Prezent na Święta lub decyzja pielgrzyma czyli przebaczajmy

Udostępnij dalej

Prezent na Święta lub decyzja pielgrzyma czyli przebaczajmy

 

Gdy się wyrusza w samotną i długą trasę pielgrzymkowa, liczoną w dniach, bywa w tygodniach ciągłego marszu, człowiek myśli o jednym: Co jeszcze ze sobą zabrać, jak się zabezpieczyć, co wziąć jeszcze, żeby przetrwać, żeby dać radę, żeby zwyciężyć?

Tak samo jest w życiu. Potrzeba nam kapitału, zasobów, siły , pieniędzy, mnóstwa różnych rzeczy, żeby nas zawieja nie zatrzymała w miejscu, psy nie pogryzły, głód nie zabił. Więc… GROMADZIMY. Im więcej tym lepiej. Tym silniejsi jesteśmy i więcej możemy.

Tym elementem, tą rzeczą, bagażem, który zabieramy do plecaka niesionego przez dni naszego życia bywa URAZA. Występuje ona w różnych postaciach i w różnych opakowaniach: niechęci, nienawiści, pogardy. Ta uraza, ta niechęć bardzo dużo nam daje. Daje nam przede wszystkim przewagę moralną, nad tymi, którymi gardzimy, do których czujemy urazę, bo nas skrzywdzili.

Dzięki trzymaniu w plecaku świadomości niechęci do innych, mamy „moc„. Czujemy, że mamy siłę, żeby się odegrać, wymierzyć sprawiedliwość. Gdybyśmy naszą urazę gdzieś zgubili, gdyby nam z „plecaka” naszego wypadła, bo dziurawy, bo przechylił się na postoju, bo zapomnieliśmy jej na przystanku z powrotem włożyć. Wtedy bylibyśmy bezbronni i słabi. Bezbronni wobec tych wszystkich strasznych ludzi, którym – przyznajmy to szczerze – należy się nasza zemsta lub odwet i jest to prawda obiektywna, zasada sprawiedliwości, bo tylko zło karając a dobro nagradzając, możemy zachować jakoś sens tego świata.

A jednak Jezus Chrystus, którego pamiątkę przyjścia na świat będziemy lada dzień już obchodzić, kiedy zapalimy światła na choince, kiedy śpiewać będziemy kolędy, kiedy za wszelka cenę będziemy pragnąć, żeby i do naszego „świata” wlało się choćby odrobinę tej cholernej miłości, która i nam wszystko wybaczy, która i nas jakoś otuli, która w dobro zamieni wszystko wokół nas, jakby na chwilę, na ten moment na ziemi, miało się zrobić jaśniej i cieplej…

A jednak ten Jezus Chrystus żądał, radził, mówił, żeby… przebaczać. Nie raz, nie siedem, ale zawsze. Czy to ma sens? Czy też to nauki lekkoduszne, śliczne jak lampki na choince, ale równie jakoś nieprawdziwe czy nieprzystające do codziennego życia.

Zachowywanie urazy, co jest przeciwieństwem przebaczenia, ma kilka charakterystycznych cech. Bardziej coś MAMY niż nie mamy. To coś NIESIEMY przez nasze dni i noce bo czujemy, że daje nam jakąś SIŁĘ. Wracając do przeżytych krzywd i pielęgnując postawy urazy i niechęci dbamy o SIEBIE, troszczymy się o SIEBIE, podkreślamy jak to MY zostaliśmy skrzywdzeni, jak się liczymy, jacy ważni jesteśmy.

Może największym problemem jest ten szantaż, że jeśli PRZEBACZYMY tym, których nienawidzimy słusznie, bo z obrazem działań których związany jest nasz ból, to jakoś im – puścimy płazem ich zbrodnie. To jakoś przegramy nawet nasze krzywdy i na zawsze zapanuje zło. To zdradzimy dobro i sprawiedliwość. Dlatego się temu przeciwstawiamy, wracając w świadomości do doznanego bólu, napełniając energią nasze poczucie skrzywdzenia, budując mającą się zamienić kiedyś w wyrównanie, naszą niechęć lub – w innych przypadkach – nienawiść.

Ale bardzo często, najczęściej nawet, nigdy nie dochodzi – i wiemy, że nie dojdzie – do możliwości wymierzenia przez nas sprawiedliwości. Do tego momentu, gdzie zbrojni siłą naszej nienawiści, zgnieciemy podłość naszych krzywdzicieli. Gdzie napędzani pogardą podniesiemy do góry miecz i zmieciemy z powierzchni ziemi to, co złe. Nie. To się nigdy nie staje, zostajemy tylko my, ciągle na to się przygotowujący i targający ze sobą po wertepach życiowej drogi ten ciężki bagaż: pogardę, urazę, nienawiść.

Gdy za sobą ma się setki, tysiące kilometrów samotnego marszu z całym dobytkiem na plecach, dociera do nas nowa prawda, prawda, która w pełni dociera do człowieka jak zawsze – tylko drogą doświadczenia. Prawda, że to co nam pomaga, zabezpiecza, wszystko to, co ze sobą ZABIERAMY w podróż jaką jest pielgrzymka i jaką jest – w sumie – życie, kosztuje nas. Płacimy za każdą taką rzecz brzęczącą monetą wysiłku, trudu, zmęczenia. Płacimy samymi sobą za to, by móc nieść i to, i jeszcze to, i bywa plecak jest ciężki i przychodzi rozumienie, że już za ciężki, że dalej iść nie da rady, że bólu związanego z ciężarem, jaki się dźwiga, jest już za wiele.

Wtedy zaczynamy dostrzegać nie to, co jeszcze chcielibyśmy zabrać i mieć, tylko to, co dałoby się wyjąć i gdzieś zostawić. Na szlakach drogi do św. Jakuba można znaleźć różne rzeczy. Często potrzebne i korzystne, jak choćby zapakowaną paczkę makaronu w schronisku, którą jakiś pielgrzym zostawił, karimatę na której można się przespać, bywają i inne. Pielgrzymi zostawiają te rzeczy, bo nie chcą zostać i z nich korzystać, tylko chcą iść, iść naprzód i wszystko co sprawia, że bardziej musieliby się zatrzymać w miejscu niż iść, zostawiają za sobą, nawet gdyby było to wartościowe.

Więc może rada Jezusa nie jest żadnym moralnym wymogiem, kolejny ciężkim przykazaniem, trudną i sprawiającą kłopot w realizacji wytyczną. Może jest odwrotnie. Może przebaczenie innym korzystne jest dla nas. Może zdejmuje z nas zbytni, nic nam nie dający poza bólem i zmęczeniem, ciężar? Może przebaczenie innym jest tak naprawdę prezentem, korzyścią i ulgą dla nas samych?

Może jest tak, że wcale nie mniej tylko bardziej – jeśli przyjdzie po temu okazja i pojawi się możliwość – będziemy w stanie „wymierzyć sprawiedliwość” tym, co się dopuścili niesprawiedliwości. Może wtedy właśnie będziemy sprawniejszymi, szybciej i obiektywniej działającymi „sędziami”? Bo karę tę wymierzać będziemy nie dla naszego dobra, ale dla dobra „świata” dla jego równowagi i w jakieś mierze też dla dobra „złoczyńcy”, którego nie będziemy wtedy chcieli „skrzywdzić”, ale postawić go w sytuacji, która unaoczni mu doświadczalnie zło jakiego się dopuścił, bo bez tego unaocznienia, będzie dalej w błędzie i będzie skory do krzywdzenia nadal.

Ale to… kiedyś, jak przyjdzie ewentualnie taka chwila i możliwość. Na co dzień, po prostu będzie lżej, będziemy wolni. Wolni od targania w umęczonych rękach, od dźwigania na obolałych plecach tego ciężaru nienawiści, urazy i niechęci. Tego wirującego negatywnymi energiami „żyroskopu ciemności”. Tego ciężkiego i gorącego kamienia, który szantażując nas groźbą naszej bezsilności gdy zajdzie potrzeba i zarzucając nam zgodę na niesprawiedliwość, przyczepia się do naszych rąk, umieszcza w plecaku, ciągnie z nas siłę, energię, życie…

Więc Jezus niczego w zasadzie nie wymaga. Nawiązuje do zwykłych doświadczeń pielgrzyma, że żeby iść, nie można zabierać zbyt wiele, nawet rzeczy korzystnych, a co dopiero mówić o tych, co żadnej praktycznie korzyści nam nie dają. Jezus w ten sposób przestrzega przed konsekwencjami pójścia za fałszem wymienionego wyżej szantażu i poddania się wspomnianym oskarżeniom. Namawia nas byśmy przebaczali. Przebaczali ile tylko damy radę. Byśmy stanęli oko w oko, w swojej świadomości, z tymi, co nimi gardzimy i ich nienawidzimy ze szczerego serca. Byśmy im tam spojrzeli w oczy i powiedzieli, sercem samym, PRZEBACZAM.

Bo nie dajemy w ten sposób prezentu im. Bo ofiarujemy w ten sposób prezent samym sobie. Bo mniej jest wtedy nas, a więcej Boga, który jest miłością. Bo nam lżej i weselej. Bo prawdziwiej i szczęśliwiej. Bo niczego nie tracimy, a zyskujemy wolność od przywiązania do własnych urazów, wracaniem do których sami tylko sobie krzywdę wyrządzamy.

Więc mając w pamięci wczorajszy, jakże pełen krzywdy historycznej dzień i widząc w niej własne krzywdy i urazy, przebaczajmy. Wyjmujmy z plecaka. Rezygnujmy trochę z siebie. Ufajmy tej obietnicy i testujmy jej zapewnienie, że takie zachowanie prowadzi do wolności. Że będzie nam lepiej i innym z nami też. Że świat wokół pojaśnieje, a Bóg, który jest drogą naszych stóp poprowadzi nas. Gdzie? Naprzód. Tam gdzie na nas czeka. Co? Wszystko?


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *