Życie i śmierć, pandemia i uzwierzęcenie ludzi

Udostępnij dalej

 

Co to znaczy – być człowiekiem? Kim człowiek jest? Czy jest jak kryształ, kamień, zamkniętą opisaną całością, czy jest – „stawaniem się”, procesem wzrostu, rozwoju, odkrywania i przekraczania granic, zarówno w wymiarze indywidualnego życia jak i tego życia „gatunkowego” wyrażonego ciągłością następujących po sobie pokoleń?

Podstawowym zagadnieniem, przed którym człowiek stawał od samego początku była śmierć. Śmierć była dla człowieka – niezrozumiała, jakby nienaturalna. Nie pasowała do niego. Do świadomości czy samoświadomości, którą posiadał. A to dziwne, bo skoro jest widoczna, nieunikniona, realna, to nie powinna człowieka ani dziwić, ani niepokoić. Dzisiaj kicham, jutro się budzę, pojutrze umieram. I tyle.

Ale dla człowieka śmierć, była czymś absolutnie wyjątkowym, jakąś obrazą rzeczywistości, czymś zupełnie sprzecznym z samą rzeczywistością. O ile lęk przed śmiercią jest odzwierzęcą naturalnością, o tyle wyprzedzająca go o niemal całe życie świadomość „niestosowności” śmierci, już ze zwierzęcością nic wspólnego nie ma. Jest – ludzka. Ta świadomość „niestosowności śmierci”.

Wzrost człowieka

Więc dzieje wzrostu i rozwoju człowieka, to dzieje życia i mierzenia się z zagadnieniem śmierci. To mierzenie się, polega na angażowaniu wszystkiego w dyspozycji człowieka, do zrozumienia, do jakiegoś choćby mglistego i nieporadnego czasem w swych próbach znalezienia odpowiedzi na „paradoks śmierci”.

I tak starożytne religie i filozofie odczytywały rzeczywistość jako istniejącą owszem – materialnie i zmysłowo (w naszym rozumieniu), ale „dostrzegały” rzeczywistość pozazmysłową – „poza-śmierć”. Nie były one, jak chciał je widzieć prymitywny w swoich wnioskach i wiedzy na ten temat Marks, „opium dla ludu”. Środkiem, który wyłącza myślenie, dając jednocześnie ulgę w bólu i przyjemność. Zupełnie odwrotnie, te religie były właśnie szczytami racjonalnej refleksji człowieka, nad rzeczywistością mu daną. Były myśleniem postawionym na najwyższym możliwym poziomie. Były wzniesieniem się na – często dziś niedostępne – wyżyny wysiłku racjonalnego i pozaracjonalnego w celu zrozumienia rzeczywistości całej, a nie tylko tej, danej w zwierzęcych zmysłach z „paradoksem śmierci”, nie przystającej w żaden sposób do świadomości człowieka.

I tak religia Sumeru zobaczyła w człowieku nieskończoność, przekraczanie granic i tworzenie nowego. Zobaczyła w nim cechy boskie, to jest przekraczające doczesną, zmysłową rzeczywistość. Przypisywała jednak tę iskrę nieskończoności tylko władcy. Taki był etap. Religia Egiptu rozszerzyła owo dostrzeganie w człowieku iskry nieskończoności na całą ówczesną arystokrację tego społeczeństwa. „Poza-życie” stało się dla nich realne, bo „nie tylko z tego świata” byli. Bo mieli w sobie, jakoś wewnątrz, pierwiastek nieskończoności-boskości.

Chyba dopiero chrześcijaństwo, ten pierwiastek, ów element boskiej rzeczywistości i obecności, zobaczyło w każdym człowieku. Taki trochę proces ewolucji. I oto każdy człowiek został zobaczony jako posiadający w sobie realnie, taki element, który jest poza zmysłami, w żaden sposób przez nie nie dotykalny, ale jednocześnie istniejący. Człowiek był (jest?) elementem rzeczywistości „poza-śmierci”. Będący w drodze. Przekraczający rzeczywistość i życie zmysłowo-materialne.

Dlatego właśnie i stąd właśnie uznano GODNOŚĆ człowieka. Uznano, że z każdym życiem ludzkim wiąże się nieusuwalna jakaś wartość, której nie da się wymazać, ani w żaden sposób unieważnić, a która przekracza świat „materialny”. Wysiłkiem religii i filozofii, wysiłkiem myślenia i intuicji, człowiek z poziomu zwierzęcia dorastał do bycia CZŁOWIEKIEM.

Proces odwrotny – zwierzęcenie.

I oto, od jakiegoś czasu, zdaje się, że mamy do czynienia z procesem odwrotnym. Z cofaniem (się?) człowieka w rozwoju i ewolucji. Tak jakby zaczął on – człowiek – schodzić w kierunku ponownego zezwierzęcenia.

Najpierw odrzucono Boga. Niekoniecznie tego konkretnego, ale generalnie odrzucono ideę Boga. Motywy były różne. Głupota. Niedostatek wiedzy. Pycha. Polityka. Wypaczenia religii. I sama ta tendencja do przekraczania, a więc odrzućmy i to, zobaczymy, co dalej.

Zapanował modernizm. „Wiek rozumu i nowoczesności”. Dzięki realnym korzyściom z osiągnięć rozumu i pomijaniu – co symptomatyczne – ceny płaconej za podjętą decyzję, a znaczonej dziesiątkami, setkami tysięcy trupów Wielkiej Rewolucji takiej lub siakiej, hipoteza nieistnienia Boga zyskiwała na popularności, a tym samym świat poza-śmierci, przestał być w percepcji i świadomości ludzi realny.

Człowiek zachowujący jeszcze myślenie, które przypomnijmy jest w znacznej mierze owocem wysiłku zrozumienia „paradoksu śmierci”, pozbawiony już poza-życia, został postawiony twarzą w twarz ze skończonym okresem doświadczenia swojego życia zmysłowego. Naturalną konsekwencją takiej zmiany percepcyjnej jest w pierwszym rzędzie hedonizm. Nie chodzi tu nawet o epikureizm, który w naturalny dla Hellenów sposób zachowywał umiar i miarę, ale do upicie się do dna, tak jak tylko można, kiedy tylko można, przyjemnością. O szukanie tej zmysłowej przyjemności każdego dnia.

Nie jest to żadna głupota czy przywara, tylko – powtórzmy – naturalna konsekwencja uznania za istniejącą wyłącznie daną w zmysłowym doświadczeniu – doczesną – rzeczywistość. Nie ma poza-śmierci. Nie ma Boga. Umrzemy. Więc do jasnej cholery korzystajmy z życia. – Od tego jest życie, żeby z niego korzystać – usłyszałem kiedyś od koleżanki. Okazało się, że jej mąż podzielił jej przekonania i… została sama.

Kolejną po hedonizmie naturalną konsekwencją był egoizm. Liczy się wyłącznie moja korzyść. Nawet współdziałanie społeczne ma wyłącznie funkcję maksymalizacji osobistej korzyści, więc jeśli nie jest ono jednostce potrzebne, to nie będzie ona współdziałać. Człowiek wyjęty ze świadomości poza-życia, skupiony na przyjemności, wszystko inne i wszystkich innych musi uważać za nieważnych wobec własnej korzyści.

Strach – życie wartością najwyższą

Ostatecznie przychodzi strach. Pragnienie przedłużenia własnej egzystencji za WSZELKĄ cenę. ŻYCIE – tu rozumiane jako to zmysłowo i aktualnie odbierane – staje się wartością NAJWYŻSZĄ. Dla jego przedłużenia i ochrony człowiek poświęci wszystko. Lęk przed śmiercią, dawniej rozwiewany jakąś percepcją poza-życia, na nowo zawitał z mocą do egzystencji człowieka. A przecież, gdy jesteś życiem wiecznym, a śmierć jest niezbędnym i naturalnym elementem przejścia pomiędzy etapami twojego życia, to samo fizyczne życie i przeżycie – nie jest wartością najwyższą.

Historia ludzkości i jej rozwoju właśnie to mówi i można by powiedzieć krzyczy wielkimi literami. Że (fizyczne) życie konkretnego człowieka NIE JEST wartością najwyższą. Można wręcz powiedzieć, że na tym właśnie polega człowieczeństwo, że człowiek podziela inne, wyższe nad życie, wartości.

Życie nie było wartością najwyższą dla Krzysztofa Kolumba, gdy przekraczał swoimi statkami linię możliwego powrotu, ale płynął dalej, świadomy, że że jeśli nie znajdzie brzegu nowego, a to była niewiadoma, to nie wróci już nigdy. Życie nie było wartością najwyższą dla Himalaistów, którzy je w jakimś sensie ofiarowali (inni powiedzą, że zlekceważyli). Nie było dla świętych opiekujących się trędowatymi. Nie było dla 300 Spartan w wąwozie stojącym na drodze wrogiej armii. Nie było dla powstańców w Warszawie, dla lotników dywizjonu 303 i tych co zrzucali broń nad Warszawą. Nie było dla greckiego filozofa, który 2500 lat temu wypił truciznę, bo to była cena, za pozostanie przy prawdzie, jaką widział i o jakiej uczył.

Chyba największym sprzeciwem wobec poglądu, że życie jest wartością najwyższą, stało się właśnie chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo w osobie samego Jezusa z Nazaretu, który życie innych ratował, a poświęcił swoje.

Wydaje się, że być człowiekiem to posiadać wartości i perspektywę właśnie życie przekraczające. To jest człowieczeństwo. Zdolność do poświęcenia się. Uczłowieczanie się, to jest czynienie rzeczywistym, tej niedotykalnej i niewidzialnej części w nas, która jak jakoś wierzymy się uobecni, w tej drugiej części naszego życia, już po – śmierci. Bo stamtąd jest ta część człowieka. Z poza-śmierci.

Ale konsekwencje i kierunek zapoczątkowany odrzuceniem poza-życia i Boga, nie kończą się na hedonizmie i egoizmie. Nie kończą się też na wynikającym z egoizmu traktowaniem innych ludzi jak przedmioty, zasoby, środki do wykorzystania. Bo tym właśnie stają się nieuchronnie ludzie, gdy – jako społeczeństwa – rezygnują z odniesienia do poza-życia. Stają się materiałem konsumpcyjnym. Możliwości konsumpcji przez silniejszych, są ograniczone wyłącznie ich przewagą nad całą resztą. A ta przewaga – uwaga – zmienia się z postępem technologii.

Więc słodkie lata 60-70, kiedy dane było ludziom doznawać i cieszyć się zmysłami, powoli minęły. Perspektywę śmierci należało uprzątnąć, ze świadomości człowieka, stąd stopniowo ale bardzo konsekwentnie to czyniono. Śmierć stała się NIEOBECNA w życiu nakierowanym wyłącznie na doznania. Zepchnięta do „niewidocznych” łóżek szpitalnych. Proszkowana, żeby nie trzeba było oglądać zwłok. W codziennej świadomości człowieka przestała istnieć. Można było używać. – Pozwól mi być na chwilę, szczęśliwym zwierzęciem – pisał swoją modlitwę/wiersz wielki Leonard Cohen.Człowiek skupił się na doczesności i trwaniu.

Deformacja ludzi

Ale ziarna i potencjał ponownego ruchu w stronę transcendencji istniały. Nie da się tu uciec od odniesienia się do płci i ich ról w procesie rozwoju i trwania człowieka, nawet jako gatunku. Kobiety w tym kontekście, w tej perspektywie są matkami. A to znaczy, że są dawczyniami, sprawczyniami, życia. To one dają życie i je pielęgnują, opiekują się nim.

Mężczyźni od zawsze życie starali się przekroczyć. Ich doświadczeniem, domeną był właśnie kontakt i przekraczanie śmierci. Życie, którego źródłem były/są kobiety znajdowało wzrost poza swoją zwierzęcą naturalność dzięki wysiłkowi mężczyzn. To głównie – choć nie wyłącznie – oni reprezentowali i reprezentują (teraz już mniej) wartości ponad własne bezpieczeństwo, ponad własne życie. To żołnierz, to strażak, to buntownik, to odkrywca i pionier, to obrońca i/lub zdobywca, to filozof (w danym tego słowa rozumieniu), to święty, rycerz i kapłan swoje życie poświęcali dla większych wartości.

Kobiety dają życie, chronią je, są źródłem tego życia. Mężczyźni owo życie podnoszą w wymiarze jednostkowym i cywilizacyjnym na wyżyny człowieczeństwa. Oczywiście obie postawy mają wyjątki i warianty.

Ale te główne role kształtujące nas, zawsze pchały ludzi do góry, rozwijali się i przekraczali i to, te mechanizmy i zachowania, „ktoś” zechciał zmienić. Więc… zaczęto wpajać mężczyznom zachowania, reakcje i wzorce kobiece, a kobietom męskie. Odrażające obrazki ilustrujące „nowego mężczyznę” odważano się publikować i rozpowszechniać (Dla wrażliwych lepiej nie patrzeć: PICT1, PICT2). W kobietach umiejętnie zakorzeniono wewnętrznie przez nie przeżywane odczucia, że wartościowe są „niezależność”, „kariera”, „życie poza domem”.

Ludzie przestają się rodzić, a dla tych żyjących najwyższą wartością staje się „bezpieczeństwo”. To są fakty.

Młodzież bombardowana przekazami o potrzebie bezpieczeństwa, staje się zbiorem chronicznie nadwrażliwych i lękliwych jednostek, dla których każdy dyskomfort, złośliwa uwaga, dowolna forma realnej lub wyimaginowanej agresji jest zagrożeniem „jestestwa”, które należy ścigać na mocy prawa. Wszyscy panicznie poszukują „bezpieczeństwa”. Z przyjemności, stopniowo wyjmowany już jest seks, bo w nowych rolach – rzygającej nienawiścią do potencjalnych gwałcicieli mitubiety oraz skazanego na więzienie, banicję, hańbę lub mieszkanie w domu z mamą metromężczyzny, na seks nie ma w zasadzie miejsca. Chyba, że w dewiacyjnych formach, które o dziwo, jako jedyne, są promowane przez „świat„.

Tracący solidarność społeczną, rodzinną, międzypłciową człowiek staje się samotnym, skupionym na przeżyciu i bezpieczeństwie egoistą. Nie jest już w zasadzie zdolny do samodzielnego myślenia, co przekłada się tutaj, na zdolność do tworzenia i zaufanie do samodzielnie konstruowanych dłuższych łańcuchów intelektualnych , tłumaczących rzeczywiste mechanizmy życia.

Deczłowieczeństwo

Takiemu człowiekowi zaczęto podawać finalną wersję deczłowieczeństwa. Plakat na przystanku zainstalowany przez siedemnasty parawan – jakoś trzeba się ukryć – spółki wydającej ogólnopolską gazetę informuje, że: „Zwierzę to też człowiek„. Geniusz aktorstwa, cwany biznesmen, ogłasza – durniem ani niepoczytalnym przecież nie jest – że gwałcimy krowy, kradniemy im dzieci, że to zbrodnia, a poza tym, człowiek to jeden z gatunków, nic więcej.

image

Głęboka ekologia, z nieletnią prorokinią niezdolną do uczestnictwa w zwykłej edukacji z powodu problemów psychicznych, owocuje obrazem ludzi jako szkodliwej epidemii na zdrowym ciele „Matki Ziemi”. Wykwity tego prądu w postaci książek w języku imperium i skwapliwych – w ślad za tym – wystąpień pań z tytułami profesorskimi postulują status uchodźców dla karaluchów. I… nic się nie dzieje. Karni funkcjonariusze – posądzani o bycie medialnymi prostytutkami – żwawo śpiewają z ekranów piosenkę o tym, że człowiek to zwierzę. Tralalala.

Epidemia – materializacja deczłowieczeństwa

Aż w końcu przyszła „epidemia”. Ludziom, których wytresowano w kompulsywnym pragnieniu bezpieczeństwa, dla których śmierć zdjęto z widoku codziennego, nagle ową śmiercią zaświecono w oczy. A oni nie mają nic poza życiem, tym swoim doczesnym, indywidualnym, odzwierzęcym życiem. To co? To KONIEC. To straszne. To… zaaplikowano im na dokładkę teraz strach i zezwierzęcenie zaczęło przechodzić z fazy przekonań, wartości i idei, do dość brutalnej, przyziemnej i materialnej rzeczywistości. Ludzi zaczęto wreszcie traktować tak, jak na to zasługują, tak, jak się ich postrzega i jak sami siebie postrzegają. Jak zwierzęta.

Zapędzono ludzi do „zagród”. Wyznaczono im „ścieżki i godziny” poruszania się. Oznakowano ich maskami na twarzach odbierającymi im i wolność, i indywidualność, o zdrowiu nawet nie wspominając. Zalano ich falą przynoszących im szkody i krzywdę jawnych absurdów i aberracji. Przygotowuje się ich do kolejnych stopni globalnego kurnika/obory, w której będą nadzorowani przez „elektronicznego pastucha”.

Ludzie nie myślą. Ludzie się boją. Ludzie stają się agresywni wobec siebie nawzajem, zgodnie z zaprogramowanymi przez „właścicieli” mechanizmami. Jedyna postulowana solidarność to solidarność strachu i agresji. Degradacja człowieka dociera do nieprzyjemnego spełnienia.

Cała nadzieja w tym, że mylą się władcy -z-cienia. Ci, co się zidentyfikowali z „naturalnym” porządkiem rzeczy, gdzie silniejszy żeruje na trupie słabszego. No bo zawsze ktoś popełnia zbrodnię, to czemu nie mamy tego zrobić my, jeśli to przyniesie nam korzyść. Jeśli ludzie to zwierzęta – a popatrz jak przyjmują to przekonanie – to my jesteśmy wybrani, jesteśmy ponad nimi, jesteśmy gatunkiem specjalnym. Jeśli najwyższą wartością jest zachowanie mojego życia, to w imię tego, mogę się dopuścić każdego czynu, i będzie to moralne. Szczególnie wobec tych innych, niższych, w których nie ma „cząstki boskości”.

Upadek chrześcijaństwa ma przerażające skutki. Ksiądz pierniczący, że woli mieć pusty kościół niż 15 umarłych parafian daje dowód tylko własnej głupocie i niewiedzy, wynikających z rozwodu z poza-życiem i myśleniem. Daje tego dowód, bo myśląc, wiedziałby, że przepisy zamykające kościoły, a wprowadzone przez najbardziej proreligijną partię i stojących na straży „wolności ludu” przywódców, to absurd i lipa. Absurd i lipa już w momencie ich ogłaszania. Ale ksiądz ani nie myśli, ani nie widzi realności poza-życia, tylko współpracuje w uzwierzęcaniu społeczeństwa. Głosi absolutną nadrzędność bezpieczeństwa nad wszystkim.

Wybaczenie i nadzieja

Trzeba mu wybaczyć. Błąd każdy z nas może popełnić. I nie na tym polega świętość ani doskonałość, że człowiek nie upada, nie popełnia czynów złych. One polegają na tym, że zadziwiający sposób, człowiek zawsze wraca, do poszukiwania prawdy, do patrzenia w gwiazdy, do odczuwania poruszenia traw, płaczu dziecka, śpiewu ptaka, że potrafi w niewytłumaczalny i nie przekładalny na język sposób wejść w kontakt z czymś, co nienazywalne, co posądzane obecnie za nieistniejące, a co stale się w człowieku wyraża, wiodąc go po ścieżkach jego życia, wyżej i wyżej. Do jego domu, który nie jest stąd, ale do którego droga, wiedzie właśnie tędy, i dlatego ma takie ogromne i szalone znaczenie.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *