innego. Oj tam. Tak długo, jak to jest dla nas korzystne! Oj tam. Tak długo jak tego CHCEMY.

Bo człowiek musi być wolny, a nie poddany. Musi być swobodny, a nie ograniczony. A więzy moralności go krępują. Wymyślone przez stetryczałych starców setki lub tysiące lat temu. Zręczne manipulacje, by utrzymać w posłuszeństwie innych i ich wykorzystywać. Znamy to. Mężczyzn wykorzystujących przez milenia kobiety. Białych, wykorzystujących bez litości kolorowych. Szlachetni Aztecy wyrywali serca swoim ofiarom, aż ten naturalny świat, został zburzony przez chrześcijańskich najeźdźców.

Więc moralność jest tylko wymysłem, konstruktem, teorią, w dodatku cwaną. Jest narzędziem w ręku tych silniejszych. Pozorem. W sumie kłamstwem, które jest narzucane wszystkim ludziom. Przynajmniej ta moralność stara. Bo teraz jest nowa. Miesiąc temu – mamy styczeń 1918 – nasz przywódca Włodzimierz Ilicz Lenin podpisał serię dekretów likwidujących w praktyce instytucję małżeństwa oraz znoszących dotychczasowe kary za  utrzymywanie stosunków homoseksualnych i usuwanie ciąży. Ludziom należy się wolność. Nieprzestrzeganie tej wolności, wszelkie odwołania do burżuazyjnej moralności, będą surowo karane.

Czkawka. Wojny światowe. Po drodze setki milionów trupów na ołtarzach postępu, o którym już zapomnieliśmy, bo mamy postęp nowy, nowoczesny, jeszcze lepszy. I ponownie, nasi wodzowie podpisują serie dekretów wreszcie likwidujących w praktyce – choć nie w teorii – instytucję małżeństwa (nie wolno używać w certyfikacie urodzenia słów ojciec i matka, oraz pan młody i panna młodaoraz znoszących dotychczasowe kary za  utrzymywanie stosunków homoseksualnych i usuwanie ciąży.

Tak jak w 1918 w sowieckiej Rosji czuć postęp. Dzieci kierowane są tysiącami do klinik, w następstwie poddawane nieodwracalnym zabiegom zmiany płci, której przecież zmienić się nie da, za co płacą 40% wskaźnikiem prób samobójczych, ale rodzice w przypadku sprzeciwu są karani przez państwo. Po prostu jest lepiej, gdy zrozumiemy, że stara moralność była oszustwem. Że jest subiektywna. Że nasze postępowanie regulować powinniśmy sami, to znaczy zgodnie z życzeniami redaktorów, prokuratorów, dyrektorów i edukatorów.

Gdy szczury są jeszcze młode, to walczą między sobą. Nie po to, żeby zabić jeden drugiego, tylko po to by wygrać, by konkurenta „przemóc”, przydusić, pokonać. Taki sport mają. Ale małe się szybko rozwijają, więc walczą ze sobą szczury o bardzo różnym potencjale i sile. Jedne podrośnięte, sprawne i mocne. Inne jeszcze młodociane, słabsze.

Większy szczur prędzej czy później wyrywa w takich zawodach, bo przewagi fizycznej i rozwojowej nie da się oszukać. A jednak… raz na trzy lub cztery razy – celowo przegrywa, pozwalając słabszemu zatryumfować nad sobą. Potem znów walczą i silniejszy wygrywa, ale znów raz na kilka starć, mocniejszy celowo daje wygrać słabszemu. Dlaczego robi mu tą uprzejmość? Po co? Przecież chce i może wygrać? Czy to jakiś wymóg moralny? Daj czasem wygrać słabszemu od siebie?

Po części powstanie moralność może tłumaczyć teoria gier. Każdy bowiem organizm żywy posiada cel, zaś jego zachowania przeszkadzają lub pomagają mu w osiągnięciu tego celu, formując się w strategie i reguły. Jednak sukcesem np. człowieka we wczesnej fazie rozwoju, tak samo jak sukcesem młodego silnego szczura, nie jest sukces w pojedynczej grze, w pojedynczym konflikcie, w pojedynczej sytuacji.

Sukcesem jest dopiero pomyślne przejście, takiego ciągu sytuacji, wyborów i decyzji, który obejmuje całe życie. Ci, co dokonywać będą wyborów korzystnych w długiej perspektywie – wzrosną i przetrwają. Sukces krótkotrwały, nie przekładający się na „sukces sukcesów”, jest porażką.

Celem zapasów młodych szczurów jest ich psychofizyczny rozwój. Te walki pomagają im po prostu wzrastać. Dlatego każdy z nich potrzebuje długiego ciągu takich „pojedynków”. Gdy silniejszy szczur nie pozwala wygrać słabszemu, to u tego słabszego pojawia się zniechęcenie. Nie ma sensu grać w grę, w której nie można wygrać. Więc słabszy nie podejmuje wyzwania do „zapasów”. Gdy sytuacja się powtarza, to silniejszy szczur zostaje bez partnerów do „zabawy”, a przez to, przestaje się rozwijać. Inne osobniki stają się silniejsze i dominujące. Resztę łatwo zrozumieć. Więc ta taktyka, żeby przegrać od czasu do czasu, ma głębokie uzasadnienie. Uzasadnienie przekraczające horyzont czasowy pojedynczej gry. Bo życie to gra gier i dopiero sukces w grze gier, jest realnym sukcesem. Wszystko inne to porażka.

Z ludźmi, choć po części ze szczurami też, jest jeszcze trochę inaczej. Otóż człowiek nigdy nie żyje sam, żyje w społecznościach, tworzy „organizmy społeczne”. Taka społeczność jest człowiekowi niezbędna do przetrwania. A więc oprócz „gry gier”, którą jest życie człowieka, dochodzi jeszcze jeden stopień złożoności, to jest gra o sukces społeczności. Ta społeczność jest zawsze pod naciskiem. Albo sił natury i przyrody albo innych społeczności ludzkich. Klęska społeczności jest klęską jej członków, stąd tak fundamentalną wagę posiada identyfikowanie się członków społeczności z nią samą.

Nawet jeśli mogę odnieść sukces sam lub tylko z własną, bezpośrednią rodziną, sukces polegający na szkodzie dla pozostałej części społeczności, to taki sukces będzie porażką, bo gdy moja społeczność się rozpadnie, zniknie, wymrze, to… przyjdą ci zza rzeki i… to będzie mój koniec.

Więc decyzje ludzi, a co za tym idzie wartościowanie możliwych zachowań, musi brać i brało pod uwagę aspekt rozwoju i przetrwania całej społeczności. Dlatego kradzież jest zła. Bo społeczność, w której staje się normą, jest słaba i nie przetrwa żadnej konfrontacji, z innymi społecznościami, a może nawet z problemami jakie nastręcza natura.

Ostatnim, jakże to rozbudowane :), obszarem, jaki ludzie – chcąc nie chcąc – brali pod uwagę, jest przetrwanie pokoleń. Nie tylko my musimy przetrwać, osobiście, jako społeczność, ale przetrwać muszą nasze dzieci. Dzieci biologicznych brata i siostry wykazywały wady rozwojowe. Nie potrafiły same przeżyć. Doświadczenie powtarzane. Spostrzeżenie – kazirodztwo to zło.

Ostatecznie rzecz biorąc, chodzi o życie. O ten niewytłumaczalny proces, którego częścią ale i koroną jest człowiek. O ten wyjątek w bezmiernej otchłani miliardów lat światła, który przeciwstawia się zasadzie entropii, który ciągle stwarza coś nowego, który się ciągle rozwija, wchodząc na kolejne poziomy. Tak jakby Życie samo w sobie było czymś inteligentnym, jakby stała u jego podstaw jakaś myśl, jakby samo było myślą właśnie, znajdującą materialny wyraz w nieskończonej niemal gamie zdumiewających żywych organizmów i ostatecznie – w człowieku, istocie zdolnej świadomością dostrzec wszechświat, czas i samo Życie.

Więc człowiek w trakcie dziesiątków tysięcy lat ewolucji, odkrywał pewne prawidłowości tego Życia. Jak chcą jedni – bezcelowego i przypadkowego mechanizmu, jak drudzy – zamierzonej myśli, ubranej w materialne – ha, czy materia istnieje? – szaty. Ludzie, będąc częścią owego życia, to życie poznawali. Prowadzeni „podpowiedziami” z natury, sami, już przy pomocy świadomości, odkrywali to, co pozwala ludziom jako ludziom, rozkwitać, rozwijać się, wznosić się na kolejne szczeble rozumienia i świadomości.

Te poznawane przez siebie zasady, gdzieś zapisywali. Nie, nie pismem naskalnym ani klinowym. To nie te czasy. Zapisywali je swoją świadomością, wrażliwością, w jakiejś formie zbiorowej pamięci i wiedzy. Czy to były i są pola morfologiczne ekscentrycznego Ruperta Sheldrake’a czy jakaś inna forma, jest w sumie bez znaczenia. Po długiej liczbie pokoleń ludzie „wiedzieli”, że kraść jest źle. Że związek między kobietą i mężczyzną jest na wyłączność. Że morderstwo, kłamstwo, zdrada to „grzech”.

Czy tę wiedzę otrzymali od Boga? Bo często w ten sposób ją zapisywali? Czy też była to wiedza z „gier” przeprowadzanych miliardy miliardów razy, zapisana gdzieś w powszechnej świadomości ludzi? Odpowiedź na takie pytanie może zależeć od rozumienia słowa „Bóg”. Jeśli Bóg to jest ktoś, jak my, tylko „na zewnątrz” tego świata, to odpowiedź nie jest jasna. Jeśli jednak Bóg jest Życiem, Źródłem, z którego przez cały czas, w każdej nanosekundzie, „wyłania się” rzeczywistość i wszystkie procesy w niej istniejące. Jeśli Bóg jest Osobą, ale jednocześnie Myślą konstruującą i przejawiającą się jako Rzeczywistość, to wiedzę odnośnie moralności mamy z tego źródła. Nie w literalnej wersji „Bóg powiedział”, ale w wersji nie mniej mocnej, nie mniej fundamentalnej. W tej wersji odczytaliśmy wolę Boga, bo jego wolą jest – istnienie nas. Nasze, także, szczęście.

Więc moralność byłaby tą wiedzą o prawach i zasadach życia. O tym, jak żyć, by żyć szczęśliwie. Dla siebie. Dla swojej rodziny. Dla swojej społeczności. Dla następnego pokolenia. Dla – w sumie – całej ludzkości w jej wymiarze historycznym. Nie ma wtedy ta moralność nic wspólnego z jakąś, sadzoną nam do głów, subiektywnością. Nie jest prywatnym decydowaniem o tym, co mi przyniesie korzyść albo co sam z siebie dziś uznam za moralne.

Jeśli moralność służy temu wielowymiarowemu rozwojowi, szczęściu, życiu ludzi, to pojawia się pytanie, czemu służą działania tę moralność niszczące? Oczywiście służą sprzeciwowi wobec celu moralności. Służą rozkładowi w miejsce wzrostu, chaosowi w miejsce harmonii, śmierci w miejsce życia. Oczywiście zawsze pod tak zwanym płaszczykiem dobra, wyzwolenia i szczęścia – na daną chwilę – człowieka. Nie od rzeczy Jezus z Nazaretu nazywał diabła ojcem kłamstwa. Kłamstwo bowiem, przeinaczenie, manipulacja, rozmycie, jest immanentną cechą tego prądu, który dąży do rozkładu i zniszczenia. Jest częścią nihilizmu. Częścią zła. Etykietą śmierci.

Kwestionujący moralność jako subiektywny twór ludzki „apostołowie”, są trochę przerażający. Oto bowiem za każdym razem, proponują jeszcze bardziej opresyjną – nową moralność, nową rzeczywistość, nowego człowieka. Za każdym razem wytwarzają jakieś konstrukty intelektualne, mające uzasadniać i opisywać ich nową moralność. Ta nowa, wdrażana stalową ręką komunistycznej władzy albo miękką, duszącą rękawicą wpółczesnego konglomeratu medialno-politycznego, nie znosi odstępstw. Jest czujna i karząca. Chce regulować słowa i myślenie ludzi. Pod sztandarem relatywizmu wprowadza totalitarny „obiektywizm”, od którego nie ma ucieczki.

Ponieważ, co mniej ogarnięci adepci „nowej moralności” nie rozumieją źródeł i mechanizmów moralności normalnej, więc rzutują ideologiczne praktyki współczesnych totalitarystów wstecz, wymyślając fantazmaty, o tym, jak to przemyślnie i chytrze, i ze szkodą dla ludzi, ktoś tę moralność, kiedyś opracowywał i wymyślał.

Uwewnętrznione i zrozumiane zasady ludzie ujmowali w obyczaje, reguły, sztukę i prawo. W to wszystko, co określamy mianem KULTURY. Kultura jest zapisaną wiedzą o człowieczeństwie, o życiu, o świecie. Kultura jest w pewnym sensie opresyjna, wywiera presję na ludzi, wspomagając formowanie ich psychiki i świata duchowo-emocjonalnego. Ta presja, jest jednak natury dziedzictwa, to jest skarbu, który jest ofiarowany – owszem tu nieco przymusowo – nowemu człowiekowi. Dostaje on wiedzę i doświadczenie pokoleń bez płacenia ceny, która została za tę wiedzę zapłacona.

Jednak kultura jako taka, jako ustalony zbiór preferencji, wzorców, ról i wartości, jest sama w sobie statyczna. Ponieważ jest statyczna, a życie jest procesem, który stale się rozwija, który tworzy NOWE możliwości, który odkrywa NOWE, poziomy rozwoju, to kultura może się stać nieadekwatna do życia. Może to życie krępować, zamiast je wspomagać. Może się stać ciężarem zamiast pomocą.

Dlatego kultura się ZMIENIA. Nie są to zmiany – jeśli są naturalne – gwałtowne. Nie polegają na tym, co mają nam do zaoferowania nihiliści. Jednak zmiany następować muszą. Nasze rozumienie życia może stawać się głębsze, lepiej obejmujące swój przedmiot poznania. Zmiana nie jest dobra przez to, że jest nowa. Postać istniejąca nie jest zła, jeśli jest stara. Wszystkie zmiany realne są procesem ewolucyjnym i stopniowy.

Z kulturą należy obchodzić się ostrożnie. Stanowi ona zbiór wzorców, system powiązanych funkcjonalnie ról, hierarchę warunkujących zachowania wartości.

O tym jakie znaczenie i wpływ wywiera ów system wzorców i ról, dobitnie przekonuje eksperyment Calhouna, który pierwotnie miał służyć uzasadnieniu tak przebojowo dziś propagowanej tezy o szkodliwości przeludnienia Ziemi. Calhoun stworzył „idealne” warunki dla trzech par szczurów. Zero zagrożeń. Bez końca jedzenia. Miejsca do gniazdowania i ciepło.

Szczury mnożyły się zgodnie z przewidywaniem. Jednak nie doszło do przepełnienia przygotowanego środowiska / przestrzeni. Mniej więcej przy wypełnieniu ok 80% przyrost naturalny szczurów się na chwilę zatrzymał, a potem… a potem szła śmierć, całej społeczności. Ostatni szczur zdechł ok półtora roku po rozpoczęciu eksperymentu. Jedzenia było w bród, żadnych zagrożeń i chorób. Ciepło.

Co się stało? W sensie fizycznym – szczury przestały się po prostu rozmnażać. Zaczęło się rodzić mniej i mniej małych. Dochodziło rzadziej i rzadziej do kopulacji i zapłodnień, aż… ostatni szczur zdechł. W sensie funkcjonalnym, system jakim jest społeczność szczurów – przestał funkcjonować. Przestał funkcjonować, ponieważ ROLE SPOŁECZNE wg których szczury tworzyły ów system, STRACIŁY SENS I ZASTOSOWANIE.

Nie było już drapieżników. Nie było konieczności walki i szukania jedzenia. Nie było naturalnych hierarchii. Samiec, którego jedyną funkcjonalną różnicą w stosunku do samicy stała się kopulacja stracił nią zainteresowanie. System stracił spójność. Narastała wzajemna agresja osobników, tak że trudno było znaleźć niepogryzionego. Jedyną strategią szczurów stało się przeżycie konkretnego osobnika i… stado wymarło.

Dzisiaj się nam serwuje inżynierię społeczną jakiej świat nie widział. Ludzie tresowani są pandemią, feminizmem, homoseksualizmem, genderyzmem, śladem węglowym uchodźcami, faszystowskimi marszami – że niby 11 listopada. Po raz pierwszy w historii ludzkości kwestionuje się realność odniesienia do matki i ojca, męża i żony i państwa wymagają określeń „Partner A” i „Partner B” albo podobnych.

Kwestionuje się postrzeganie człowieka jako szczytowej formy życia. Ingerencja w prywatność, ograniczenia wypowiedzi, to wszystko jest na porządku dziennym. Rozpadają się relacje, toczy się wojnę z rolami społecznymi, tu choćby poprzez dość znaną Konwencję Stambulską. Sk***ny w garniturach z uśmiechem wpychać chcą do szkół „eprawatorów”, którzy mają dzieci uczyć o niebinarności seksualnej. Kulturę i moralność wzięto na celownik. Po co? Może żeby nas wszystkich „rozwalić”. Nie stanie się to z dnia na dzień, ani z dziesięciolecia na dziesięciolecie. Ale jak pokazał eksperyment Calhouna raz rozpoczęty proces destrukcji kultury, może mieć nieodwracalne konsekwencje. Nawet jeśli chwilowo są zachwalane przez szefa BBC, admina jakieś strony WWW, czy palanta udającego polityka.

Człowiek jest istotą wyjątkową. Jego wyjątkowość polega na rozeznawaniu i uwewnętrznianiu wzorców w kontakcie z chaosem. W ten sposób ze zbioru doświadczeń człowiek „wyciąga” najpierw pojęcia „tata” i „mama”. Potem najbliższej rodziny. Drzewa. Słońca. Oceanu. Potem patrzy w gwiazdy i w oczy dziewczyny. Rozpoznaje wzorce i powiązania, przyczyny i skutki, formułuje sens, pisze i marzy o wolności jak Bob Dylan w „Odpowie ci wiatr”.

Te poszukiwania i wysiłek okupione bywają straszną ceną. Bo wolność ani prawda nie są za darmo. Jeszcze to czasem wiemy, w przerwach emisji medialnego behemota, który świeci nam bez przerwy w oczy, swoją nihilistyczną, jaskrawą bajką.

Więc wypada wierzyć, że nawet jeśli przegramy i szaleńcy i psychopaci, deprawujący ludzkość, doprowadzą do katastrofy, to kiedyś tam, nasz daleki potomek ponownie przysiądzie nocą na pniu drzewa, spojrzy w oczy Wielkiej Niedźwiedzicy na czerwcowym niebie i poczuje, jakieś echo naszych marzeń.

——————————————————————-
Blog macierzysty {LINK}
Książka {LINK}


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *