Kiedy będzie lepiej?

Udostępnij dalej

Kiedy będzie lepiej?

 

Marnieje, wydaje się – wszystko. Jak wino w otwartej butelce, jak zapomniany kawałek pożywienia, jak w zasadzie każdy organizm, gdy minie już swój szczyt rozwoju. Jakby były takie dwie nieuniknione zupełnie fale. Pierwsza wznosząca. Fala rozwoju i budowania. Rozkwitu i tworzenia. I potem przychodzi, bo nie sposób rozkwitać w nieskończoność i rozwijać się bez końca, fala niszcząca, degradująca, krusząca. Fala upadku.

To upadanie nie dzieje się nagle. Wino po godzinie smakuje tak samo, człowiek po roku czy pięciu latach wciąż piękny i sprawny, a obiad na drugi dzień, nawet jak nie w lodówce da się jeszcze zjeść, choć smakuje trochę nie tak. I nagle, zupełnie nagle, bo stopniowych zmian nie dostrzegaliśmy, budzimy się na przykład w wymarzonej – w ciemnych czasach komunizmu – Wolnej Polsce, z maską na twarzy założoną nam przez „naszych” „przedstawicieli”, ścigani przez Policję, za jakieś absurdalne zupełnie, rodem z kafkowskiego „Procesu”, zbrodnie.

Rzeczywistość parszywieje, bo coś się zmieniło. Coś. co nie jest widoczne ani namacalne. Czego, ni kupić, ni sprzedać. Posiadać też się nie da. Te zmiany – to korodowanie „ludzkiej duszy”. Księża, co to karnie w szeregu z władzą wypraszali ludzi z kościoła, zmienili postawę zangażownej podległości dopiero, gdy im samym premier z Apaczami od zdrowia i spraw wewnętrznych założył maski na twarz. No nie… biskupi…. no nie… Non possumus – takie oczywiście bardzo delikatne.

Ale czy to właściwe? Teraz to po herbacie. Teraz to powinni zachować się ODWROTNIE. Na znak solidarności z ludźmi, na znak współudziału w ich losie, można użyć religijnego terminu – krzyżu, te maski na twarz powinni właśnie ZAŁOŻYĆ. Ale nie. Oni się uważają za innych, lepszych, ważniejszych, odrębnych. Więc dla siebie załatwili u władzy zwolnienie z masek. Że zbyt jaskrawa się stała ich żarliwa uległość wobec absurdów państwa, to teraz i dla wiernych trzy na trzy metry na osobę. Łaskawcy. Człowiek ma liczyć, który wchodzi? Numerki będą? Bramki z licznikiem? Nie zajmuj miejsca bliźnim?

Ale to tylko szczegół. Bo psuje się wszystko. Dosłownie. Genialny zabieg na społeczeństwie, sprawił, iż każdy postrzegany jest jako śmiertelny wróg, niosący realne zagrożenie życia pozostałych. A każdy kto się sprzeciwia lub kontestuje narzucane społeczeństwu koszty i destrukcję jego życia, godzi w fizyczne przeżycie wszystkich innych. Stąd… w tak napompowanym prymitywnym lękiem i głupotą społeczeństwie, żaden społeczny sprzeciw nie jest już możliwy. Bo wytresowani w strachu i hejcie ludzie zadziobią.

Więc to się dzieje naprawdę. Naprawdę Apacz cyfryzacji mówi w radio, że już za dwa tygodnie zaczynają pilotażowe wdrażanie technologii automatycznej, śledzenia i przekazywania danych przez telefony komórkowe, która pozwoli na „WYŁAPYWANIE” tych, co naruszają lub zagrażają. Która udostępni – oczywiście w celach dbania o bezpieczeństwo całego społeczeństwa – władzy, tej i owej, wiedzę gdzie, kiedy i z kim się fizycznie SPOTYKAMY. Całą dobę, wszędzie. Dzięki której, jak oświadcza Apacz cyfryzacji, będzie wiadomo czy Polacy np. w święta „SIĘ POSŁUCHALI” i zostali w domu, czy wyjechali, a jeśli tak, to kiedy, skąd i dokąd”. 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, minister cyfryzacji wraz z policją państwową zadba o bezpieczeństwo trzody, a technologia G***o-G spełni rolę drutu kolczastego, ustanawiającego zakres udostępnianej nam wolności.

Pytanie jest takie – kiedy będzie lepiej? Otóż odpowiedź nie jest optymistyczna. Te procesy nie biorą się znikąd. Zawsze są koncertem egoizmów rozwalających tkankę społeczną. W miarę procesu coraz mniej sensu zostaje w kontynuowaniu dawniejszych postaw czy podążąniu za minionymi wartościami. Coraz silniejsza staje się dominacja procesów o te egoizmy opartych. Jest – mówiąc skrótowo – coraz gorzej.

Aby zaczęła się zmiana na lepsze musimy dojść do następnego dołka. Do momentu, kiedy kontynuowanie egzystencji w bieżącej formie stanie się dla większości już tak uciążliwe, że po prostu się nie da, że każda nowa możliwość, idea, wartość, sposób, zostanie przez ludzi poparty. Ale do tego dołka najpierw trzeba dojść. I pojawiają się wtedy dwie drogi.

Pierwsza jest brutalna. Ale jednocześnie realna. To wielkie wojny, rewolucje, upadki imperiów, państw, cywilizacji sprawiały, że ludzie organizowali życie na nowo. Czasem w sposób opaczny, czasem w twórczy, ale zawsze to, co było bezpośrednim czynnikiem napędzającym upadek, ulega eliminacji.

Druga jest ewolucyjna i stopniowa. Chrześcijaństwo rozwijało się w zbrutalizowanym i częściowo zdegenerowanym świecie, bo ten świat zabierał ludziom prawdziwą solidarność, miłość i braterstwo. Buddyzm rozprzestrzenił się w Indiach, bo monopol braminów i system kastowy był na ówczesne czasy zbyt ciężkim kagańcem dla ludzi. W jakiejś mierze odrodzenie i oświecenie musiały nastąpić wobec rosnącego skostnienia i jednocześnie utraty wartości przez to, co dawniejsze.

Czy ten system musi upaść jak komunizm? Czy prawda, ta realna a nie medialna prawda, jeszcze będzie wartością? Na razie szans na to nie widać. Na razie trwa proces, tym razem bardzo inteligentny, ugniatania umysłów ludzi i ich losów. Mamy już 68 płci, obywateli karaluchy, zatruwanie planety gazem, dzięki któremu rozwija się na niej życie i jedynie słuszną temperaturę, której nikt nigdy nie zmierzył, a która jest temperaturą ziemi i odchylenia od niej zagrażają.

Więc nie ma co wierzgać i rozpaczać. Nie ma też co się łudzić. Myśleć, że oni „musieli”. Wynajdować racjonalizacje dla widocznych na dłoni degeneracji form, zachowań i ludzi. Wypada zaczekać. Chuchać na przechowywane gdzieś tam, „na zapelczu”, iskry wartości. Odkurzać obraz prawdy. Uśmiechać się do przyjaźni. Otulać, jakaś miękką tkaniną tę może najcenniejszą perłę ludzi – wolność. I czekać na lepsze czasy. By, gdy do nich dojdzie, nie zaczynać, jak przepowiadał Poeta „od trawy”. By budować jeszcze raz. Nie. Nie dla siebie. Bo nie dla siebie żyjemy i jesteśmy. Bo nie wiemy, dla kogo. Może po prostu dla Życia, które czasem określamy pojęciem Bóg? Które przejawia się i materializuje w tych maleńkich nowych dzieciach, co się rodzą, uczą chodzić. W każdym z nich, z tych nowych pokoleń ludzi, Życie, Bóg przegląda się z cholerną nadzieją, że się spełnią, że będą pisać koncerty fortepianowe Chopina, wiersze Herberta, że będą latać w kosmos i budować wiszące mosty, że w wolności będą się nawzajem kochać, to jest tworzyć rodziny, gdzie Życie dłońmi ludzi będzie brać w objęcia, następne Życie. Będzie dobrze. Choć może jeszcze, „nie dziś”.

A to piosenka z tekstem Agnieszki Osieckiej, koniecznie trzeba posłuchać. Może kiedyś będziemy jak ci na wagonie kolejowym, a jak nie, to ci po nas…:


Udostępnij dalej

One thought on “Kiedy będzie lepiej?

  1. Pesymista mówi: ta szklanka jest w połowie pusta, a optymista mówi: ta szklanka jest w połowie pełna. Pesymista mówi: lepiej już było, optymista mówi: ważne są dni, których jeszcze nie znamy.

    Największym strachem jest zwykle strach przed śmiercią. Strach to jest obawa przed czymś konkretnym, zaś lęk jest obawą przed czymś nieokreślonym. Skoro jednak nie wiem jak wygląda śmierć z pozycji umierającego, to strach przed śmiercią jest bardziej lękiem przed nieznanym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *