Lajf coaching – w wydaniu Kościoła Katolickiego

Udostępnij dalej

Lajf coaching – w wydaniu Kościoła Katolickiego

 

Od kiedy pamiętam, miałem lajf coacha. Should I write it properly? Don’t think so. Więc pozostańmy przy tej pokraczniej i nieprawidłowej formie – lajf coaching.

O dziwo pierwszym moim life coachem, był Kościół Katolicki (KK). O dziwo, bo właściwie powinni być to rodzice. Rodzice jednak jeśli pełnili tę rolę pouczyciela „jak żyć”, to robili to dyskretnie, jeśli już to poprzez przykład z własnego życia, jeśli już to poprzez zwykłą troskę i opiekę, jeśli już to poprzez miłość, lepszą, gorszą, ludzką, mającą zawsze jakoś na celu dobro dziecka. Czyli byli „standardowymi rodzicami”, bo każdy rodzic tak do dzieci podchodzi. Owszem, są w jego postawie pewne oczekiwania i narzędzia dyscyplinujące, by pociecha nie zeszła na psy, jednak głównym przesłaniem pozostaje zawsze miłość, wyrażająca się m.in. w trosce.

Z KK była zupełnie inna sprawa. Teoretycznie to mówił o sprawach najwyższych, duchowych. O Panu Jezusie, Bogu i tak dalej. I wszyscy wdrażaliśmy się do religii, pełni podziwu dla mądrości i niezwykłości tego duchownego-księdza w sutannie, którego nawet rodzice słuchają, a który ma moc… od Pana Boga i kontakt z Nim, i jest Jego przedstawicielem i nas poucza. Na stare lata dopadają mnie czasem wątpliwości – też wynikające z mojego własnego life coachingu – że to może była „g*wno” prawda.

A jednak, zupełnie niepostrzeżenie, jakby obok tych „głębokich prawd”, wykonywana była nad nami ogromna praca formująca, ucząca nas – jak żyć. Jak mamy się zachowywać, jak postępować. Co jest dobre, jakie zachowania i strategie zachowań złe. I nie sposób zgodzić się z tymi naukami i dziś je podzielam, i chciałbym żeby jakoś innym zostały wtłoczone do głowy, że kraść jest źle, że tłuc butelki na ścieżce dla rowerów jest źle, że napierać samochodem tatusia na progu ryzyka jest źle, że słowa się dotrzymuje, że mówi się prawdę.

Bez tego zrębu zasad, kształtujących człowieka, a przez to kształtujących życie społeczeństwa, to społeczeństwo się degeneruje. Nie potrafi wykrzesać z siebie siły, nie potrafi wytworzyć wsparcia dla swoich wartościowych jednostek, przeciwnie, promuje miernoty, a to co wartościowe depcze, staczając się w chaos i bezład.

A jednak po naukach na temat rzeczy ostatecznych i wartości w życiu człowieka, to ciągle jeszcze nie był life coaching. Ten istniał w odbieranym nauczaniu jakby całkiem z boku. Udając, że go nie ma, stał sobie i pogwizdywał, jednocześnie w chwili niepełnej uwagi odbiorcy, kształtując jego długofalowe strategie życia w społeczeństwie. Jakie to strategie life coachingowe odbierałem za młodu od najwyższych autorytetów KK?

Posłuszeństwo

Chyba pierwszą było – posłuszeństwo. Musisz być wierny, i musisz być posłuszny. Posłuszeństwo raz po raz wplatane było w liny argumentacji i nauk, raz po raz przylepiane do panoramicznych widoków właściwego życia. Musisz być posłuszny, bo… pierwszy grzech był właśnie – nieposłuszeństwem. To dobra nauka, bo młodzież, szczególnie męska, nie ma tzw. drajwu do posłuszeństwa. Wszystko tylko nie to. Eksperymenty z niedozwolonym, przedsięwzięcia i przekraczanie wytyczonych granic, to typowe zajęcia chłopców w młodym wieku. No… może kiedyś, no… może nie seksualne – tak jak to postulują dzisiejsi lajf coachowie. Ale jednak.

Więc posłuszeństwo dobrze komponowało się z tymi naturalnymi preferencjami, utrzymując wszystko w jakiej takiej równowadze. Ale – komu należało być posłusznym? Przede wszystkim rodzicom, potem oczywiście nauczycielom w szkole, no i najwyższy rodzaj i wymiar posłuszeństwa, to posłuszeństwo Bogu. Kłopot z Bogiem polegał na tym, że realnie nie było możliwości go spotkać, przynajmniej tak, jak nauczyciela w szkole czy ojca po tym, jak się podpaliło z ciekawości firanki na oknie. Ale zamiast Boga, pojawiał się ksiądz. Był dostojny, poważny i w zasadzie był tym Bogiem tu na ziemi. Dla nas.

Teraz posłuszeństwo jest ostatnią cechą jaką ludziom ktoś by reklamował. Księża uczą żon nieposłuszeństwa, to znaczy posłuszny teraz ma być mąż, w wszystko w dialogu i tak dalej. Dzieci uczone są nieposłuszeństwa przez Pełnomocników do spraw wykolejania młodego pokolenia. Ci pełnomocnicy żywiąc się krwią narodu zbieraną przez macki państwa, oczywiście sami tylko sterują, dyrygują, przyzwalają, a tabuny edukatorów, którym tej krwi, o przepraszam pieniędzy, skapnie nieco do kieszeni, wyruszają w teren nieść prawdę o PRAWACH DZIECKA I OBYWATELA.

Wierność

Jakby konsekwencją posłuszeństwa była lojalność – musisz być wierny. Wierny danemu słowu, wierny Bogu, wierny obietnicom, które dajesz, decyzjom, które podejmujesz, celom, które sobie wyznaczasz, osobom z którymi się wiążesz. Lojalność albo wierność była tym drugim przesłaniem lajf coachingu KK, jaki obierało młode pokolenie.

I znów wydaje się, że była to zasada ujmująca w ramy pewne naturalne tendencje. Bo co to za przyjemność – dotrzymywać danego słowa? Bo przecież tyle realnych pokus i możliwości, żeby je złamać. Bo na Boga, nie chce się i korzystniej odwrócić się do człowieka, zdradzić relację, wybrać własną korzyść, gdy niekorzystnym będzie pozostawanie lojalnym.

I znów – czy to echo? – lojalność i wierność jawi się w dzisiejszym świecie jako obrzydliwość, jako aberracja, jako nieświeży towar od którego wypada odwrócić oczy, bo jak nie, to cuchnąca rzeczywistość stanie się naszym udziałem. Nikt nie chce być posłusznym, rzadko bywa ktoś lojalny. W oszalałej pogoni za korzyścią, za konsumpcją i doznaniami, ku którym popycha nas „czucie”, a które mają nas zbawiać już tu i teraz, wierność i lojalność stają się absurdem, historyczną ciekawostką, faux-pas. Politycy, księża, małżonkowie, homoseksualiści, sorry – taki wtręt – dziennikarze… e… naukowcy. Tkanka społeczeństwa tkana z lepiszczy posłuszeństwa i lojalności rozłazi się we wszystkich kierunkach, wzory wartości i kształty charakteru ulegają dekompozycji, pozostaje jednostkowe rozdarte pragnieniem doznań gardło, przez które głód „czucia” domaga się napełnienia kolejnymi dawkami dopaminy.

Być dobrym uczniem

KK był zapamiętały we wdrażaniu swoich zasad life coachingu, a ja byłem dobrym uczniem, bo być dobrym uczniem – też było zasadą life coaching KK. Dobry uczeń w poczuciu najwyższego szacunku przyjmuje bez pytań nauki mu przekazywane, bo ci co te nauki przekazują są ponad tym uczniem, wiedzą rzeczy, o których uczeń pojęcia nie ma, mają moc niezwykłą i ten strój, którego nikt inny nie nosi i sam Bóg przez nich przemawia, więc, dobrym uczniem nie być – grzech i piekło, i zniszczenie. I moi koledzy często nie byli.

Musisz przecierpieć

Stopniowo, później, odsłaniały się dalsze reguły życia, jakie kościół zalecał swym poddanym, o przepraszam – wiernym. Chyba wynikającą z posłuszeństwa i lojalności była „musisz przecierpieć”. Ilekroć w życiu napotykasz ból, zło, sytuację która cię rani, ludzi, którzy cię ranią, rzeczywistość sprawiającą ci ból, wyrywającą z ciebie przysłowiowe „flaki” – musisz przecierpieć. Módl się więcej. Pan Bóg ci pomoże. Taki jest świat.

Właściwie to KK nie uczył jak rozwiązywać problemy, tylko jak je jak najdłużej znosić. Przez to zamykał ludzi w rzeczywistości, która ich mogła krzywdzić. Zamykał ich, bo sam w tej rzeczywistości po prostu nie żył. Oddzielenie stanu duchownego od świeckiego, przebiegająca we wszelkich możliwych płaszczyznach od tak długiego – 1600 lat – czasu, spowodowała, że życie ludzi przestało być życiem kapłanów, że doświadczenie ludzi, przestało być doświadczeniem księży. Stali się kimś innym, kimś ponad, oderwali się od „ziemi” i z wysoka spoglądali na nią, myśląc, że ten panoramiczny widok ma coś wspólnego z odczuciem stóp spotykających świeżą trawę pokrytą rosą czy ostre szkło na kamienistej drodze.

Stąd nieodwołalne i niezawisłe – istniejące wyłącznie w KK normy dla życia wiernych poddanych. Stąd nauki najwyższe i standardy wygodne dla głoszących, mniej już wygodne dla pouczanych. Stąd po części stabilność konstrukcji, w której hierarchiczna władza nie zależy od tych, co niżej, ale i stąd po części masowe wyjścia i odstępstwa od lajf coachingu KK, co się objawiało i objawia już to spadkiem populacji wiernych już to buntem pewnych episkopatów, co zwiastować zdaje się kolejny możliwy rozpad.

Poważność

Jeszcze dwie „zasady życia” pamiętam z nauk KK. Pierwsza to powaga. Wszystko jest śmiertelnie poważnie. Jest takie, bo chodzi o twoje życie i śmierć na zawsze! A to nie są żarty. Jest więc kościół i był, używam tu pojęcia kościół w jego klerykalnym wpojonym wiernym znaczeniu, poważny. Nie ma w nim żartów, kpin, ironii. Te, chwasty życia w pełni pobożnego człowieka, uparcie się czasem pojawiały, ale na boku. A gdy padło na nie światło oświeconej wiedzy najwyższych przedstawicieli kościoła, to ciężka stopa dyscypliny i lojalności przygniatała je do ziemi.

Niedopuszczalność odstępstw

Towarzyszyło tej powadze przekonanie nie niedopuszczalności odstępstw. Być może swoje źródło w nauczaniu tej instytucji miało ono w historii, gdzie przecież kościół tworzył się i powstawał w walce właśnie z odstępstwami. To odstępstwa były w historii, a to znaczy w życiu, największym właściwym wrogiem kościoła, a on walkę z nimi uczynił elementem fundamentalnym swojej istoty. Bez niej, bez tej walki, nie byłoby przecież KK. Mielibyśmy zbiór różnych denominacji, może kontynentów –  jak w kościele prawosławnym, może – rozsypanych nieskończoną ilością wysp – archipelagów, jak to ma miejsce w przypadku protestantyzmu.

Więc każde, najmniejsze przekroczenie granicy to grzech! Człowiek staje się „nieczysty”, nie ma w nim już „łaski bożej”. To straszne. Więc trzeba ze wszystkich sił – dokładnie. Dokładnie podążać i żyć za wskazaniami „pasterzy”. Dokładnie wypełniać ich zalecenia i nauki na temat życia. Niech cię Bóg broni przed niekonsekwencją, odstępstwem, hipokryzją i brakiem ścisłego dostosowania postępowania do świętych reguł. A przecież każda reguła życia głoszona przez księdza była święta. Bo ksiądz głosi „słowo boże”, a nie jakieś ludzkie. Serio. Naprawdę.

Ocenianie

Jedną z najważniejszych i w sumie fundamentalnych zasad i postaw życiowych, było ocenianie. Ocenianie siebie i innych. Jakkolwiek w przemowie księdza oceny i potępienia (z reguły wynikiem ocen były potępienia) wędrowały w kierunku innych, to my byliśmy uczeni głównie ocenia siebie. Katalog wymogów i zasad, czasem nie przystających przy surowym ich przestrzeganiu do życia, groźby i straszne konsekwencje, wspomniana już śmiertelna powaga, brak ironii, humoru i żartu, wszystko to materializowało się w indukowanym samoocenianiu się.

Jeśli nie umiesz się ocenić negatywnie, to coś z tobą jest fundamentalnie – nie tak. To właściwie jesteś stracony. I jest w tym podejściu jakaś racja. Jakiś zawór bezpieczeństwa zabezpieczający nas przed szaleństwem, egoizmem, niekontrolowanym odlotem w subiektywne „ja”. Odlotem, który nawet przy najszczerszym i najszlachetniejszym podejściu może zakończyć się katastrofą, jak w przypadku Steda albo zwykłą degeneracją do poziomu zwierzęcia, nie posiadającego bariery, pomiędzy odczuwanymi impulsami emocji, a podejmowanym działaniem, czego doświadczają hedoniści przyjemności i ideologii.

Więc owo ocenianie innych i siebie stawało się jakby wymogiem człowieczeństwa. Tylko, że napompowane „najwyższą wagą świętych spraw i zasad” sprowadzić potrafiło człowieka do roli prokuratora, który siebie samego oskarża, potępia i nie znosi, zaś chwile ulgi i dobrego samopoczucia funduje sobie, gdy dostrzega i opisuje winy innych tak zwanych bliźnich. Bywa taki człowiek najbardziej nieludzki dla samego siebie, namawiany do samoobwiniania się, z wpojonym poczuciem własnej nieczystości i zła, pozbawiony autoironii i hipokryzji, która czasem ratuje życie, może się stać taki człowiek okrutny wobec własnego serca, wobec własnego życia. Przyklaśnie mu instytucja przełożonych, zachwycą się nim święci w sutannach, tylko on sam, będzie głębiej i głębiej zanurzony w smutku, samotności i braku zrozumienia.

Tymczasem życie…

Szczęściem albo nieszczęściem, życie pokazuje później człowiekowi niebezpieczeństwo próby bezrefleksyjnej implementacji nauk duchownych w życiu świeckim. Nie znaczy to wcale, że wszystkie z nich jakieś niewłaściwe, szkodliwe czy zbędne. Znaczy, że życie jest bogatsze z natury rzeczy, bo jest żywe. A sztywny gorset szczytnych pomysłów, które na życie wiernych mają ci, co ich życiem wcale nie żyją, może w szczególnych przypadkach człowieka udusić.

I staje taki człowiek wobec otchłani potępienia go przez ludzkie wyrokowanie, wobec braku wsparcia przez zaakceptowane przez siebie samego reguły i wartości, i nie zawsze wie, co robić. Może samemu zacząć tworzyć reguły lajf coachingu, może łyknąć nauki od innych. Może się wreszcie wypiąć na wszystko przerzucić sznur przez belkę pod sufitem wejść na krzesło. Może zacząć pić, by zalać jakoś ten ból. Może różne rzeczy. Nie tylko człowiek, ale i ksiądz. Ale o tym, następnym razem.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *