„Dwóch papieży” – laurka dla Franciszka

Udostępnij dalej

„Dwóch papieży” – laurka dla Franciszka

 

„Dwóch papieży” świetnie się zaczyna. Nieco „dokumentalistycznie”, ale kolorowo prowadzona kamera umieszcza nas od razu w środku Watykanu. Widzimy prawdziwe wnętrza, niedostępne dla nas na co dzień, zamęt i bieganie, jest – wynoszą ciało zmarłego Jana Pawła II, wiatr na placu św. Piotra proroczo przewraca karty pisma świętego na trumnie naszego rodaka. Ale nie ma czasu, nie o to. Wir spraw, akcja jest płynna, zapowiedź jasna, to będzie film o dwóch papieżach, Benedykcie XVI i Franciszku, o ich dojściu do urzędu, o wspólnym – niejako – trwaniu.

Anthony Hopkins w roli Benedykta jest wspaniały, zresztą, jak niemal zawsze. Ten aktor granie ról ma we krwi. Nie musi się do tego zmuszać, ale jeśli nad tym pracuje, to znów – nie łamiąc siebie, ale ciesząc się każdym momentem, gdy oddaje swoim ciałem, gestem, słowem żywiej i dosłowniej przesłanie płynące z odgrywanej przez niego postaci.

Akcja kręci się jednak bardzo szybko. Telegraficzne skróty. Skandale Benedykta. Skandale Benedykta, Skandale Benedykta – Benedykt bezradny, twarze prezenterów co z namaszczeniem, wszystko się sypie.

Obok tego podstawowego na początku planu prowadzony jest drugi, jakże odmienny. Jakże autentyczny i prawdziwie ludzki. Oto kolorowe, biedne dzielnice i uliczki Buenos Aires. Prawdziwi biedni ludzie, jakiś młody chłopak słyszący wezwanie by naprawić kościół, który podupadł. Przez ciżbę nastoletni Latynos przeciska się na zagubiony w labiryncie biednej części miasta plac, gdzie wśród zgromadzonych ludzi biskup głosi słowo.

Bergoglio przyjeżdża do Watykanu, rozpoczyna się zasadnicza część filmu, wielki dialog kościoła „starego” z „nowym”.

Stopniowo widz rozumie, że film tak naprawdę nie opowiada historii dwóch papieży. Postać Benedykta jest wprowadzona raczej w charakterze służebnym, narzędziowym, jako tego który reprezentując „stary” kościół zmienia się pod wpływem słusznych i rewolucyjnych poglądów Jezuity z Argentyny. Zmienia się, bo sam nie jest w stanie „sprostać” zmieniającemu się światu, a tak naprawdę sprostać własnym błędom – autorzy filmu jasno sugerują odpowiedzialność Benedykta za niektóre choćby zbrodnie pedofilii i jej ukrywania. Nie radzi sobie Benedykt też z tematem finansów, banków. Początkowo nie zgadzając się z postulatami Argentyńczyka, zmienia się. Bo „rozwój to zmiana” – jak powtarza bon motte filmu.

Film tak naprawdę jest o papieżu Franciszku. O jego drodze do kapłaństwa, do kościoła, do biskupstwa i papiestwa. Jonathan Pryce robi znów świetną robotę aktorską. Zarówno fizjonomia – upodobnienie do rzeczywistej postaci – jak i sama gra aktorska są na bardzo wysokim poziomie. Wielką zaletą filmu są wnętrza i sfabularyzowane udokumentowanie procesów, będących jakby za zasłoną przed naszymi oczami. Któż by nie chciał zobaczyć, jak naprawdę przebiega wybór papieża w Kaplicy Sykstyńskiej przez odciętych od świata kardynałów? A film to wiarygodnie i dosłownie pokazuje.

A jednak pojawia się dziwne wrażenie. Wrażenie jakiejś nieprawdy, nienaturalności, jakby ten film nie był wyrazem sztuki, która życie przedstawia jeszcze bardziej prawdziwym niż jest, ale wyrazem marketingu, propagandy, nawracania itd. To wrażenie wynika wprost z braku wielowymiarowości wykreowanej postaci papieża Franciszka. Szczególnie ostro widać to na przykładzie tego wątku filmu, który miał ową „wielowymiarowość” wprowadzać, a więc pokazywać „cień” na postaci biskupa Buens Aires.

Miała nim być współpraca z wojskowymi, którzy w Argentynie dokonali zamachu stanu. Ale na Boga – współpraca polegająca na heroicznej trosce Bergoglio o podległych mu księży i na jego wysiłkach w celu ratowania ich życia. Naprawdę? To jest „cień” na życiu?

Film wielokrotnie nawiązuje do elementów „nowego kościoła”. Reżyser pokazuje je jako postulaty troski o biednych, rezygnacji z celibatu księży i nierozwiązywalności małżeństwa, jako zrównanie w prawach homoseksualistów i homoseksualizmu oraz troskę o uchodźców przybywających do Europy z Afryki i państw arabskich. Film zaczyna się i kończy sceną, w której Franciszek, jako nowo wybrany Papież, wybiera się na Lampeduzę, osobiście próbując kupić przez telefon jedno miejsce w samolocie, w celu udania się tam, by wesprzeć przywożonych na tę wyspę przez przemytników, „uchodźców”.

Omawiane dzieło jest przykładem twórczości pedagogicznej, nie mającej wiele wspólnego ze sztuką, czy ze sztuką filmową. Po obejrzeniu, chyba, że jest się entuzjastą wcześniej wymienionych „elementów postępu” zostawia absmak, poczucie sztuczności. Przecież każdy człowiek ma realne, a nie żałośnie „wymyślane” w celu większego polukrowania propagowanej postaci, problemy, grzechy, wady i popełnione błędy. Te wady i słabości jeśli są pokazane realnie, wcale człowieka nie degradują, przeciwnie, jego zaletom nadają prawdziwy blask, tak jak bez nocy i to głębokiej nie da się zobaczyć majestatu Drogi Mlecznej.

Jeśli nie masz zbyt wielkich wymagań, co do „sztuki filmowej” przez duże „S” idź na ten film. Jeśli jesteś zwolennikiem i żołnierzem zmian w Kościele Katolickim propagowanych przez papieża Franciszka, idź na ten film. Jeśli lubisz Anthonego Hopkinsa – idź na ten film koniecznie, szczególnie jeśli chcesz zobaczyć, jak to jest – za zamkniętymi drzwiami Watykanu.

Film jest dobrze nakręcony, sympatycznie, choć nieco przesadnie, pokazuje postać papieża Franciszka. Jest bez wątpienia ideowym przesłaniem dla wiernych Kościoła Katolickiego, dziełem pedagogicznym. Czy okaże się przesłaniem twórczym dla wspólnoty katolików na całym globie? Czas pokaże. Na dziś, połowa wiernych kościoła katolickiego w Ameryce Południowej odeszła do kościołów pentekostalnych. Zmiany – wydają się nieuniknione. Ich kierunek jednak – jest niepewny.

———————————————————————
Mój audiobook {TUTAJ}
Recenzje innych filmów {TUTAJ}
Projekt do wsparcia {TUTAJ}


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *