#28 Post Zbyszka wg Dąbrowskiej – Szczęście

Udostępnij dalej

 

„Pamiętaj, że masz do wyboru tylko dwa momenty w czasie, kiedy możesz być w pełni szczęśliwy. Teraz albo… nigdy”

Postanowiłem dziś/wczoraj, że rozpocznę swój jednodniowy post Zbyszka wg Dąbrowskiej. Zrobię to po raz 28 z rzędu. Dwadzieścia osiem albo siedem, zależy jak liczyć, dni temu zdecydowałem się na swój pierwszy, pojedynczy dzień postu. To łatwa decyzja. Bo, co za problem popościć jeden dzień. Każdy da radę. Nawet ja! Zuch jesteś – od razu się nagrodziłem wieczorem, tamtego dnia.

Te nagrody jedna za drugą, wrodzony upór albo lenistwo, tak mnie doprowadziły do dziś. A dziś świeci słońce, jest niedziela i… fajnie tak jakoś.

Generalnie ten mój post, ujmowany całościowo, to mogę podzielić na takie etapy, „pory roku”, „okolice”. Chyba jeszcze wypada dodać, choć to należało dodać na początku przecież, że poszczę, po części, z ciekawości. To swego rodzaju eksperyment. Ot inna droga, od tej którą codziennie wracamy do domu albo zmierzamy do pracy. Skręćmy w prawo, zatrzymajmy się, zagadajmy do człowieka, wejdźmy do tego lokalu, idźmy na spacer nieplanowany – zobaczymy jak będzie. Co zobaczymy? Coś nowego! I chyba na tym polega w jakimś zakresie życie. Na ciekawości. Jak człowiek przestaje być ciekawy… – ech… lepiej nie rozwijać wątku.

Więc takich okresów w moim poście dostrzegam pięć.

1. Stuknięcie.

Pierwsze trzy dni. Mocno ciężko. Organizm się buntuje. Osłabienie. Ból głowy. Dałem radę.

2. Euforia.

Następne cztery dni od 4-7. Lekkość, świetne samopoczucie, wysoka energia i brak głodu. Można góry przenosić.

3. Cierpienie.

Następne 7-10 dni, od 8 do 15/18. Obezwładniające nudności na widok, zapach i dotyk warzywek. Sprawa zupełnie tragiczna. Walka z układem pokarmowym, który sabotował coraz skuteczniej próby napełnienia go, kolejnymi porcjami warzywek. Najchętniej nic bym nie jadł poza wodą. Ale wiadomo – show must go on, a post musi trwać.

4. Stagnacja.

Następne 7 dni, od ok 16 do 23. Uczucie nudności pokonałem przy pomocy techniki starożytnych indian „Krzywe pyski”. Ktoś ciekawy? To proste: ziele angielskie! Tak. Niedoceniane, niezauważane. Pogardliwie wrzucane do bigosu, zupy, galarety, jakoś tak na przyczepkę. No bo czy można na poważnie traktować małe ciemne kulki?

Można! Można i trzeba. Nie dawajcie wiary telewizji. Nie słuchajcie specjalistów (żartuję). Szybkim krokiem szorujcie do kuchni i gdy was cokolwiek, a w szczególności nudności na poście Dąbrowskiej, dopadnie, sięgajcie po niepozorną papierową torebkę zawierającą te cudowne kuleczki.

Błąd! Ziela angielskiego nie należy łykać. To uwaga do wszystkich, także do pań. Nie łykamy! Co więcej. Nie gryziemy! To nie kotlet albo… no. Bierzemy w usta i… mamy tam to ziele. Albo może ściślej, zaczynamy ssać. Dotykamy językiem. Przemieszczamy po zębach. Lata ta kulka po całym pysku sobie i po prostu jest. Ile tak może latać? Bo ja wiem… Pół godziny to spokojnie.

Powoli z jej wnętrza, starożytne indiańskie substancje przenikają do naszej jamy gębowej. Wnikają do organizmu. Rozpoczynają bezlitosną walkę z tym okrutnym wrogiem człowieka, jaką są nudności. Gębę oczywiście trochę wykręca, bo może i stąd nazwa plemienia indiańskiego, od którego wzięło się stosowanie tego zbawiennego środka, czyli „Krzywe pyski”. Ssali tak ssali, aż im pyski wykrzywiło.

Ale my ludzie XXI wieku nie musimy się o to martwić. W razie czego chirurgia plastyczna potrafi dziś czynić cuda, więc ssać to ziele możemy ile chcemy.

I… nudności „przeminęły z wiatrem”. Ot tak. Po prostu. Już po dwóch dniach ssania, była ogromna różnica. Organizm przestał się buntować na widok kalafiora. Jarmuż był już okej. Seler to normalka. Jednym słowem – sukces.

Niestety, równocześnie, mocno się przeziębiłem. Ta paskudna pogoda, +4 deszcz i wiatr, a może jakieś drobne ustroje, nie wiem. Dość, że z nosa fontanna, a płucka raz po raz, wyrzucały przez gardło kaszlnięcia. Co robić? Przerwać post?

Zacząłem przyjmować uderzeniowe, jak to ja, dawki witaminy C i grzać się – w sensie temperatury otoczenia – ile się da. Głodu brak. Nudności brak. Ale… waga przestała spadać. Zupełnie.

W ciągu siedmiu dni, waga nie spadła nic a nic. Niemożliwe. Stwierdziłem, że przeszedłem na odżywianie kosmiczne i organizm pobiera energię z fal grawitacyjnych, to jest z drgań czasoprzestrzeni. Głupie, wiem, ale jakieś wytłumaczenie musiałem sobie znaleźć.

Forma w tym okresie była raczej słaba. Nie żeby się człowiek pokładał do snu w czasie dnia, nie mógł pójść po zakupy czy wykonywać normalnych obowiązków, ale wszystko tak „bez czadu”, na smutno i w sumie „pod prąd’.

Czy jest sens kontynuować w takich warunkach post? Czy nie robimy sobie najzwyczajniej jakieś krzywdy? A gdzie lekarz? Gdzie badania? Czy to ma sens?

Nie ma. Ale… taka pokusa się rodzi, taki buncik mały. Kurcze – nie poddać się. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę. Jeszcze raz.

5. Szczęście.

Zbudziłem się w ubiegłą środę. I… o cholera! Otworzyłem oczy. I… nie wiem o co chodzi. Kurde. Jestem szczęśliwy!

Jasny gwint. Ale o co chodzi? Dlaczego? – mózg zaraz stara się szukać wyjaśnień, uzasadnień. Stawia pytania. Ale gdzieś go z boku zostawiam, wstaję, przebieram się. Cały czas jakby niesiony. Cały czas w tym dziwnym stanie.

Potem cały dzień. Także długi spacer. Słońce. Mostek stalowy przez rzekę, tak ze dwadzieścia pięć metrów. Pusto. Stoję patrzę na ten mostek, a po nim, jak gdyby nigdy nic, pocina sobie wiewiórka (albo wiewiórek) z jednej strony na drugą. Zatrzymała się naprzeciwko mnie, ale chyba nie sprawiałem groźnego wrażenia albo dobrze mi z oczu patrzyło, bo przebiegła obok i już… hyc na drzewo.

Trochę dalej bażant. Dziesięć metrów ode mnie zatrzepotał skrzydłami, wzbił się w górę i poleciał. Co się dzieje z tymi zwierzakami? – pomyślałem. Słońce?

I gdy tak szedłem, przypomniałem sobie te słowa z początku tekstu. Przypomniałem je sobie, bo próbowałem znaleźć powód do emocji, uczucia, odczucia, którego doświadczałem. I tego powodu – nie potrafiłem znaleźć. – Więc… co jest ci potrzebne do szczęścia? – pytałem sam siebie. I wychodziło mi na to, że… nic. Że szczęście to stan, który nie jest „z powodu czegoś”. Że jeśli nasze pozytywne odczucia są z powodu czegoś to to nie jest właśnie „szczęście”. A co to? Tysiąc innych rzeczy.

Może jest tak, że się pogubiliśmy. Że poprzez samo szukanie szczęścia, nie potrafimy go znaleźć, tylko znajdujemy tak naprawdę – nieszczęście. Może już całkiem zapomnieliśmy, czym szczęście jest i na czym polega? Kiedy go w pełni doświadczaliśmy? Oczywiście wtedy, gdy nasza miłość była/jest odwzajemniana. W ramionach ukochanej, ukochanego. W ramionach dziecka. A jednak… są chyba wcześniejsze odczucia. Jakaś pamięć stanu i rzeczywistości, kiedy WSZYSTKO było inaczej i kiedy – nieświadomi, bo szczęścia najcześciej człowiek jest nieświadomy – byliśmy szczęśliwi sami z siebie.

Za ostatni grosz” – śpiewała Budka Suflera. Co za ten ostatni grosz? Wino z ZIELONYCH LAT chcę znów pić – odpowiadała piosenka. I właśnie tak. To te ZIELONE LATA, gdy się miało lat „naście”, gdy wakacje i świat był bez granic, gdy nie mieliśmy nic, poza ciekawością i w niej właśnie wszystko stawało sie wspaniałe, każde doświadczenie było niezwykłe, każde wrażenie niesamowite.

Czy można się cofnąć? Za ten ostatni grosz lub cokolwiek innego? Czy już musi być jak jest?

 

Co do tego, co jadłem, to mój typowy zestaw wyglądał bez zmian:

śniadanie: Na surowo: marchew, seler, sałata lodowa, jarmuż, cebula, czosnek (czasami), rzodkiewka,  mała ilość owoców, np. pół kiwi.

obiad: Gotowane: kalafior lub bigos. Na surowo: pomidor, cebula, papryka, natka pietruszki. Deser: cząstka grapefruita.

Generalnie włączyłem owoce w niewielkich ilościach. Trochę kiwi, mało jabłka lub grapefruita. W okresach cierpienia i stagnacji jadłem jakby mniej. Poza tym jem objętościowo sporo. Ogromną pomocą okazał się bigos, który gotuję z kapusty białej, kiszonej i dodaję koncentrat pomidorowy. Doprawione – NAPRAWDĘ SMAKUJE. To sporo zmienia.

Ze spraw zdrowotnych, to wypada jeszcze wspomnieć, że perystatyka jelit ulega spowolnieniu. To może budzić pewien niepokój, ale generalnie wszystko pracuje okej, tyle, że wolniej.

Spadek wagi ok 11 kilogramów. Głodu brak, chyba, że mówimy o głodzie w sensie psychicznej ochoty na bitki wołowe, golonkę z piwem, qointreau z czekoladą itp. W sensie fizycznym głodu żadnego nie odczuwam. Zakwas z buraków produkuję na bieżąco i polecam rodzinie.

 

Czy to uczucie szczęścia mam na stałe? Nie. Ale pojawia się znaczenie częściej. Czy post Zbyszka wg Dąbrowskiej może być przyczyną tych emocji? Myślę, że może. Oczywiście jedną z przyczyn, ale dość istotną. Sprawa zasadza się na biochemicznych mechanizmach naszego organizmu oraz na wodzie, którą robi z naszego mózgu tzw. byznes.

„Otwórz szczęście!” – proponuje Coca-Cola w swoich kampaniach reklamowych. „Szczęśliwe jedzonko” (Happy Meal) – oferował McDonald. Itd. Itp. Gdzie się nie obejrzeć, czekają na nas oferty „szczęścia”. Za parę złotych, nie tak całkiem drogo. Próbujemy i… rzeczywiście – czujemy się super, ale…. tylko przez moment. Więc potem musimy jeszcze raz, a tak generalnie, to jest „do dupy”.

Świat wmawia nam, że przyjemność to szczęście. G***** prawda. Ale oni tak twierdzą, bo wiedzą, że ludzie są nieszczęśliwi. Że potrzebują szczęścia, więc… podsuwają im to, co na chwilę da im ulgę, zaś na dłużej czyni ich jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Skala depresji, smutku, przygnębienia i stresu osiąga stany kliniczne i stają się one powszechne. Jesteśmy coraz mniej zadowoleni i coraz mniej szczęśliwi, choć mamy coraz więcej przyjemności na wyciągnięcie ręki.

Przyjemność bowiem, to odczucie wskutek obecności w organizmie – dopaminy. Dopamina drażni komórki nerwowe, to daje owo odczucie przyjemności. Co powoduje wydzielanie dopaminy? Seks, narkotyki i… JEDZENIE. Zwłaszcza jedzenie czegoś, co ma choćby troszeczkę CUKRU, a w tym – fruktozy.

Szczęście, poczucie zadowolenia, nie lokowane w konkretnej przyczynie, powstaje w wyniku oddziaływania – serotoniny. Serotonina uspokaja komórki nerwowe. Powstaje uczucie spokoju, zadowolenia, szczęścia, swobody. Człowiek jaśniej patrzy na wszystko dookoła. Brak serotoniny lub niewrażliwość neuronów na tę substancję, to… tak, tak – depresja.

Taki jest mniej więcej mechanizm biochemiczny tych naszych pozytywnych odczuć. Przyjemności i szczęścia. Warto jeszcze dodać, że neurony poddane działaniu dopaminy (odczucie przyjemności) starają się zapobiec dalszemu podrażnianiu i zmniejszają swoją wrażliwość na dopaminę, ale także na serotoninę. Wskutek tego, częste doświadczanie przyjemności (jeszcze jedną czekoladkę), powoduje konieczność zwiększania impulsu drażniącego – trzeba więcej: słodyczy/narkotyku itd. oraz czyni nas bardziej nieszczęśliwymi po ustaniu działania przyjemności.

Jeszcze raz. Częste – chroniczne – doświadczanie przyjemności (dowolnej) czyni nas bardziej i bardziej nieszczęśliwymi. I tu z pomocą przychodzi post Dąbrowskiej z czyhającymi na nas mało wystrzałowymi warzywkami. Mamy post nie tylko kaloryczny, mamy post – dopaminowy! Układ nerwowy sobie odpoczywa od ustawicznego drażnienia go doznaniami. Staje się bardziej wrażliwy na serotoninę i… voila! Pojawia się szczęście.

Dodatkowo może istnieć jakiś związek pomiędzy tym postem a ilością serotoniny, bo post silnie oddziałuje na florę bakteryjną w jelitach, a specjaliści twierdzą, że 90% serotoniny w organizmie tworzone jest właśnie TAM, tzn. przez florę bakteryjną jelit!

 

Na temat szczęścia można by długo. Oczywiście sam post do tego nie wystarczy, choć może pomóc. Trzeba jeszcze pracy głową, ale tu nie czas i temat na to. Może przy następnej okazji. Czy jutro będę nadal pościł? Nie wiem. 28 dni, pełne cztery tygodnie wydają mi się bardzo dobrym i rozsądnym osiągnięciem. Trzeba pamiętać, że post Dąbrowskiej jako dieta eliminacyjna, nie powinien być stosowany bez ważnych przyczyn zbyt długo. Pozbawia bowiem organizm mikroskładników, które są mu na co dzień potrzebne do normalnego funkcjonowania. Z drugiej strony… nie przesądzam. No cóż… jutro będzie jutro, a dziś… hop szklankę zakwasu z buraków! Pościjmy. Cieszmy się z naszego postu. Uśmiechajmy się do ludzi, do słońca, do zwierzaków. A może przede wszystkim do siebie, bo może zbyt często, dla samych siebie, nie znajdujemy na co dzień dość wyrozumiałości, wsparcia i zwykłej przyjaźni. I chyba to prawda, że być szczęśliwym można – teraz. Albo nigdy. Więc wybierajmy „teraz”.

 

—————————————————————-

Na koniec mały bonus. Jakby ktoś nie mógł wytrzymać i koniecznie chciał posłuchać mojego głosu, to trzy i pół minutowy urywek z mojego audiobooka. Owszem, pojawiają się odniesienia do pielgrzymowania, ale bez strachu, rzecz jest na temat snu…

 

Całość dostępna jest {TUTAJ} a do pobierania {TUTAJ}


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *