„Blade Runner” – film na nasze czasy?

Udostępnij dalej

„Blade Runner” – film na nasze czasy?

 

Magia właściwie zaczyna się od samego początku, od pojawienie się pierwszych napisów, nazwisk producentów, Harrisona Forda. Czerwono świecący na chwilę „BLADE RUNNER” i ta muzyka, która zabiera uwagę i przenosi gdzieś w przestrzeń, stwarzaną przez film. Właściwie Blade Runner bez muzyki Vangelisa nie byłby Blade Runnerem, to znaczy nie byłby gorszy, nie byłby po prostu sobą, filmem – tu można  można użyć takich określeń jak – milowym, kultowym, niezwykłym.

Gdy rozpina się przed widzem panorama Los Angeles, dystopijnego miasta przyszłości, które kaleczy noc swoimi światłami, ogniami, monumentalnymi i poskręcanymi budowlami, to lecimy nad nim, czy chcemy czy nie, razem z reżyserem, a może z bohaterem, a może z kompozytorem, trudno zgadnąć.

Dlaczego właściwie warto wrócić do filmu Blade Runner tu i teraz? Może dlatego, że, jak to czasem bywa w amerykańskich filmach, w otwierającej film scenie testu-przesłuchania nowego pracownika bierze udział Leon Kowalski, brutalny android, który strzela do przesłuchującego. Może też dlatego, że film dzieje się właśnie w 2019 roku i to w listopadzie, który kilka dni temu minął. Więc to niedawno, choć w przyszłości i gdzieś indziej.

Harrison Ford jest młody, męski, przystojny. Świat jest ciemny, pokręcony, opresyjny. Człowiek szuka schronienia w domu, interakcje są zawodowe albo biznesowe. Życie androidów, którzy są „prawie ludźmi”, trwa tylko chwilę, żeby tymi ludźmi przypadkiem się nie stali i właściwie nie wiadomo czy odróżnia ich od nas tylko sposób powstania, bo my się rodzimy a oni są wytwarzani.

W każdym filmie da się wybrać jakieś sceny, które ten film reprezentują albo zapadają w pamięć, które są jakąś jego wizytówką. Takie dwie sceny z pierwszego „Blade Runner”, to byłoby spotkanie Deckarda i Racheal i być może pościg za uciekającą androidką (? forma) gdzie przemoc, rozpacz, szkło, wszystko razem jakoś niezwykłe, jakby apoteoza tragedii życia.

Jednak owo pierwsze spotkanie Deckarda z Rachael, które rozpoczyna przelot sztucznej sowy, wydaje się najbardziej niezwykłe. Przestrzeń, kolorystyka, jej oczy i sylwetka, jego oczy i pytania. Wszystko na raz i znów, widza nie ma, są tylko oni i to co się dzieje na ekranie, a może daleko poza nim, gdzieś w ludzkiej wyobraźni, a może właśnie w życiu przez większe „Ż”.

Jest Blade Runner opowiadaniem o śmierci. O tym, że każdy chce więcej. Więcej życia, więcej wszystkiego. Świetny Rutger Hauer widział wojenne statki w ogniu w pasie Oriona, promienie kosmiczne. – I to wszystko, jak łzy, przemija – przyznaje. Więc chce więcej, więc śmierć jest straszna, bo jest. Więc zrobi wszystko by ją odsunąć, choćby na trochę.

I opowiada pierwszy Blade Runner trochę o miłości. Oczywiście w dystopijnym kontekście. – Robiłeś ten test na sobie? – pyta Rachael Deckarda. Więc to człowiek, który kocha androida czy oboje są androidami? Niestety wszyscy muszą umrzeć. I tak w niewiedzy, lgną do siebie. Nie potrafią udzielić odpowiedzi na pytanie o mechanizmy to „lgnięcie” generujące. Jedyne, co wiedzą, to, że tego chcą.

Niemal 30 lat później, Blade Runner powstał w 1982 r, nakręcono sequel, drugą część, kontynuację – jak zwał tak zwał. Z takimi „dokręceniami”, kontynuacjami dzieł wybitnych jest problem. Bardzo trudno bowiem sprostać czemuś autentycznie wybitnemu, trudno być ponownie oryginalnym, trudno uciec od kalki, która nie ma wiele wspólnego z artyzmem, za to wiele z przemysłową produkcją dla zysku.

A jednak się udało. „Blade Runner 2049” znów się spodobał, znów „zagrał”, znów „pokazał i przemówił”. Ryan Gosling stanął na wysokości zadania. Reżyser i scenarzysta również. Z być może najtrudniejszego zadania napisania muzyki, która byłaby jednocześnie kontynuacją wrażliwości Vangelisa, ale i jakimś jej rozwinięciem wywiązali się z sukcesem Hans Zimmer i Benjamin Wallfisch.

I znów jest mgliście, nie do końca wyraźnie. Przemoc i dystopia. Pytania o tożsamość i to dziecko, dziecko androidów. Każdy z nas chce żyć i, jak bohater tej drugiej części Blade Runnera, być autentyczny. Właściwie to nie wiadomo dlaczego, Nie ma odpowiedzi na to pytanie, bo przecież przemijamy. Kości Rachael pozostają po prostu kośćmi, tyle, że ze śladami po skalpelu i z numerem seryjnym wielkości pikometrów, gdzieś tam.

A jednak Blade Runner 2049 jest opowieścią o człowieczeństwie i o życiu. Człowieczeństwie w przerażająco usztucznionym świecie, gdzie granice tego co ludzkie i sztuczne się zacierają, gdzie ludzie/androidy szukają relacji z rzeczywistością wytworzoną jak z ludźmi. I to dziecko androidów, czy są zatem androidami skoro żyją, umierają i mogą mieć dzieci? To dziecko dla którego poświęcają życie inni. Dla którego poświęca miłość do niego tj. możliwość bycia z nim, jego własny ojciec. Na czym w takim razie polega miłość? Może na pragnieniu dobra drugiej osoby. Za wszelką cenę. Za cenę siebie. Czy to nie jest znany nam skądś motyw?

Ale tak jest, że dziecko, małe dziecko, ma w sobie coś magicznego. Ma jakąś krystalicznie czystą miłość, którą może obdarzyć człowieka. Każdy komu małe dziecko zamknęło dłonie na szyi, wie to bardzo dokładnie. Takich momentów nie da się znaleźć gdzieś indziej, To jakby życie samo nas wtedy dotykało, małymi rękami dziecka. Groźny pies, psy mają generalnie jakieś podłączenie do ludzkiego przeżywania emocjonalności, nie potrafi dziecku nic zrobić. Włoży mu rękę w zęby, będzie mu robić wszystko, a ten będzie leżał i już, bo to życie się w tym dziecku przegląda.

I w tym drugim Blade Runnerze można znaleźć dwie sceny zapadające w pamięć. Pierwsza to gdy K/Joe/Gosling wędruje przez „pomarańczowe miasto”. Korpusy dziwnych, ogromnych rzeźb, futurystyczne kształty, pytania o to, co to wszystko przestawia.Niezwykłe. I oczywiście scena ostatnia/przedostatnia, gdy Gosling siada na schodach, kładzie się na nich i pada śnieg. Białe płatki niczym krople spokoju spadają z nieba, a on świadomy w sumie tragizmu własnego istnienia –  bo został wyprodukowany – patrzy na nie po prostu.

A więc musimy umrzeć, a to co nam się przydarza, najprostszy śnieg i deszcz, jest takie niezwykłe. I miewamy dzieci. I bywa, że kochamy i znajdujemy miłość, choć nie zawsze. I nie znamy, tak naprawdę, odpowiedzi na wszystkie pytania, które się wiążą z życiem, z naszym życiem. Może nie musimy ich znać. Może po prostu wystarczy jak będziemy ludźmi, a być człowiekiem to wchodzić w uczciwe, prawdziwe relacje z innymi, to robić swoje, to czasem po prostu patrzeć, nie pytając o nic.

Blade Runner ten oryginalny i ten 2049 przejdzie do kanonu kinematografii. Zachowa w nim także nazwę firmy „Atari”, której za grosz już nie skojarzą współcześni, a która przecież kiedyś tyle dobrego zrobiła „Amigą”. Skoro mamy 2019 i właśnie listopad minął, to możemy wrócić z Leonem Kowalskim do Los Angeles. Możemy, jeśliśmy zapomnieli, ponownie wcinać z Harrisonem Fordem chiński makaron, wahać się z nim, co zrobić z pięknem, które w osobie androida płci żeńskiej weszło do mieszkania. Możemy ze starym już Fordem dawać odpór za cenę życia tym, co szukają naszego dziecka, możemy patrzeć na śnieg, który wiruje i spada powoli na schody, na których siądziemy razem Ryanem Goslingiem.

To film, piszę tu o obu częściach, niezwykły. Niezwykły w tym sensie, że się nie starzejący, w tym sensie, że mający w sobie ładunek poezji, to jest takiej formy sztuki, która wyprowadza odbiorcę poza niego samego. To film, który po latach da się obejrzeć ponownie i przyniesie znów ładunek emocji, przemyśleń, zauroczenia. Świetna sprawa.

————————————————————————————————–

Recenzje innych dobrych filmów na moim {BLOGU}.


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *