O co chodzi w Życiu?

Udostępnij dalej

O co chodzi w Życiu?

 

O co właściwie chodzi w życiu? Na czym życie polega? Ten proces świadomy, złożony z poznania, działań, emocji, myślenia, świadomości. Co jest jego istotą? Szczególnie w przypadku człowieka. Czy ta istota, to coś, ta natura i sens życia ludzkiego jest inna niż zwierzęcego czy roślinnego? Jeszcze raz: O co chodzi w życiu?

Cóż… pierwsza odpowiedź, ta najbardziej spontaniczna, ta z biologicznego, naturalnego można powiedzieć, poziomu jest taka: „Chodzi o to, żeby było dobrze„. Żeby było dobrze, to znaczy, żeby było przyjemnie, szczęśliwie, satysfakcjonująco, jednym słowem – dobrze właśnie. Wszystkie organizmy żywe mają wpisane w siebie mechanizmy przetrwania oraz kontynuacji życia. Te podstawowe mechanizmy związane i sterowane są podstawowymi odczuciami. Przyjemności i dyskomfortu. Satysfakcji i rozczarowania. Pojedyncza komórka posiada zdolności by dążyć w kierunku zapewniającym lepsze bytowanie – np. jedzenie, a unikać środowiska dla niej niekorzystnego. Te mechanizmy są sterowane pewnymi bardzo prymitywnymi „odczuciami” właśnie „przyjemności” lub „dyskomfortu”.

Stąd – chcemy ŻYĆ. To jest największy i najbardziej odczuwany i przeżywany przez nas CEL istnienia. I to „chcemy żyć”, opisane naturalnymi mechanizmami odczuć pozytywnych i negatywnych, jest właściwe wszystkim żywym stworzeniom. Nawet rośliny w jakiś niezrozumiały sposób „chcą żyć” i stosują szereg mechanizmów by to życie przedłużyć, zachować, rozwijać. Potrafią np. wytwarzać truciznę, gdy są zagrożone szkodnikami.

Ale jest i druga część ludzkiego doświadczenia, doświadczenia dostarczanego nam dzięki temu, co nas różni od zwierząt i roślin, od nieożywionej części rzeczywistości. My WIEMY, że UMIERAMY. Oczywiście na co dzień, w dzisiejszej przynajmniej zachodniej kulturze, odsuwamy od siebie tę wiedzę, tę świadomość, zapychając własną uwagę wszystkim, co związane jest z życiem, z jego jakością, z jego zachowaniem, z jego pozytywnymi doświadczeniami.

Pomijając jednak te wszystkie nasze, często podświadome, starania, pomijając rozpiętość kulturowej perspektywy, która przecież różnicuje podejście i obecność świadomości umierania w życiu ludzi, ta świadomość, ta WIEDZA że UMRZEMY, jest doświadczeniem każdego człowieka.

Więc w życiu chodzi o te dwie rzeczywistości, te dwa wydarzenia, te dwie perspektywy, o to, że ŻYJEMY i o to że UMIERAMY.

Ale to bez sensu. Jak może jednocześnie chodzić o życie i o śmierć? Czy to może jest zabawa ze słowami, głupie układanie terminów, pojęć i zdań, które tak naprawdę nie prowadzi do żadnego spójnego rozumienia, do żadnego realnego opisania „realnej” rzeczywistości?

Czy może jednocześnie chodzić o życie i umieranie? Czy można jednocześnie żyć – czego jesteśmy świadomi i co pragniemy zachować, i umrzeć?

Co się dzieje z nami, gdy  umieramy? Gdy umrzemy? Przestajemy żyć. Co się by działo, gdybyśmy po tym, jak umrzemy, znowu tak samo, w ten sam sposób, żyli? Śmierć byłaby fikcją. Pomijalnym snem. A nie jest.

Więc jak w końcu można umrzeć i żyć jednocześnie (bo o to właśnie wydaje się chodzić w życiu)? Cóż… być może odpowiedzią byłoby postawienie postulatu, że TO, co określamy jako życie, jest czymś więcej. Że – życie – ta rzeczywistość, byt, forma istnienia, przekracza to, co myślimy o nim, że nim jest. Może w ŻYCIU jest taka część, taki element, który jednocześnie nas stanowi, jest fundamentalną częścią nas samych, naszej samoidentyfikacji, naszego poczucia tożsamości i w tym samym momencie, jest ten element poza zasięgiem naszych zmysłów, naszych myśli, naszego dowolnego sposobu poznania i „dosięgnięcia” go. Może ta esencja, korzeń, fundament, istota naszego życia, która jest nami samymi, jest SPOZA przestrzeni wszystkiego, co możemy pomyśleć, zobaczyć, dotknąć.

Ale co się wtedy dzieje, gdy umieramy? Gdy tracimy SIEBIE? Jeśli owo „SIEBIE”, jeśli to coś, co tracimy, nie jest tym, co jest życia istotą, tym jego „fundamentem” poza naszym zasięgiem, jeśli wszystko, co znamy jako siebie stracimy, to wtedy wszystko TO, w wyniku śmierci – nie mogącej unicestwić jedynie tego, co poza „naszym” zasięgiem – to -„SIEBIE” będzie ZNÓW ale… nowe. Inne.

Umieranie znaczyłoby wtedy utratę części siebie i w następstwie powstanie NOWEGO „siebie”. Nie nowego w rozumieniu hinduskiej reinkarnacji, która – pomińmy tu gamę kolorowych dygresji i anegdotycznych historii – polega na utracie TOŻSAMOŚCI wraz ze śmiercią. NOWEGO „siebie” w rozumieniu tradycji monoteistycznych, to znaczy zachowania poczucia tożsamości.

Te dwa elementy są ze sobą związane: pamięć i tożsamość. Gdybyśmy  wytarli bowiem z człowieka całkowicie pamięć, to czy nadal jest tym, kim był? Nie. Nie wie, kim jest. Tę tożsamość będzie budował na nowo. Identyfikował się z doświadczeniami, emocjami, działaniami, wszystkim co przeżywa, doświadcza i robi. Stąd zaczyna się odnosić do samego siebie i samego siebie widzi jako ciągłość. Stąd rodzą się cele, zamiary, eposy, marzenia. Stąd rodzi się życie jakie znamy. Nawet na poziomie komórkowym organizm posiada tożsamość i dlatego właśnie potrafi odrzucać inne tkanki tożsamościowo się z nim nie zgadzające. Oczywiście są tam wyjątki, ale chodzi o mechanizm generalny.

Więc życie polega na życiu i umieraniu, które to umieranie, to życie naprawdę – a nie jedynie w obszarze wyobraźni, ocen i opinii własnych – zmienia. Umrzeć w sensie biologicznym – musimy. I ten wymiar właśnie, ostateczny, bezpośredni, „materialny” można powiedzieć, został „przetestowany” przez Jezusa z Nazaretu, przez Chrystusa, przez człowieka, który zdecydował się w wolny sposób umrzeć, bo był, jak mówił i jak wierzą chrześcijanie, wcielonym Bogiem, cokolwiek by to słowo nie znaczyło. Był i jest Logosem, sensem, słowem niosącym treść istnienia „Wszystko, co się stało, przez Nie się stało„.

Umarł dobrowolnie. Ale nie narodził się na nowo jako nieświadome dziecko, jak chcieliby zwolennicy reinkarnacji. Nie odrodził się też „taki sam”, jak chcielibyśmy my, którzy chcemy ZACHOWANIA tego, co dobre, co uważamy za „dobre”, swojego – po prostu – życia. Umarł dobrowolnie – to ma zasadnicze znaczenie – i żył po tym, INNY. Jaki inny? To trudno powiedzieć. Z przekazów wiemy, że zachował tożsamość i pamięć. Pomijanie ograniczeń fizycznych przez jego ciało to jedno. Niepoznawanie go i poznawanie przez tych, z którymi spędził wspólne lata misyjnego nauczania – to drugie. Nie był TAKI SAM, choć był TEN SAM.

Więc UTRACIŁ to, co miał – swoje życie i zrobił to dobrowolnie.

Więc może umieranie i życie polega na traceniu. Bo wszystko, co tracimy dobrowolnie NIE JEST NAMI. Wszystko, co uważamy za SIEBIE, nie jest nami. Utrata, jeśli jest prawdziwa, ZAWSZE jest związana z cierpieniem. Nie ma innego wyjścia. Jest związana z cierpieniem, bo tracimy naprawdę siebie. Tracimy to, co kochamy. To, co czujemy, że tym jesteśmy. Tracimy „swoje życie” tak, jak je rozumiemy i odczuwamy.

Kto chce zachować swoje życie straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa„.

Kluczem do odtworzenia NOWEGO, a więc chwili poprzedniego – nieznanego jeszcze, człowieka, wydaje się być DOBROWOLNOŚĆ UTRATY. Musimy się zgodzić, zaakceptować utratę czegoś, co jest dla nas cenne, co kochamy, czym naprawdę, a nie na niby, odczuwamy i „wiemy”, że jesteśmy. Dobrowolność utraty, w szczególności utraty czegoś cennego, w tym części samego siebie, jest… poświęceniem. Poświęcamy coś, dla czegoś innego. Poświęcenie – tu szczęśliwie się składa, w języku polskim – to ten sam ciąg znaczeniowy, co święcenie i świętość.

Poświęcenie więc jest drogą do świętości. Tak to ludzie sobie w tym, konkretnym kręgu kulturowym zarejestrowali. Zapisali. Zapamiętali. Że gdy dobrowolnie tracimy coś cennego, to taki proces jest „uświęcający„, jest stwarzający coś „nowego”, „innego”, przekraczającego.

W życiu chodzi więc o ciąg poświęceń. O stale ponawiany proces utraty, tego, co za swoje życie uważamy, tego co kompulsywnie niemal, biologicznie z rodowodu, chcielibyśmy zachować. Ten ciąg poświęceń, jest ciągiem wzrostu, ciągiem przemiany, ciągiem powstawania nowego rodzaju życia, nowego „nas”, nowego „ja”. Jest ciągiem PRZEKRACZANIA kręgu życia danego w wymiarze biologicznego mechanizmu, biologicznego i nawet psychicznego doświadczenia, jest rozwojem „pozamaterialnym”. Jest procesem tanscendencji – to samo co przekraczanie. Jest STWARZANIEM nowego. Czego nowego? Wszystkiego.

Tego dotyczy historia i czyn Jezusa Chrystusa. W jakimś sensie o tym nauczają wszystkie religie, o realności tego, „co_nie_do_pomyślenia”, a tym samym, o drodze do tego, „co_nie_do pomyślenia”, która jest zawsze drogą poświęceńKto straci swoje życie z mojego powodu, ten je zachowa„, drogą rozstawania się z tym, co nam jest drogie, ostatecznie z samym sobą „Kto nie ma w nienawiści swojej żony, męża, dzieci, rodziców, a nade wszystko samego siebie, nie jest mnie godzien„.

Współczesna kultura i cywilizacja staje się jakby antytezą, tej – w jakimś sensie – odwiecznej konstatacji ludzkości, sprzedaje nam obraz życia, jako ciągu naszych potrzeb, należnych nam stanów i sytuacji, o które musimy walczyć. Z kim? Oczywiście z innymi. Ta postawa, ten profil „do siebie”, ten siatka percepcyjna prowadzi do zamknięcia, to jest – w rozumieniu religijnym – do piekła. Do zamknięcia na sobie samym, do próby przeniesienia biologicznych impulsów zachowania bieżącego stanu organizmu – w nieskończoność, co, gdybyśmy nie mieli w sobie będącej poza naszym zasięgiem, a więc niezniszczalnej – „istoty życia”/”trwałej tożsamości” byłoby niemożliwe, zaś gdybyśmy ową niezniszczalną istotę życia w sobie mieli, byłoby „śmiercią za życia”, nieskończonym utrwaleniem zamkniętej skończoności. Trudno sobie wyobrazić BARDZIEJ TRAGICZNY STAN. Może to jest właśnie piekło?

Więc na tym polega właśnie życie ludzkie, na stwarzaniu ciągle nowego naszego życia, przez ciąg bolesnych, dobrowolnych ofiar z życia jakim je znamy, w imię tego ŻYCIA, jakiego nie znamy, a które przekracza ramy organizmu biologicznego, bieżącej struktury psychologiczno-emocjonalnej i uwarunkowań charakteru. Życie jest ciągłym przekraczaniem. W ostateczności przekraczaniem ograniczenia jakim możemy być my sami, nasze pragnienie zachowania nas, jakimi jesteśmy teraz.

Co w tym ciągu stwarzania nowego życia, przechodzenia do nowego, pozostaje to samo? Co jest zatem niezmienną jego istotą? W przypadku człowieka, jego tożsamość. Pamięć – można by uzupełnić, wiedza o tym, co było naszym doświadczeniem. W przypadku szerszym, wykraczającym poza samego człowieka jest nim ŻYCIE, tu rozumiane jako mechanizm lub intencja, wskutek której wszystko – łącznie z naszą świadomością – istnieje. Taki mechanizm i intencja miałby i ma jeden CEL. Tym celem jesteśmy MY, to, że jesteśmy. Jak go nazwać, ten mechanizm, tę intencję? W sumie chyba nie ma wątpliwości, to… MIŁOŚĆ.

—————————————————————————

Moja ocena roli współczesnej MUZYKI {TUTAJ}


Udostępnij dalej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *