Wojna z mężczyznami – Co to znaczy być mężczyzną?

Udostępnij dalej

Wojna z mężczyznami

 

Mój znajomy twierdzi, że ma miejsce wojna z mężczyznami. Pozwólmy sobie zatem, na chwilę, pójść za jego stwierdzeniem i przyjrzeć się tej tezie, powtarzanej przecież wielokrotnie, choć pokątnie, po zakamarkach wymiany zdań między ludźmi. Czy faktycznie ma miejsce? Czy istnieje „wojna z mężczyznami”? Czy to tylko „humbug”, „nothing hamburger”, wymysł frustratów i słabych na umyśle ludzi?

Kto prowadzi tę wojnę? W jakim ostatecznie celu? Czy da się zaobserwować jej faktyczne przejawy i skutki? Oddziały prowadzące działania? Ofiary w okopach, w szpitalach polowych, w transzejach i na cmentarzach. I w końcu, bo od tego trzeba by w ogóle zacząć – Co to znaczy – być mężczyzną? Kto nim jest? Bo jeśli z kimś, z czymś, mamy opisywać wojnę, to od tego właśnie wypada rozpoczynać.

Pytanie „Kim jest mężczyzna?„, czy w innych wersjach: „Co to znaczy, być mężczyzną?” albo „Na czym polega męskość?” wcale trywialne nie jest. Nie jest wtedy, gdy próbuje się na nie odpowiedzieć. Niby to się wie, samo przez się, ale świat nam się zwirował, zemglił, a ponadto słowami wyrazić jest często trudno to, co wiemy bez słów.

To jest w ogóle – ta werbalizacja – to dość ciekawy albo nawet niezwykły proces. Okazuje się bowiem, że ludzie posiadają wiedzę bezsłowną albo przedsłowną. Że ją posiadają na na jakimś poziomie, na którym słów wcale jeszcze nie ma, tylko tam jest, jest coś takiego, co wiemy „przez skórę”, „przez krew”, wiemy, nie umiejąc wypowiedzieć, ale wiemy to bardzo dobrze. I werbalizacja, ubranie tej wiedzy – która zresztą w wyniku tej werbalizacji trochę się „przeciera”, ujawnia, precyzuje – jest procesem zajmującym czas i wymagającym wysiłku, owszem, intelektualnego.

Taka werbalizacja, to rozwój systemów religijnych lub filozoficznych z choćby słynną tezą Platona/Sokratesa, że wiedza jest w nas, a my – ucząc się – po prostu ją rozpoznajemy. Więc nawet proces uczenia się byłby procesem werbalizacji, to jest wynoszenia do świata pełnej świadomości tego, co wcześniej też było, ale pod jej powierzchnią. Więc ludzie wcześniej wiedzieli, że kraść, mordować jest źle. Wiedzieli to i nie potrzeba było tego opisywać, aby to wiedzieli. Ale, gdy tę wiedzę zaczęli wyrażać w postaci kodeksów i przykazań, wtedy ona – ta wiedza – jakoś bardziej się materializowała, jakby wyłaniała z mgły, można się było nią wygodniej posłużyć i na niej oprzeć.

A więc co to znaczy, być mężczyzną? Kto jest mężczyzną?

Na pewno to musi być mężczyzna w sensie biologicznym, ktoś kto posiada adekwatny zbiór chromosomów, wzór życia, który skutkuje pewną formą i treścią. To na początek. No ale czy może być niemęski mężczyzna? – No przecież – odpowie każdy i zaraz na myśli przychodzą nam obrazy mężczyzn „zniewieściałych”, na widok których, wyginają nam się usta, żołądek lekko się kurczy, jakby szykując się do zwrócenia zawartości, czujemy niesmak i pragnienie usunięcia sprzed oczu niechcianego widoku.

Czy mężczyzna to brutal, silnie zbudowany, groźny, nieopanowany? Czy mężczyzna to ktoś słaby, delikatny, niezdecydowany i zalękniony? Czy jest mężczyzną bydlak, który włazi rodzinie butami na koc na imprezie masowej, bo chce lepiej widzieć, co tam za barierką?

Może łatwiej na przykładach. Czy szczyt wrażliwości tego świata – Fryderyk Chopin – był, można tak powiedzieć, mężczyzną? Czy był męski? Czy też był kobiecy, bo skala emocji i wrażliwości zawarta w muzyce przez niego pisanej, przekraczała wszystko, co było do jego czasów, a może i to, co potem?

Pierwsze wrażenie, które zazwyczaj jest trafne, podpowiada nam, że – tak. Chopin był mężczyzną i był męski. Że to oczywiste i naoczne jakość. Że męskość się w nim w całej rozciągłości wyraża, więc to nie „brak wrażliwości” jest warunkiem tworzącym męskość – to pomyłka.

Czy mężczyzną będzie ów wyżej wymieniony bydlak o tępym karku, walący w ryj słabszych od siebie, żrący, pijący, rabujący innych? Wrażliwości w nim za grosz. Jest owa „niewrażliwość” i siła. A jednak i na jego widok, człowiek-mężczyzna czuje jak mu robi się niedobrze, jakby patrzył na jakiś wykwit na zdrowej skórze, na jakąś dewiację natury, błąd, który powinien być skorygowany.

Takich przykładów można by wiele, Janusz Korczak – skrajnie męski, Jan Zumbach – pilot, bohater bitwy o Anglię, Zbigniew Herbert i Albert Einstein, Vasco da Gama, Cortez ale i Byron i Starzyński. Męskie postaci pokazuje i kreuje w swych filmach Clint Eastwood. Męskie typy spotykamy w życiu codziennym, jakby szarym, normalnym, gdy siada się przy stole i mężczyźni rozmawiają. I nie plotą byle czego. Nie obmawiają choć przecież nic szczególnego nie mówią i jakoś tak – normalniej, jaśniej, bezpieczniej.

Być mężczyzną, to może, tęsknić. Tęsknić do czegoś „poza”. Bo mężczyznom nie wystarcza to, co jest. Bo zawsze są zwróceni, a czasem szaleńczo dążą, do czegoś „poza”. Do czego? Do prawdy przez wielkie P, do piękna znów przez wielkie P, do rzeczywistości przez wielkie R. Mężczyźni podświadomie wiedzą, że istnieje coś więcej, coś większego, coś wartego zwrócenia ku temu wzroku. Bo mężczyzna, to był od zawsze, od setek tysięcy lat (Australopiteki 850 tys. lat itd.) ten, który wychodził z domu. Wychodząc, starał się poznać i zrozumieć świat, bo musiał w nim przetrwać. A to poznawanie i rozumienie prowadziło go, do przeczucia, że jest coś „więcej”, więc szukanie tego „więcej”, jest pierwszą cechą mężczyzn.

Drugą cechą będącą jakby w sprzeczności z tą pierwszą, jest akceptowanie swojego życia. Akceptowanie w sensie rezygnacji z pretensji, z żalów na swoim losem, z utyskiwań, że nie tak powinno być, że moje życie powinno być inne. Taka akceptacja wymaga i odwagi, i pewnego poświęcenia. Bo naturalne mechanizmy popychają ludzi do takich postaw właśnie: mi się należy, to powinno mnie spotkać, a nie tamto, jest źle – jak jest.

Nie. Jest jak jest i mężczyzna to wie i nie roztrząsa, jakie powinno być jego minione życie czy obecny „los”, raczej – jeśli to możliwe – wstaje, zbiera się i zaczyna iść w stronę, gdzie spodziewa się znaleźć coś lepszego, gdzie będzie mógł coś poprawić. Akceptowanie polega na akceptowaniu własnego życia takim, jakie było i takim jakie jest w aktualnej chwili. Polega na nie użalaniu się nad przeszłością i teraźniejszością. Pozwala to na branie rzeczy takimi jakie są, a nie takimi, jakie wg. czyichś wyobrażeń – postawa kobieca – powinny dla nas być.

Na pewno składową męskości jest odwaga. Nie musi być zawsze heroiczna, ale odwagi wymaga i szukanie prawdy, i rezygnacja z własnej roszczeniowości, i wierność dawanemu słowu, i trwanie przy przyjętych i zaakceptowanych zasadach. Odwagi wymaga wyjście z domu, bo świat poza nim, to obszar nieznany. To przestrzeń, w której można znaleźć zarówno, katastrofę i własne zniszczenie, jak i rzeczy wielkie, szczęście, rozwój, życie we wszystkich jego kolorach. Właściwie każdy mężczyzna jest w jakiś sposób odważny, choćby w taki, by przyznać „jak jest”, choćby w taki, by żyć na przekór innym albo sobie – dla innych. Tchórz jest od zawsze antytezą mężczyzny. Nie jest tchórzem ktoś, kto odczuwa lęk i kto się boi. Tchórzem jest ktoś, kto zrezygnował z odwagi, ze sporu z tym lękiem, kto uczynił go – ten lęk – podstawową wytyczną swojego życia i postępowania, a może ku temu właśnie popycha nas świat.

I tu przychodzi na myśl sylwetka biblijnego Judasza. Jego postać i losy warte są odrębnego namysłu. Tu jednakże wypada powiedzieć, że Judasz się związał z tym „co jest”. Co jest namacalne i dotykalne. Z polityczną przyszłością swojego otoczenia, ze skutecznością intrygi, przez którą chciał, być może, osiągnąć nawet coś dobrego. Popełnił straszny w konsekwencjach błąd. Ale nie potrafił zaakceptować swojego błędu. Zamiast, jak jego antyteza – św. Paweł Apostoł, zaakceptować to, że popełnił zło, zamiast zwrócić się w stronę przyszłości, to utkwił w tym, co zrobił, związał się z przeszłością, z tym, co miał. Może nie miał odwagi, zaakceptować swojej pomyłki, bo zakwestionować by musiał siebie takim, jakim był. I przepadł. Zamiast się podnieść i iść dalej – jak Apostoł narodów – pełen rozpaczy, goryczy i potępienia siebie za zło, przylepiony do bólu związanego z tym co było, wyszedł poza drogę i przestał iść gdziekolwiek. Jego historia pokazuje jak wielką rolę odgrywają w życiu człowieka: zgoda z przeszłością, odwaga w przyjęciu tego, co jest i co się robiło i odwaga wyruszenia dalej, zwrócenia się w nieznane, czego jeszcze nie wiemy. Uczepienie się przeszłości i utyskiwanie na „los”, jest niemęskie i zawsze destrukcyjne.

Męskie jest zapamiętanie się, podążanie za czymś takie, że wymaga przekraczania – w sumie – siebie. To zapamiętanie się, jednak nigdy, w przypadku mężczyzn, nie jest ślepe. To raczej „ogień serca”, niż tępy stupor doktrynera, to prędzej marzenie, które każe iść i szukać za wszelką cenę, nut na pięciolinii, słów w wierszu, lądów za oceanem, nieuchwytnych praw fizyki czy prawdy o codziennym życiu i ludziach. Mężczyźni – zapamiętują się, mają skłonność by „płonąć”, by z całym wyposażeniem uwagi, rozsądku i rozumu, szaleć. Bo… coś ich pociąga. Bo pociąga ich coś na zewnątrz, coś „poza”. Pociąga ich prawda, dobro, piękno i bywają w podążaniu za tym pociągiem – bezkompromisowi.

Mężczyźni są wierni zasadom. Są twórcami zasad. Dlatego nowoczesna mafia, w której nie ma zasad oprócz chwilowej zdolności do zabicia lub wykorzystania innych, nie jest po prostu męska. Jest babskim – ale nie kobiecym – szarpaniem się za włosy, owszem – na śmierć, bez reguł, bez szacunku, bez niczego. Kodeks Hammurabiego. Dziesięć, a później sześćset trzynaście, przykazań, „Dialogi” Konfucjusza, „Ścieżka” Buddy – wszystko to jest wynoszeniem zasad z chaosu możliwości, z niebytu. Mężczyzna jest męski, gdy ma zasady. Te zasady, nie zawsze muszą się podobać innym. Ale on sobie je ustanawia i je ma. Tymi zasadami mężczyźni kształtują świat i kształtują siebie. Chyba podstawową męską zasadą, tym co mężczyzn stanowi i czego się od nich wymaga i oczekuje, jest „wierność danemu słowu”. – U mnie słowo droższe pieniędzy – mawiało się dawniej.

Mężczyzna jest także kimś, kto choć trochę panuje nad sobą, kto kieruje się własnymi decyzjami, wyborami, zasadami, kto nie tłumaczy się „czuciem”, „emocjami”, kogo „impuls chwili” owszem może popchnąć do różnych działań, ale który owego impulsu, nie traktuje ani jako zasady ani specjalnego usprawiedliwienia.

Mężczyzna, wziąwszy pod uwagę wszystko, co wyżej, jest predystynowany i ma skłonność do konfliktu. Ale nie do konfliktu ze słabszymi, nie do krzywdzenia tych, którzy nie potrafią się obronić, nie do napaści, by napchać sobie brzuch, portfel, własne chore ego. Mężczyzna idzie w konflikt ze światem, który zagraża jemu, jego rodzinie, jego ojczyźnie. Staje do walki z kłamstwem, bo interesuje go prawda. Broni słabszych, a przeciwstawia się silniejszym, gdy tak podpowiada mu racja i jego zasady. Zachowania potulne określane jako „skundlenie” są niemęskie, stąd mężczyzna zawsze niesie ze sobą potencjalny konflikt, bo choć zgadza się na to, jak jest, to nie zgadza się na to, że tak ma być dalej, bo – jak się rzekło – zwrócony jest do „poza” i w imię tego „poza”, w imię prawdy, w imię zasad, tak jak je rozumie, będzie wchodził w starcie, taka już jego natura.

Zwrócenie się do tego, co „poza”, odwaga w zapamiętałym dążeniu do prawdy, do przyszłości, do tego co pociąga, odwaga w zaakceptowaniu siebie i świata takim jakim (się) jest, nawet ze wszystkimi błędami, to wszystko prowadzi do jednego, do zdolności do poświęcenia siebie. Do poświęcenia siebie na rzecz tego, co w gwiazdach. Do poświęcenia się na rzecz idei, szukania prawdy, na rzecz koniecznej codzienności, na rzecz ochrony własnej rodziny, bywa kraju.

Mężczyźni się zawsze poświęcali. Tacy już są. Mężczyzna biologiczny, który żyje dla siebie, wyłącznie skupiony na zapewnianiu sobie coraz wyższej pozycji, coraz wygodniejszego życia (inni mają je zapewnić), coraz lepszych doznań, mężczyzną wcale nie jest. Jest tępym egoistą. Głupkiem, który szybkim pociągiem zmierza do nicości, bo wszystko, co pcha do wnętrza siebie, przeminie. Bo zostaje tylko to, co człowiek da z siebie innym, światu itp. Mężczyzna poświęca siebie, bo wychodzi z domu, by odkrywać, by go bronić, by do niego przynieść coś, co zapewni trwanie jego domownikom. Bo przez poświęcanie siebie – choćby zwykłe i codzienne, przyziemne i całkiem proste – daje świadectwo temu, co jest „nie tu”, tylko „gdzieś”. Daje tak świadectwo temu, że jest coś więcej, coś prawdziwego, co się jakby w tym świecie przez nas widzianym przegląda, co w nim immanentnie jest, ale ciągle jest przyszłością, wskutek postaw i poświęcenia mężczyzn, urealniającą się tu i teraz.

W telegraficznym skrócie, mężczyzna jest odważny, zwrócony i wychodzący do „poza”, szukający prawdy i biorący życie – także swoje – takim jakie jest, zdolny do poświęcenia, skłonny do konfliktu w imię wartości, tworzący zasady i dochowujący im wierności. Zapamiętały w tym co robi, trochę więc nieokiełznany, choć próbujący tę swoją zapamiętałość, ujmować w ramy. Niezależny i trochę niepokorny. Zawsze szukający „czegoś”.

Franciszek Starowiejski, wielbiciel piękna dojrzałych kobiet, tak opisywał różnicę między bogatym chłopem a biednym szlachcicem: Obaj tyle samo mają, tak samo mieszkają i tak samo pracują. Tyle, że po pracy, późnym wieczorem, gdy już noc zapada, chłop idzie do domu, szlachcic zaś siada na chwilę przed obejściem na pniu i… patrzy w gwiazdy.

———————————————————————————————————-

Aneks graficzny:

E…image

Uppss…

image

 

A może jednak:

image

albo:

image

lub…

image


Udostępnij dalej

3 thoughts on “Wojna z mężczyznami – Co to znaczy być mężczyzną?

    1. A dziękuję i proszę o udostępnienie dalej, jeśli faktycznie dobre. Bo dobro, żeby się rozpowszechniało wymaga uczynków dobrych ludzi 🙂 O rozpowszechnianie innych rzeczy dbają już inni 🙂

  1. „Może łatwiej na przykładach. Czy szczyt wrażliwości tego świata – Fryderyk Chopin – był, można tak powiedzieć, mężczyzną? Czy był męski?”

    Kryteria męskości są jasne i znane od wieków : 1. założyć rodzinę, 2. zbudować dom 3. spłodzić syna 4. posadzić drzewko

    Niestety Fryderyk, choć najbardziej znany z Polaków na świecie nie spełnia żadnego z w/w kryteriów. Ponadto nosił długie włosy, które upodobniały go do kobiety. Miał dłonie pianisty, czyli zadbane jak u kobiety. Na plus tzw. „męskości” trzeba zaliczyć dla Fryderyka, że w czasie wybuchu Powstania Listopadowego chciał wracać i bić się dla Ojczyzny, ale na szczęście znajomi go odwiedli od tego straceńczego planu. Prawodpodobnie by zginął jak K.K.Baczyński.

    Na marginesie pochylę się nad postacią prezesa PiS p. Jarosława Kaczyńskiego. Media w prześmiewczy sposób pokazują go od lat, że nie ma prawa jazdy, nie ma konta w banku, spał do południa w dniu ogłoszenia stanu wojennego, no i ma kota. Domniemują, że może być nawet odmiennej orientacji seksualnej.

    Z drugiej strony podczas telewizyjnej debaty taki Donald F. Tusk scharakteryzował p. Prezesa jako zimnego wyrachowanego mordercę bez skrupułów, że niby w windzie, kiedy byli sami, pogroził mu pistolecikiem i powiedział mu (Donaldowi F. Tuskowi), że zabić go to jak splunąć. W związku z niedawnym wpisem na Tweeterze Donalda F. Tuska przedstawiającego zdjęcie, na którym DOnald F. Tusk celuje z dwóch palców w plecy Donalda J. Trumpa domniemuję, że Donald F. Tusk scharakteryzował wtedy jednak nie p. prezesa a … siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *